Stanisław
Ignacy Witkiewicz
Narkotyki - Niemyte
dusze
wstępem poprzedziła i opracowała Anna Micińska
NA MARGINESIE „NARKOTYKÓW” I
„NIEMYTYCH
DUSZ” STANISŁAWA IGNACEGO WITKIEWICZA
„MÓWIĄC ogólnie, wy wszyscy [...]
robicie na mnie wrażenie ludzi zupełnie nieuspołecznionych. Wy żyjecie
zawieszeni w zupełnej próżni. [...] Człowiek,
który pojmuje siebie bez żadnego związku ze społeczeństwem,
w którym żyje, z konieczności odejmuje sobie całą olbrzymią
sferę przeżywania rzeczy naprawdę wielkich. [...] Poza tym niech pan
pamięta, że u nas artysta to jest człowiek, który musi być
na czele, musi być tym, który prowadzi. [...] —
Bungo nie odpowiadał, ale powoli zaczynał się w nim budzić pewien
opór. — Proszę pana — zaczął nieśmiało.
— Co do mnie osobiście, ma pan zupełną słuszność. [...] Ale
co do tego zbliżenia się do spraw społecznych mam trochę inne
przekonania. Jeżeli kto nie ma w sobie spontanicznej potrzeby mieszania
się do spraw tych, nie powinien bezwzględnie tego robić. Tego nie można
wytworzyć w sobie sztucznie. Ja jestem dlatego nieszczęśliwy, że au
fond nic mnie te kwestie nie obchodzą uczuciowo. Czasami mnie to
zajmuje, tak jak każda inna kwestia, ale do tego, aby się tym naprawdę
przejąć, trzeba mieć to wszystko w sobie. [...] Wszystko, co bym robił,
a pojęcia nie mam, w jaki sposób mógłbym się do
tego zabrać, byłoby najgorszym kłamstwem, czymś wymuszonym. [...]
Najgorszą rzeczą właśnie jest to, że u nas wszyscy czują obowiązek
zajmowania się losem narodu. Zajmują się tym ludzie najbardziej nie
powołani. Każdy poeta obowiązany jest być wieszczem i bełkotać coś
niezrozumiałego dla niego samego dlatego tylko, że był czas, w
którym ludzie musieli tworzyć mistyczne teorie, aby
przetrzymać pewną epokę upadku. [...] Sądzę także, że oprócz
życia społecznego człowiek ma w sobie do załatwienia wiele istotnych
rzeczy i artysta, który nie ma zupełnie pretensji, aby jego
sztuka wpływała w bezpośredni sposób na życie społeczne,
może przez to samo, że stworzy siebie jedynie jako artystę, stać się
elementem posiadającym w ogólnym rachunku wartość społeczną.
Uważam, że poza stosunkiem swoim do społeczeństwa człowiek ma siebie
samego dla siebie samego i o te najistotniejsze wartości powinno mu
przede wszystkim chodzić. — Nie pan mnie będzie uczył o
metafizycznych głębiach natury ludzkiej — przerwał Mag. [...]
Sądzę tylko, że człowiek tworzy siebie jedynie w stosunku do wielkich
zagadnień i świadome pozbawianie siebie możności rozstrzygania w sobie
wielkich problemów uważam za wewnętrzną zbrodnię. [...] Nie
chodzi mi koniecznie o to, żeby pan rzucał bomby albo zajmował się
agitacją czy został posłem. Chodzi mi o to, żeby nie tracić
związków wewnętrznych ze społeczeństwem, w którym
się żyje, bo to jest zgubnym dla całego wewnętrznego życia danej
jednostki. Boję się, czy ta rozpowszechniona u nas obojętność nie jest
chorobą nieuleczalną. — Sądząc po mnie, tak to wygląda
— odpowiedział z nienaturalnym smutkiem Bungo.
W dwadzieścia lat później autor i bohater 622
upadków Bunga napisze we wstępie do Narkotyków:
„Ponieważ tzw. „swobodną
twórczością”, to jest tzw. „śpiewaniem
ptaszka na gałęzi”, nic dla społeczeństwa i narodu zrobić nie
mogłem, postanowiłem po szeregu eksperymentów zwierzyć się
ogółowi z moich poglądów [...]. Może i ta praca
(z powodu pewnego tonu w sformułowaniu gorzkich prawd) potraktowana
będzie humorystycznie lub negatywnie, jak moja estetyka, filozofia,
sztuki sceniczne, istotne portrety, dawne kompozycje itp.
„swobodne wytwory”. Oświadczam oficjalnie, że piszę
poważnie i chcę wreszcie coś bezpośrednio pożytecznego zdziałać, a na
idiotów i ludzi nieuczciwych sposobu nie ma, jak to w ciągu
mojej dość smutnej działalności miałem sposobność przekonać
się.”
A więc jednak. Jakże by się cieszył sędziwy Mag Childeryk, gdyby
mógł dożyć tej chwili! „Nieuleczalny” z
pozoru (choć w dniach ich pamiętnej dyskusji — z przekonania)
Bungo po jego stronie barykady! Na tak mu wrażych
„społecznikowskich” pozycjach... Czy uznał
wreszcie, że „stworzył się już sam dla siebie”
(„jako artysta” — rzecz jasna), czy może
z wiekiem przybyło mu mądrości i doświadczenia, a może po prostu
odezwały się w nim — sięgające tradycji wielu pokoleń
— Witkiewiczowskie geny?
Jedno jest pewne: Mag Childeryk mógł się cieszyć swoim
zwycięstwem zza grobu. Jego „pałeczka” została
przejęta. Wbrew wszelkim oczekiwaniom i tylekroć za życia zawodzonym
nadziejom, wyrodny z pozoru syn swojego ojca i uczeń Mistrza Mroku
Gwiazd „pojął siebie w związku ze społeczeństwem”,
odnalazł z nim „wewnętrzne związki”, poczuł
„obowiązek zajmowania się losami narodu”, zechciał
wreszcie „stanąć na czele” i zdecydował
„prowadzić”.
Tak. Ale dlaczego, jak, kogo i dokąd?
PRÓBA rekonstrukcji dziejów Stanisława Ignacego
Witkiewicza w latach 1914-1918 wciąż jeszcze przypomina problem owej
sławetnej skrzyni z jego rękopisami, która jakoby
„przetrwała nawet piekło powstania warszawskiego —
rozgrabiono ją dopiero po wojnie”, a „z zespołu
tego nie odnalazł się dotychczas żaden rękopis”. Co było w
owej skrzyni? — „Wiele rozpraw filozoficznych,
szkiców, polemik, obszerne studium obyczajowo —
społeczne Niemyte dusze, przeszło trzydzieści dramatów i
proza powieściowa” — odpowiada we wstępie do
bibliografii Witkacego Piotr Grzegorczyk. A co z „kuferkiem
życiowych doświadczeń” Witkiewicza z lat 1914-1918? Co wiemy
o jego zawartości, czego możemy się domyślać, jakie fakty i zdarzenia z
życia australijskiego rozbitka na petersburskim bruku możemy chcieć mu
wmówić w braku informacji o rzeczywistych zdarzeniach i
faktach?
Nie miejsce tu na rozkładanie owego
„puzzle’a” z kompletu
kawałeczków, których zaledwie kilka dotarło do
naszej wiadomości. Odnaleźć je można we wspomnieniach tych,
którzy Witkacego w Rosji spotykali, i tych,
którym epizody swego życia z tych lat opowiadał, parę
fragmentów obrzeża układanki zawartych jest w Aneksie
Listów do syna Stanisława Witkiewicza, kilka centralnych w
Niemytych duszach. Za mało, żeby rozdział pt. Witkacy w Rosji napisać.
Wystarczy — a świadectwem jest tu cała twórczość
S. I. Witkiewicza, od przedwojennego debiutu literackiego, jakim są
Upadki Bunga, do starszych o całe ćwierćwiecze, ostatnich w jego
dorobku, Niemytych dusz — żeby stwierdzić na pewno: klucz do
Witkiewiczowskiej transformacji — Genezyp Kapen obiit,
Witkacy natus est — jego
„nawrócenie” na Maga Childerykowe drogi
(z którym zresztą wespół chadzali po Moskwie w
owych latach i zachwycali się Picassem w Galerii Szczukina) dokonało
się tam właśnie, w oku cyklonu rozpętanej historii, zmieniającej bieg
XX wieku. Pisałam już o tym we wstępie do Upadków Bunga:
„Lata 1914-1918, a więc egzotyczna podróż z
Bronisławem Malinowskim u progu wybuchu I wojny
światowej, wojna spędzona w Pawłowskim Pułku Lejbgwardii, wreszcie
Rewolucja Październikowa, stały się dla autora Upadków Bunga
tą lekcją życia, w której młodzieńczy jego światopogląd
oszlifowany został przez zupełnie nowe problemy. Nie zagubiwszy
najgłębszej swej wiary w „formalną sztukę” i
„ontologiczną metafizykę” pojmuje ją dotąd
odmiennie niż dawniej. Nie tylko jako cel sam w sobie [...], ale i jako
jedyne narzędzie ocalenia tego Istnienia, postawionego wobec
rzeczywistości, w której rządzi historia i jej prawa. Prawa
te ujrzał i sformułował w sposób szczególny
— widmo nieuchronnej katastrofy ludzkości jako zbiorowiska
jednostek unosi się nad prywatną jego historiozofią [...] —
opóźnić jednak tę katastrofę, szukać dróg
wyjścia, oto cel godny całego dalszego życia. „Tym samym
odnalazł” Witkiewicz swoją własną drogę do społeczeństwa,
przed którym tak — pozornie — się
bronił. „Stworzywszy siebie jako artystę”, będzie
odtąd nie tylko „elementem posiadającym w ogólnym
rachunku wartość społeczną”, lecz i propagatorem swej wiary,
jako jedynej deski ratunku dla tego społeczeństwa, które na
jego oczach, jak ongiś Bungo, coraz głębiej zapada się w życie
pozbawione metafizycznych perspektyw.
Oto zarazem i pierwsza z pośrednich odpowiedź na pytania: dlaczego i
dokąd?
„WITKIEWICZOWSKA tradycja”,
„Witkiewiczowskie geny... W tym samym roku, w
którym Witkacy pisze swoje Niemyte dusze, jego ciotka, Maria
Witkiewiczówna, wydaje u Gebethnera Wspomnienie o
Stanislawie Witkiewiczu — osnutą wokół postaci
brata Sagę Rodu. Spotykają się na kartach tych wspomnień postacie: na
poły legendarnego Jana — „Wallenroda” (o
którym nie bez szacunku i dumy pisze w Niemytych duszach
jego stryjeczny wnuk) i jego brata Ignacego, marszałka szlachty z
Poszawsza, który dwóch swoich synów
posławszy w powstanie 1863 r. sam w końcu życiem przypłacił syberyjskie
wygnanie, wspaniałej żony Ignacego — Elwiry z
Szemiothów (dwaj jej bracia powstańcy z 1831 r., umierają na
wygnaniu w Wołogdzie), przez ciotkę Billewiczową spokrewnionej z
Piłsudskimi, która „gorejąc ogniem wiary i chęcią
czynu” była prawdziwą duszą powstania styczniowego w powiecie
szawelskim i równie mężną towarzyszką męża w zesłaniu,
wreszcie ich dziewięciorga ocalałych dzieci, z których
„jak na morzu dziewiąta fala uderzająca o brzeg jest
najsilniejsza, najwspanialsza, tak i dziewiąte dziecko z kolei
urodzone” — Stanisław — stał się nie
tylko ucieleśnieniem wszelkich rodzinnych ideałów i
tradycji, lecz otoczył nazwisko nowym blaskiem: czynu rozumu...
A więc czyn, przede wszystkim patriotyczny, lecz także pozytywistyczny,
w ramach „pracy u podstaw” — czyn
intelektualny na radykalnych oparty poglądach. W wychowawczej praktyce
Witkiewicza — ojca odbijający się w następujących wezwaniach:
„Musimy iść naprzód, mój złoty!
Trzeba stawiać sobie cele poza rogatkami życia. W koncepcjach
umysłowych sięgać w nieskończoność, w pojęciach społecznych iść do
ostatnich krańców wszechmiłości. Niech się ciebie nie
czepiają żadne zacieśnienia kastowe, żadne uprzedzenia fachowe, żadne
drobne egoizmy jednostkowe ani klasowe. Ustrój społeczny, na
który powinno się godzić, powinien iść dalej niż marzenia
socjalistów dzisiejszych. Na to, co jest i co długo jeszcze
będzie, patrz jak na przechodnią chwilę rozwojową. Żyj w przyszłości.
Stój ciągle na wirchu, z którego widać najdalsze
horyzonty i szykuj skrzydła myśli i czynu do lotu poza nie. Da ci to
wielką miarę do poznawania ludzi i oceniania wartości ich
czynów.” I jakby antycypując synowskie
doświadczenia z lat wojny pisze w roku 1905: „Ja jestem
poruszony i przejęty tym, co się dzieje w Rosji. [...] Bardzo bym
chciał, żebyś się tym zainteresował, żebyś uczył się żywej historii.
Teraz, kiedy wre w tym kotle masowego życia, historia w
sposób wyraźny i jasny wykłada swoje prawa. [...] Udział w
wielkich wypadkach powiększa dusze, odrywa od małych i marnych,
egoistycznych, ciasnych interesów i płytkich przyjemności.
[...] Chciałbym, żebyś stanął na najradykalniejszym stanowisku, to jest
na stanowisku absolutnej sprawiedliwości społecznej, która
jest wcieleniem jedynej wartej czci siły łączącej ludzkość —
miłości. Z dzisiejszych ustrojów społecznych nie może zostać
nic. Są to podłe, smrodliwe, pełne ciemnych nor, w których
lęgnie się zbrodnia — budy — te tak zwane gmachy
społeczne. Z tym trzeba walczyć z całą bezwzględnością!” Jak?
— „Przede wszystkim być absolutnie dobrym
człowiekiem, a potem cokolwiek dobrego robić — malować
cudowne obrazy czy rozwozić bułki po Zakopanem albo gnój
oskidować, byleby mieć wzniosłą duszę — to wszystko, co
stanowi istotną mądrość życia.”
Jak reagował na to młody Witkacy,możemy się domyślać tylko
pośrednio.„Nie mam ciebie ani za
„kretyna”, ani za „brutala”,
jak Ty mówisz, mam, przeciwnie — za coś całkiem
innego i dlatego Ci robię takie uwagi” — monituje
Witkiewicz w odpowiedzi na synowską butadę:...Antagonizm między mną a
Tobą zdaje się będzie trwał zawsze, bo polega na zupełnie innej
podstawowej organizacji, mianowicie na pojęciach
współczucia, współżycia i innych rzeczy
zaczynających się od współ. Sam widzi to jaśniej i prościej:
moja nieautorytetność dla Ciebie wynika z głębokiego niegodzenia się
Twego na mnie. Stąd też wynika to że współczuwać mnie i
współżyć ze mną nie możesz”...
W istocie. Współczuwać i współżyć nie mogli. A
jednak mimo niewątpliwego „antagonizmu”
wynikającego z zupełnie innej podstawowej organizacji —
czytaj: charakteru — konflikt okazał się być pozorny nie tyle
merytorycznej, co terminologicznej natury.Wystarczy podmienić ojcowską
„duszę”i „czucie”na synowski
„intelekt”i „świadomość”,by
otrzymać nie tyle romantyczną opozycję postaw „czucia i
wiary” z „szkiełkiem i okiem”, bo nie o
postawy tu chodzi, co odmienne nazwanie środków do tych
samych celów wiodących. A że cel główny:
„zjadaczy chleba w aniołów przerobić”
— też sformułowany został w romantyzmie? A cóż nam
przeszkadza nazwać Witkacego Ostatnim Wielkim Romantykiem Polski
Odrodzonej co tylko z pozoru brzmi paradoksalnie...
BYŁEM niegdyś „fighting manem” —
człowiekiem bojowym par excellence — miałem idee i chciałem o
nie walczyć — nie było gdzie i z kim. Bynajmniej nie
sprzeniewierzyłem się moim ideom (Czysta Forma w malarstwie i w teatrze
i reforma artystycznej krytyki), tylko przyszedłem do przekonania, że
są one, w każdym razie obecnie, nie na czasie i że może w
ogóle minął dla nich ich czas. To co twierdziłem jeszcze
przed wojną [...], że sztuka ginie, dzieje się na naszych oczach, a
wobec tego czy będzie i jaka będzie krytyka artystyczna w moim
znaczeniu to jest krytyka formalna, jest bez znaczenia. Co innego,
jeśli rzecz idzie o literaturę nie jako sztukę — tam jest
jeszcze coś do powiedzenia i może jeszcze się na ten temat wypowiem.
Obecnie jestem stosunkowo pogodnym osobnikiem lat średnich,
który o żadnych „wyczynach” w wielkim
stylu już nie marzy i pragnie jako tako skończyć to życie,
którego — dotąd przynajmniej — mimo
klęsk i niepowodzeń, nie żałuje”...
„Fighting man” to także Witkiewiczowska spuścizna.
Charakteryzując swoją Sztukę i krytykę u nas Stanisław Witkiewicz
pisał: „Książka ta jest historią walki o niezależne
stanowisko sztuki w dziedzinie ludzkiej myśli i o niezawisłość
indywidualności w sztuce. Jest ona nie tylko historią — ona
sama jest jedną wielką bitwą. Każdy jej wiersz, każda stronica są
napaścią lub odbiciem ataku przeciwnika, tj. pewnej estetycznej
doktryny, która panowała wszechwładnie w polskiej krytyce
sztuki, w polskiej estetyce.”
Podchwytując tę tonację pisze też Maria Olszaniecka we wstępie do
swojego wydania Sztuki i krytyki o „strategii
ataków”, „metodach i celach
poszczególnych bitew”, „pomniejszych
potyczkach”,„historii walk” i
„szczęku oręża”.
A przecież oręża swego dobywał Witkiewicz nie tylko w sprawach
artystycznych.
— „Ja tu uczyniłem mąt. Napisałem artykuł pt.
Bagno, o stosunkach stacji klimatycznej. Nie można było wytrzymać.
Panowanie kanalii zbliża się — trzeba było zareagować. [...]
Prawdopodobnie mnie potem powieszą!” Potem przyszło
Chrześcijaństwo i katechizm, Dziwny człowiek — naładowany jak
prochem tysiącem polemicznych wypadów we wszystkie możliwe
kierunki, IV rozdział Matejki, ba — pod maczane w ukropie
pióro Witkiewicza dostaje się nawet straż ogniowa w
Zakopanem, nie mówiąc już o prochach Słowackiego...
„Czemu choć trochę nie umityguje swoich napaści w krytyce,
czemu taki krańcowy w poglądach, czemu choć trochę nie jest
kompromisowy” — ubolewa w trosce o dobre imię,
dostatek i sławę swojej „dziewiątej fali” rodzina.
Ale też zaraz dodaje: „Pragnienia te ludzi, którzy
go niby kochali, obdarłyby Witkiewicza ze wszystkiego, co było jego
najwyższą wartością; byłby to może bardzo miły, spokojny pan nie
brużdżący nikomu, ale to nie byłby Witkiewicz”...
Syn swojego ojca był również Witkiewiczem.
„CZY jest możliwe w jakim cywilizowanym kraju, aby ktoś
musiał walczyć o wyższy poziom literatury i krytyki artystycznej i aby
był przez dwanaście lat tej walki albo ignorowany, albo gnębiony bez
wyboru środków przez całą niemal sferę literatów
i krytyków — i żeby mimo jego sprecyzowanych
poglądów nikt z nim rzeczowo nie dyskutował, a tylko wszyscy
systematycznie utrącali? Dziwne... Każdy mądry i uczciwy człowiek,
który czytał moje prace i polemiki, musi jedną rzecz
przyznać, że nie chodzi mi o osobiste korzyści, tylko o ideę. W tym
rzędzie idei, które mnie zajmowały i których
wcielenie uważałem za korzystne dla naszej sztuki i społeczeństwa
— jestem i byłem zupełnie osamotniony.”
„Co zaś do „wyskoczenia ponad siebie”, to
kiep jest ten, co do tego nie dąży i gdyby nikt ponad siebie nie
wyskakiwał, nie byłoby żadnego rozwoju i postępu na świecie. Chodzi o
to, w jaki sposób to się robi. A ponieważ ja tym
wyskakiwaniem tylko psuję sobie życiowo wszystko i robię to dalej w ten
sam sposób, dowodzi to chyba, że nie robię tego dla głupiej
sławy i pieniędzy, tylko z wewnętrznej potrzeby.”
„Są bezwzględnie ludzie, którzy mają pecha.
Oczywiście mojego pecha nie oddałbym za wiele sław i
majątków, ale przecież jest on dość nieprzyjemny. Stworzyła
się legenda in minus i z tą postacią legendarną wielu walczy zupełnie
apriorycznie, nawet nie wiedząc dobrze, o co chodzi. Jest cała kupa
durniów chcących wmówić, że ja się bawię i
nabieram, a potem się zdemaskuję i będę się śmiał. Inni idioci na
podstawie tego, że większą część życia spędziłem w Zakopanem,
deprecjonują wszystko, co zrobiłem. Są także dziwne kretyny,
które na podstawie deformacji w moich sztukach uważają, że
nie należy, mnie traktować na serio... Jeśli mówię poważnie,
to każdy matoł oczywiście się nudzi, bo mu się myśleć nie chce. I tak
jest ze wszystkim.”
Stwierdzeń tego typu rozsianych na kartach całej spuścizny Witkacego
odnaleźć można dziesiątki. Poczucie osamotnienia, walczenia w
całkowitej próżni, brak przeciwników, przy
nadmiarze niekompetentnych wrogów — stawały się
jego coraz to pogłębiającą się obsesją, którą daremnie
starał się przezwyciężyć. Czy tylko obsesją?
W swoim wstępie do Dramatów S. I. Witkiewicza pisze Puzyna:
„Unia [Witkacego z formizmem] wydaje się szczęśliwa [...]:
lata owe to lata jego niebywałej płodności. Między rokiem 1918
— 1926 wyrzuca z siebie trzydzieści kilka
dramatów, trzy książki teoretycznie o malarstwie i teatrze
Czystej Formy, ponadto maluje, dyskutuje, wygłasza odczyty, odgryza się
polemistom. Otacza się wirem sporów, niechęci, uwielbień,
skandali i plotek, wyżywa się całą swoją nerwową, przewrażliwioną
naturą. Wystawia obrazy, teatry grają jego sztuki — częściej
niż się nam dzisiaj może wydawać — dyskutują z nim wszyscy:
Rostworowski i Stern, Irzykowski i Kleiner, Boy i Breiter, Chwistek i
Słonimski. Ma więc wcale dużą popularność, lecz zblednie ona
natychmiast, kiedy zacznie przygasać formistyczne wrzenie. Bo też jest
to popularność bardzo powierzchowna, formalna, dotycząca nowych recept
na sztukę, nie nowych jej treści.” Kiedy po roku 1926
— Witkiewicz przystąpi do pisania swoich powieści, w
których — do czego się jawnie przyznaje
— „główną rzeczą jest treść, a nie
forma”, kiedy z powieści tych „buchnie to, co
Witkacy ma naprawdę do powiedzenia: wściekła, ekspresjonistyczna
groteska polityczno — społeczna, połączona z katastroficznym
traktatem i — krzywym oczywiście — zwierciadłem
obyczajów” — rozbrat jego z
„publiką” zacznie się pogłębiać z każdym rokiem,
nikt bowiem w Polsce międzywojennej na „treści”
takie nie był przygotowany.
Oto los tego, który aż nadto dokładnie, punkt po punkcie,
wypełniał ojcowskie przesłanie: „Żyj w
przyszłości”, „na to, co jest i co długo jeszcze
będzie, patrz jak na przechodnią chwilę
rozwojową”,„stój ciągle na wirchu,z
którego widać najdalsze horyzonty i szykuj skrzydła myśli i
czynu do lotu poza nie”...
Wypełniając je jednak nie tylko przekroczył z dat wynikające
ograniczenia ojcowskiego pozytywnego programu (ba — gdybyż
chciał tylko jako panaceum na wszelkie narodowe
„dolegliwości” „doskonalić
duszę” — swoją i bliźnich), lecz domagając się
jednocześnie historycznej świadomości narodu i metafizycznych
perspektyw jego Istnień Poszczególnych przekroczył także
granice możliwości akceptacji go przez własnych
współczesnych. Jeśli więc jeszcze stojący na swoim
„wirchu” ojciec utrzymał się na piedestale
narodowej świętości: najwyższego autorytetu moralnego i umysłowego
swojej epoki — „wirch” syna okazał się
być wyższym niż możliwy mu do przyznania piedestał — srodze
też został za to ukarany.
To, co symbolicznie w kryptonimie jego było z Witkiewicza, uznawszy za
anachronizm, niestrawną zaś resztą czkając po kawiarniach —
„epoka”, której zbyt odległe i obce były
horyzonty z Witkacowskiego wirchu dostrzeżone, przyprawiwszy mu
najpierw wielką „gębę”, pomiędzy bajki włożyła jego
wezwania. „W obojętnych murach krajowego Ciemnogrodu
— „Kassandra w Pacanowie” —
pozostał nie zrozumiany, oczekujący potopu, bezsilnie patrząc, jak
spełniają się coraz inne jego przewidywania” —
pisze Puzyna.
Czy więc „obsesja” samotności, głosu wołającego na
puszczy? Nie — stwierdzenie faktycznego stanu. Stanu,
który nie mógł się nie odkładać pokładami goryczy
i żalu. Nie
byłby jednak Witkiewiczem, gdyby się poddał. „Lepiej jednak
skończyć nawet w pięknym szaleństwie niż w szarej, nudnej banalności i
marazmie.”
Owo „piękne szaleństwo” — to Narkotyki i
Niemyte dusze, ostatnia próba dotarcia do społeczeństwa,
przed którym tak ongiś w młodości się bronił.
„WIDZĘ, że książka ta [...] składać się będzie z samych
dygresji; będzie po prostu jedną wielką dygresją w stosunku do
zasadniczych zainteresowań autora, zrobioną — że tak powiem
trochę górnolotnie — „dla
drugich”.” Zbiór felietonów,
reportaży, popularnonaukowych wykładów — niełatwo
sklasyfikować ową dziwną publicystykę, której część druga
nosi autorski podtytuł: Studium psychologiczne, obie zaś poprzedzone są
Sienkiewiczowskim mottem: „Wszelako dziwne jest w tej książce
materii pomięszanie.” W istocie.
„Pomięszanie” to jednak można próbować
sprowadzić do wspólnego mianownika. Na którejś
stronie Narkotyków znajduje się niepozorny cytacik:
„Masz za swoje, teraz skacz!” — Czy
Witkacy znał Złotą rószczkę?...
Egzemplarz, który mam przed sobą, należał do mojej prababki.
Lekko licząc wydany został w połowie ubiegłego wieku (data wydania
wygryziona została za niepamiętnych już czasów), a jest to
już — „nakładem Tow. M. C. Wolffa w
Petersburgu” — wydanie trzecie.„Czytajcie
dzieci,uczcie się,jak to niegrzecznym bywa źle”—
oto motto tej niezwykłej, nie tylko ze względu na wiek, książeczki, na
której wychowywały się całe pokolenia.
„Niegrzecznym bywa źle” — nie ma winy bez
kary zatem. Ha, ale jakiej kary? — „I zgorzała
Kasia mała, garść popiołu pozostała” — to o
dziewczynce, co bawiła się zapałkami; „Tak też z Michasiem,
był zdrów i tłusty, pięć dni grymasił, umarł na
szósty” — to
o chłopczyku, co nie chciał jeść zupy. Niewiele lepszy koniec spotyka w
Złotej rószczce i inne dzieci za najdrobniejsze
przewinienia. Juleczkowi, co „palce w buzię
tłoczył”, krawiec „uciął palec jeden, drugi, aż
krew trysła we dwie strugi”, Józio pokąsany przez
pieska („masz za swoje, teraz skacz!”),
którego skatował „biczyskiem”, walczy o
życie pijąc „gorzkie leki”, umaczani przez
„olbrzyma” w kałamarzu za wyśmiewanie się z Murzyna
„chłopcy za Murzynem biegną, a czarniejsi są od
niego”, Pawełek „wiercipięta” za
ściągnięcie obrusa ze stołu ukarany został przez ojca, „aż
trzeszczała dyscyplina”. Grześ wreszcie, co na
„wicher i grzmoty” wybiegł z parasolem
(„choć w domu dzieci siedzieć
powinny”), porwany został między obłoki i „trudno
rzec śmiało, co się z nim stało. Bo kara Boża, tam gdzie swawola, nie
ma Grzegorza ni parasola”.
Na dobitek: „kto nie wierzy, jeśli łaska, niechaj zajrzy do
obrazka”. Złota rószczka ilustrowana jest tak, że
trudno uwierzyć, by traktowane nią dzieci nie budziły się z krzykiem po
nocy. Ekspresyjnie powykrzywiane twarze
„psotników” i karzących ich dorosłych,
potoki krwi, fontanny łez, konwulsyjnie skręcone w płomieniach lub pod
razami
ciała...
Dydaktyka zaiste desperacka. Cóż przy niej warty szczebiot
pana Jachowicza odwołujący się do dziecinnych serduszek, do ich uczuć,
litości, współczucia?
„Trzeba zacząć walić w mordy, myć niechlujne pyski i głowy
trząść, i łbami zafajdanymi walić o jakieś chlewne ściany z całych sił,
bo”...
Lekcja Złotej rószczki nie poszła na marne. Kiedy zawodzą
perswazje, dyskusje, ostrzeżenia i rady, kiedy nie dociera odwoływanie
się do rozumu, dobrej woli, nawet zdrowego rozsądku, kiedy odrzucane są
kolejno wszelkie artystyczne formy nasączone ideami jak gąbki,
odrzucane wraz z owymi ideami rzecz jasna — nie pozostaje nic
innego jak straszyć.
Nie będzie więc już „swobodnych
wytworów”, „śpiewania ptaszka na
gałęzi”, nie będzie powieści, dramatów,
estetycznych rozważań. Ten, którego — jak sam
pisze — większa część życia upłynęła w „cieniu
uśmiechu kretyna”, sam zjawia się i działa teraz jak postać
ze Złotej rószczki: „Ogromny olbrzym, czarodziej
stary, przy nim kałamarz potężnej miary.” Do kałamarza też
wrzuca prześmiewców — „aż psotnik i w
jednej chwili atramentu się napili” — żeby raz na
zawsze zapamiętali, „co się wszystkim malcom stanie za
niesłuszne wyśmiewanie”. W kałamarzu tym też umaczanym
piórem pisze Witkacy swoją desperacką „Złotą
rószczkę dla dorosłych” —
„czytajcie dzieci, uczcie się, jak to niegrzecznym bywa
źle” — rejestr zaś przypadających za
poszczególne winy kar nie mniej jest straszny od tych, co
spadły na Juleczka, Michasia i Kasię. Czy zaś czytelnicy
Narkotyków i Niemytych dusz zwłaszcza będą się budzić z
krzykiem po nocy? Oby.
„PRZYSTĘPUJĄC do pisania niniejszych wspomnień zastrzegam się
z góry, że pisać będę o nie zabrązowanym Witkiewiczu. [...]
„Walić kawę na ławę” — tak ustaliliśmy i
zdecydowali z kolegą Jerzym Eugeniuszem Płomieńskim, redagującym [...]
niniejszą monografię o St. Ign. Witkiewiczu. [...] Na wstępie
spróbuję dać coś w rodzaju syntetycznej charakterystyki
— portretu tego niezwykłego człowieka, który przez
długie lata był moim artystycznym przyjacielem [...]. A więc: [...]
alkoholik — narkoman — erotoman [...] znakomity
imitator o kapitalnym aktorsko — błazeńskim zacięciu
— prestidigitator intelektualny”... Dosyć.
Kiedy się czyta elukubracje panów Rytarda i Płomieńskiego na
temat S. I. Witkiewicza, to mówiąc jego językiem
„przewracają się flaki” z oburzenia i złości. Nie
tylko dlatego, że w 90% są to czyste brednie, ale że brednie te nie
przestają do dziś funkcjonować. Pomieszczone w tzw. Księdze pamiątkowej
— choć w godnym towarzystwie wypowiedzi profesorów
Tatarkiewicza, Ingardena, Kotarbińskiego i Leszczyńskiego —
są też ulubionym źródłem cytatów dla
niezliczonych piszących o Witkacym postaci tego samego co Płomieński i
Rytard pokroju, wsiąkając w umysły niewyrobionych
czytelników — gorzej, przenikając nawet za
granicę. Kiedy po paryskiej inscenizacji Matki Witkacego w roku 1970
zaroiło się we francuskiej prasie od recenzji i wzmianek, portret jej
autora okazał się być dziwnie skądś znany: „wizjoner
wykolejony przez alkohol i narkotyki”, „narkoman,
alkoholik i erotoman”, „dziwak, fantasta i
błazen”... Niewielu jest chyba
„przyjaciół”, którzy w
podobny sposób przysłużyliby się bohaterom swych
„wspomnień”.
Szansa, że pierwsze po wojnie wznowienie Narkotyków zmyje z
ich autora nieszczęsne odium owych
„antybrązowniczych” epitetów, jest
nikła; ci co mieli (i mają) obyczaj
się nimi posługiwać, rzadko sięgali po Witkacowskie teksty. Szansy tej
jednak nie można przegapić. Czy Stanisław Ignacy Witkiewicz był
narkomanem?
Z narkotykami sensu stricto (nie mówię tu o nikotynie i
alkoholu) zetknął się Witkacy po raz pierwszy w Rosji w latach swojej
wojennej tułaczki. Sam o tym zresztą wspomina: „Na myśl [o
morfinie] robi mi się wprost zimno — tak straszne rzeczy
przeżyłem wtedy w Petersburgu, gdy przez cztery godziny walczyłem ze
śmiercią, wśród torsji i zamierania serca”; jeden
z jego portretów z 1918 r., zatytułowany: Mój
przyjaciel, który ukradł wachlarz pani Trojan —
obok podpisu i daty nosi napis: „Eter”. Od roku
1926 zaczynają się pojawiać pierwsze nieliczne portrety rysowane pod
kokainą, okres najintensywniejszego eksperymentowania z
różnymi rodzajami „dragów”
przypada na lata 1928 — 1932. Stąd też już w roku 1932 może
Witkacy wydać swe „dziełko o narkotykach”,
zawierające kompletny ich przegląd, jego zaś własne zainteresowanie dla
dalszych eksperymentów wyraźnie od tej daty spada. Oglądając
produkcję „Firmy Portretowej S. I. Witkiewicz”
— jak zawsze skrupulatnie odnotowującej stan psychofizyczny
jej właściciela — częściej dostrzegamy adnotacje typu:
„py.o”, „winko”,
„herbata” czy nawet „faszerowane pomidory
+ kompot”, „móżdżek, kartofle z sałatą i
placek śliwkowy”, niż wzmianki o białych jadach,
które też pojawiają się zupełnie sporadycznie.
W pół żartem, pół serio pisanej przedmowie do
Narkotyków pisze Witkacy: „Wracając do opinii
publicznej: byłem i jestem dotąd nałogowym palaczem, walczącym
bohatersko od lat dwudziestu ośmiu ze straszliwym przyzwyczajeniem. Do
pewnego stopnia można by mnie uważać w pewnych okresach za nałogowego
pijaka, o ile za takiego (różne są standardy —
wzorce) uzna się kogoś, kto urzyna się przeciętnie raz na tydzień,
potem nie pije miesiąc albo i więcej i który miał jedną
jedyną w życiu pięciodniówkę (a propos pewnej premiery
scenicznej — okoliczność wysoce łagodząca) i do dziesięciu
trzydniówek i który nigdy nie chlał
wódy rano przy goleniu się.
Ale nigdy nie byłem kokainistą — temu przeczę stanowczo, mimo
że dla wielu perwersyjnych kretynów i to moje oświadczenie
może być właśnie dowodem za, a nie przeciw. O ile można by mnie nazwać
okresowym pijakiem, „Wochensaufer” na przestrzeni
lat dziesięciu, to proponowałbym nazwę
„Quartalkokainist” w okresie trzyletnim, i to z
dużą przesadą. [...] Nigdy nie byłem morfinistą, mając idiosynkrazję do
tego specyfiku [...] ani eteromanem, z powodu jakiegoś braku zaufania
do eteru, mimo że używałem go parę razy w życiu: z wódką i
przez wdychanie. [...] Tak więc stanowczo odpieram zarzuty co do
nałogowego używania wyżej wymienionych preparatów,
przyznając się do sporadycznego używania peyotlu i meskaliny [...].
Również przeczę przy sposobności, jakobym oddawał się
homoseksualizmowi, do którego czuję wstręt najwyższy;
jakobym żył płciowo z moją syjamską kotką Schyzią ([...]
którą bardzo lubię, ale nic poza tym) i jakoby nierasowe
zresztą kocięta z niej zrodzone były do mnie podobne, [...] jakobym był
blagierem i rzucał się na kobiety przy lada sposobności, jakobym
uwodził mężów żonom, chodził we fraku [...] na Giewont,
pisał sztuki sceniczne dla kawału, nabierał i kpił, i nie umiał
rysować. Wszystko to są plotki wymyślone przez jakieś obskurne baby,
kretynów i idiotów, a nade wszystko przez
draniów chcących mi zaszkodzić. Odpieram te znane mi plotki
i z góry te wszystkie, które krążyć jeszcze o
mnie w Zakopanem i jego przysiółkach będą Szlus.”
Kto nie wierzy zaś autorowi tego typu „sprostowań”,
może zechce uwierzyć lekarzowi, który zresztą swoje
Fragmenty — tym razem bez cudzysłowu — wspomnień
opublikował w tej samej Księdze pamiątkowej, co wymienieni uprzednio
panowie Płomieński i Rytard. Pisze doktor Teodor Birula —
Białynicki:
„Staś lubił doświadczenia z peyotlem tak samo, jak ze
wszelkimi dostępnymi mu narkotykami bądź ze środkami, które
zdaniem jego mogły wpływać na stan psychiczny człowieka. [...] Toteż
skrzętnie notował na swych obrazach nawet wypitą literatkę piwa,
„py.o” albo filiżankę kawy
„Cof.” albo „Cocaina”,
jakkolwiek czasem chodziło o wpuszczenie do nosa kilku kropel I
— szej kokainy z cynkiem (krople do oczu). [...] Z tej jego
pasji do eksperymentów powstała dookoła niego brudna i
bardzo dla niego bolesna legenda, że „Witkacy — to
narkoman”. Jakkolwiek w czerwcu 1947 r. krótko
sprostowałem tę legendę w „Ekspresie Wieczornym”,
zaś w „Głosie Plastyków” (grudzień 1947)
uczyniłem to samo nieco szerzej, tym niemniej i na tym miejscu uważam
za swój obowiązek kategorycznie zaprotestować przeciwko
posądzeniu St. Ign. Witkiewicza o narkomanię. Do protestu takiego czuję
się upoważniony i zobowiązany jako jego wieloletni przyjaciel i jako
lekarz. Ta pasja do eksperymentów z narkotykami wywodzi się
zapewne z osobowości psychicznej St. Ign. Witkiewicza. [...] To
dorosłe, a zarazem prawdziwie „niezwykłe dziecko”
nie umiało, w pewnych wypadkach nie chciało dawać sobie rady z
rzeczywistością, w pierwszym rzędzie z codzienną, praktyczną, życiową.
Z drugiej strony warunki jego bytowania tak się ułożyły, że nie
mógł on w pełni wyładować swego niezwykłego dynamizmu, nie
mógł uaktywnić w pełni ogromnego potencjału energetycznego,
który tkwił w jego osobowości. Z tego wynikało jego
nienasycenie i stale nurtujące w nim dążenie do ucieczki od tej realnej
rzeczywistości. Sądzę, że gdyby był on bardziej
„praktyczny”, to stałby się reformatorem
— politycznym, socjalnym, religijnym i zmieniałby swoje
zewnętrzne środowisko w szerokiej skali. [...] Stąd jego zadziwiający
dynamizm, czy to w „pracy”, czy w
„zabawie”, czy w eksperymentowaniu — dla
niego wszystko to było odmianami twórczości.”
Szlus.
„JESTEM jak jakiś nabój wysokiej marki
eksplozywności leżący spokojnie na łące. Ale dotąd nie ma armaty i nie
ma mnie kto wystrzelić.A tego sam nie potrafię — muszę mieć
ludzi.”
Doktor Birula — Białynicki był nie tylko dobrym lekarzem, był
także dobrym psychologiem. „Niezwykły dynamizm”,
„potencjał energetyczny” Witkacego znalazł w końcu
ujście w reformatorskiej pasji, w przeznaczonej dla najszerszych
kręgów Istnień Poszczególnych publicystyce
Narkotyków i Niemytych dusz. Nie znalazłszy w najbliższym
sobie środowisku chętnych „kanonierów”
— ludzi, którzy mu są potrzebni, decyduje się sam
ich wychować i przeszkolić. Nie tylko dla dobra daremnie wydającego
złowróżbne syki „naboju” —
także dla nich samych.
Podejmując tę próbę widzi jednak konieczność rozpoczęcia
swej pracy od podstaw. Lekturę Witkiewiczowskich dywagacji należy
zacząć od czytania Appendixów. „Zaznaczam z
góry, że cała ta część mojego „dziełka”
może się wydać wielu ludziom śmieszna, a nawet zbyteczna. Śmieszna to
może ona i jest, ale co do zbyteczności, to śmiem w nią
wątpić.”
Oto rzecz bez precedensu. Ten, który jako artysta
„musi stać na czele, musi być tym, który
prowadzi” — w pierwszym odruchu prowadzi zastępy
swych potencjalnych aniołów do... łaźni. Odszorowawszy ciała
(koniecznie szczotkami firmy Braci Sennebaldt z Bielska), nauczywszy
się golić, pudrować i szminkować, zaopatrzywszy w rady i recepty tych,
co cierpią na hemoroidy, łupież i łojotok, pogroziwszy tym, co palą na
czczo i co na oślepiającym śniegu nie noszą przeciwsłonecznych
okularów — gna do porannej gimnastyki. Teraz
dopiero — z wyświeżonymi, pachnącymi, w czystej bieliźnie i w
przewietrzonym z zatęchłych smrodów pokoju — może
przystąpić do następnego etapu realizacji swych celów.
Odszorowawszy ciała — zacząć szorować dusze.
„DO czego właściwie ty chcesz swoje wewnętrzne przeobrażenia
się przystosować? Jaką jest ta kierownicza idea, która
ujmuje w całość ścisłą wszystkie rozbieżne władze
i poruszenia twej duszy” — pyta swego
dwudziestosiedmioletniego już syna Stanisław Witkiewicz, nie bez racji
poważnie zaniepokojony jego niepojętą szamotaniną uczuciową, życiową
bezczynnością i stagnacją, wreszcie wynikłą z tego wszystkiego depresją
psychiczną, w której syn się coraz głębiej pogrąża. Kulisy
tej sytuacji odsłania jednak młody Witkiewicz nie ojcu, lecz zakochanej
w nim Helenie Czerwijowskiej w cyklu listów z przełomu
1912-1913 roku, o tyle wartych tu przypomnienia, że padają w nich
wzmianki nie tylko o „obłędzie” i
„przezwyciężaniu go”, lecz także o
„kompleksach”, „analizie”, a
wreszcie o niejakim „Borenie”, który go
z „obłędu” i „zagmatwania”,
wbrew jego zresztą woli i wierze usiłuje wyciągnąć.
„Co do mieszkania u nas, nie wywieram żadnego nacisku. Niech
Pani to swoją intuicją osądzi. Może byłby za wielki Mutter —
Complex i to utrudniłoby swobodę poruszania się. Matka jest dla pani
bardzo życzliwie usposobiona, ale wie Pani, jak to w codziennym dniu
się zmienia.”
„Piszę teraz do Pani, żeby się uspokoić [...]. Zrobiłem parę
potwornych kompozycji i doszedłem do stanu ostatecznego zdenerwowania
graniczącego z obłędem. Boję się, że już nie wrócę. Dziś
sobie pomyślałem: czy też ja już nie przekroczyłem tej linijki. Odbyłem
konferencję z Borenem, ale zdaje się za późno. [...] Kiedy
Boren a propos snu wypytywał mnie o mój stosunek do Pani,
powiedziałem mu mniej więcej tak: Jest to jedyna kobieta, z
którą byłbym szczęśliwym w najgłębszym znaczeniu tego
wyrazu. [...] I znowu zobaczyłem Pani czarne włosy i czarne oczy i
pomyślałem, że nade mną ciąży jakieś potworne przekleństwo. Jakaś
maskarada okropna, pomięszanie dusz i peruk. Problem głęboki i
fryzjerski zarazem. [...] Pozwalam Pani pęknąć ze śmiechu na ten temat,
bo po części jest to tego warte.”
„Do Borena chodzę. Już p. a. na ukończeniu. Ale wiary mi w
nią nie przybyło. Ciągle wmawia mi kompleks embriona — bez
skutku.”
„Muszę się opancerzać przed życiem, które staje
się coraz podobniejsze do prawdy mojego o nim myślenia. POTWORNOŚĆ.
Mimo to wierzę w uczucia szlachetne, ponieważ je posiadam. Podejrzewam,
że Langer strasznie źle o mnie zaczął myśleć ulegając swoim kompleksom.
W Borenizm nic nie wierzę. O ile wyjdę, to nie dzięki uświadomionemu
kompleksowi embriona. [...] Chcę, aby Pani w to uwierzyła. [...] Bardzo
bym chciał zobaczyć Panią w tej nowej fazie, w której
jestem. Zacząłem znowu wierzyć, że nie jestem trupem. Obłęd na razie
opanowany, ale czyha w głębi. Całuję ręce Pani —
Witkacy.”
To ostatnie — podpis — jako reakcja na
„wmawiany” mu „kompleks
embriona”
— chyba najbardziej znamienne. Borenowska
„analiza”, wbrew oporom pacjenta, nie pozostała bez
śladu. Na razie tylko w podpisie. W dwadzieścia kilka lat
później zaś?...
We wstępie do Niemytych dusz pisze Witkacy: „Zaznajomienie
się z metodą Freuda, tzw. psychoanalizą, zawdzięczam przyjacielowi
moich Rodziców (i poniekąd mojemu, wziąwszy pod uwagę dużą
różnicę wieku) drowi Karolowi de Beaurain,
którego pamięci z uczuciem głębokiej wdzięczności, szacunku,
podziwu i sympatii pracę tę poświęcam. Lata całe nie doceniałem tego,
co ów pierwszy nieomal pionier freudowskich idei u nas
pośrednio dla mnie uczynił. Zainteresowany moimi snami zaproponował mi
w r. 1912 systematyczny „kurs praktyczny”
psychoanalizy, na co się z radością jako na pewną
„nowalię” zgodziłem; ale przystąpiłem do tego
eksperymentu nie bez pewnej lekkiej nieufności i krytycznego
nastawienia. Nie będę opisywał tu szczegółów
przebiegu „kuracji”, która zresztą z
niczego konkretnego wyleczyć mnie nie miała, gdyż [...] jestem
człowiekiem względnie normalnym. [...] Dr de Beaurain chciał mnie
uratować w pewnym sensie od samego siebie. Możliwe jest, że dobrze się
dla mnie stało, iż tego w zupełności nie dokonał, ponieważ
prawdopodobnie musiałbym wtedy, mając „rozwiązane”
(jak to się u nich, psychoanalityków, mówi)
wszystkie węzłowiska (kompleksy), wyrzec się pracy w moich zawodach,
tzn. w literaturze, malarstwie i filozofii, a przynajmniej zmienić
zasadniczo jej charakter; przestać do pewnego stopnia być sobą. [...]
Tego stadium właśnie nie przeszedłem z dr de Beaurain do końca z
przyczyn od nas obu niezależnych i dlatego może psychoanaliza ta (na
razie) nie miała na mnie wpływu tak dodatniego, jak to po niej
zasadniczo można by się spodziewać, co ujawniło się w pewnych
bezpośrednio po niej zaszłych zdarzeniach mojego życia,
które też na długie lata odwróciły moją uwagę od
tej sfery; a gdy do niej myślowo wróciłem, to raczej w
sposób jakby trochę ironiczny, co objawiło się bezpośrednio
nawet w pewnych sztukach teatralnych. Ale nieprawdą jest, abym
kiedykolwiek zupełnie psychoanalizę deprecjonował, jak mi to imputowano
razem z antysemityzmem i czort wie czym jeszcze. Oczywiście są to
rzeczy mało ważne, ale ponieważ mam zamiar napisać wielkie pochwały dla
tej nauki, a u nas ze zmiany istotnej przekonań robi się często jakieś
dziwne dowody czyjejś interesowności, a nawet nieuczciwości, więc
uważałem za stosowne dodać tych parę wyjaśnień z dalekiej
przeszłości.”
W komplecie przygotowanych przez Witkacego szczotek (tym razem już nie
Sennebaldta z Bielska) — do szorowania niemytych dusz, oto
szczotka pierwsza: psychoanaliza z wiedeńskiej firmy profesora Freuda.
„NIE wiem, kiedy Witkacy przeczytał Kőrperbau und Charakter
— pisze specjalista od „personalnego dossier
dramatów Witkacego”, Jerzy Ziomek — ale
późniejsze świadome nawiązywanie do Kretschmera i
posługiwanie się jego terminologią pozwala przypuszczać, że autor
Szewców znalazł u Kretschmera fascynujące potwierdzenie
własnych przeczuć i przypuszczeń. [...] I nie popełnimy błędu, jeśli
powiemy, że osobnicy, których nazwaliśmy nasyconymi,
przypominają cyklotymików, nienasyceni zaś
schizotymików.”
W tym samym dziele, z którego pochodzi ów cytat,
analizując z kolei galerię powieściowych postaci Witkacego, pisze Jan
Błoński: „Jak widać typologia Kretschmera dostarczyła
naukowego (czy pseudonaukowego) alibi osobistym natręctwom Witkiewicza:
ludzie zdolni do przeżycia dziwności zyskali miano
schizoidów, filistrzy — pykników...
Fascynacja Kretschmerem nie przynosi zaszczytu intelektualnej
przenikliwości Witkacego, pomaga jednak zrozumieć powieściowego
narratora, który wejrzeć może tylko w dusze
szczególnego pokroju.”
Interpretacja zatem dzieła literackiego Witkiewicza, bez potknięcia się
o Kőrperbau und Charakter, nie wydaje się być możliwa. Kretschmer, jego
typologia i terminologia są bowiem w dziele tym wszechobecne,
zarówno w postaci bezpośrednich autorskich odesłań
(„Dlatego wszyscy powinni czytać Kretschmera Kőrperbau und
Charakter — tam jest źródło ogólnej
wiedzy o sobie i innych dla wszystkich absolutnie
typów” — Jedyne wyjście), jak i w
postaci nieodłącznego wyposażenia
„psychologicznego” i
„charakterologicznego” niezliczonych Istnień
Poszczególnych, które Witkacy z intelektualnych
swych „lędźwi” do życia na kartach swego dzieła
powołał. Na temat, czy przynosi to zaszczyt jego intelektualnej
przenikliwości, czy nie, kłócić się z Błońskim nie wypada,
zresztą nie ma potrzeby. Jak zwykle ma rację. Co innego jednak
funkcjonowanie danej teorii czy nawet teoryjki w literackim dziele, co
innego zaś w doraźnej publicystyce o dydaktycznym zacięciu. Fragmentowi
Niemytych dusz drukowanemu w r. 1939 w „Skawie”
nadaje Witkacy
„pragmatyczny” tytuł: Znaczenie codzienno
— życiowe teorii Kretschmera. Zaleca ją też bezwarunkowo
„wszystkim ludziom względnie inteligentnym, ale w
szczególności tym, których zadaniem życia jest
przewodzenie masom, a materiałem ich twórczości żywy,
stający się człowiek, czyli zadanie wychowywania w najszerszym
znaczeniu tego słowa — od nauczycieli szkoły ludowej, do
szczytów władzy państwowej”. Doraźne zaś skutki
posługiwania się tą teorią przedstawia w sposób tyleż
uproszczony, co w celowym tym uproszczeniu nie pozostawiający miejsca
na dyskusje: „Znajomość teorii Kretschmera, połączona z
możnością odgadywania według dość rzucających się w oczy cech
zewnętrznych całej skomplikowanej psychiki danego osobnika, a choćby
jego rysów zasadniczych, może oddać w życiu każdego
absolutnie człowieka nieocenione usługi, usunąć wiele nieporozumień ze
samym sobą i z innymi, zatłamsić w zarodku całe masy tragedii lub
możliwych długotrwałych cierpień z powodu nieuzasadnionych pretensji do
siebie i otoczenia.” I dalej: „Nie można łamać w
ludziach rzeczy nieprzełamalnych; tylko wtedy może być spełniony
klasyczny ideał: harmonijnego rozwoju wszystkich dodatnich
elementów osobowości. [...] Co to są za elementy dodatnie,
wszyscy mniej więcej wiedzą. Ale rzecz główna, aby każdy był
sobą, a nie udawał kogoś, kim nie jest, nie grał całe życie często
wstrętnej mu, narzuconej przez wychowanie i tradycję, nie pasującej doń
roli. Takie uświadomienie ogólnikowe i doraźne co do istoty
danego osobnika może dać tylko teoria Kretschmera, wpajana w ludzi od
pierwszej klasy gimnazjalnej.”
W „dusznej” łaźni Stanisława Ignacego Witkiewicza,
nad której drzwiami znajduje się hasło: „Trzeba
rozwiązać ręce i nogi, odkneblować usta i wytrząsnąć z głowy wszystkie
dawne nałogi” — oto drugie niezbędne, obok
psychoanalizy, narzędzie: typologiczna szczotka firmy Ernst Kretschmer
z Tűbingen.
Posługuje się zaś nimi podobnie jak „genialny wprost w swoim
fachu” kąpielowy i masażysta łaźni miejskiej w Zakopanem
— Jan Wawrytko. W akompaniamencie „wycia”
protestu odrywanej właśnie od „kart, radia, dancingu i
kina” niemytej duszy —
„rozluźnia”ją najpierw pytaniami:„kim
jest,czym jest jej otoczenie,w jakich czasach żyje i co ma właśnie
przed sobą do zrobienia” by następnie wydobyć na wierzch i
„obszczypać” wszystkie „mięśnie, stawy,
ścięgna i komórki” jej mrocznych węzłowisk, od
najbardziej indywidualnych i pozornie „niewinnych”
po złogi i zgrubienia nawarstwione na niej przez społeczeństwo i
historię...
Ale też zbawienne skutki tego zabiegu nie powinny dawać długo na siebie
czekać. Jeśli „ofiara” Wawrytki „czuje
się tak, jak łożysko kulkowe świeżo wymyte na.ą i
naoliwione”, tak też i ofiara Witkiewicza,
„spsychoanalizowana” i
„skretschmeryzowana”, a więc w pełni uświadomiona
indywidualnie, społecznie i narodowo, powinna móc zacząć
nowe życie. Ideą przewodnią zaś tego nowego życia winien być właśnie
ów „harmonijny rozwój
osobowości”, „który ostatecznie jest
celem wszystkich transformacji społecznych: chodzi o szczęście osobiste
wszystkich indywiduów, a nie szczęście jakiegoś
bezindywidualnego mrowia, które nazywamy w
skrócie społeczeństwem czy ludzkością”.
Przeszedłszy przez czyściec, lśniąca niepokalaną bielą umyta dusza może
próbować udać się za swym przewodnikiem do raju.
„ŻYJEMY w epoce straszliwej, jakiej nie znała dotąd historia
ludzkości, a tak zamaskowanej pewnymi ideami. że człowiek dzisiejszy
nie zna siebie, w kłamstwie się rodzi, żyje i umiera i nie zna głębi
swojego upadku.”
Lektura węzłowego rozdziału Niemytych dusz: Znaczenie indywiduum w
rozwoju społecznym i tragedia upośledzonych — tak
„mięszane” budzi refleksje, jak
„pomięszana” jest w nim istotnie i materia teorii,
hipotez, domniemań, wniosków i wskazań. Antropologia obok
historii Polski, dywagacje socjologiczne obok filozofii
dziejów futurologiczne wizje obok ontologii
ogólnej, „od klanów do
imperiów”, Napoleon i „tabu”,
potlacz i Piłsudski, „bizantyński Polaczyszka” i
Hitler, „kołpak napuszenia” i gilotyna, rewolucja i
faszyzm, jednostka i społeczeństwo państwo i naród
— prawdy, półprawdy i utopie, diagnozy i w
następnym zdaniu odwoływane terapie.
W tym przeciągu idei i problemów stoi Witkiewicz jak
Archanioł Michał na malowidle Sądu ostatecznego,nie on waży jednak,lecz
sam dokonać musi wyboru.„Faktem jest, że ludzkość
degrengoluje coraz bardziej. [...] Koniec indywiduum zarżniętego przez
społeczeństwo — rzecz już dziś banalna. Jak
odwrócić ten pozornie absolutnie nieodwracalny proces
uspołecznienia, w którym ginie wszystko, co wielkie, co ma
związek z Nieskończonością. z Tajemnicą Istnienia?”...
Aby nie dać się wciągnąć do piekieł — zbyt dokładnie już wie,
jak straszliwa ich postać — „W każdym razie tam,
gdzie my idziemy teraz, dokąd wloką nas ślepe siły społeczne, to jest
ku ostatecznej mechanizacji i zbaranieniu — nie ma przed nami
nic”
— musi stworzyć swą własną wizję powszechnej szczęśliwości, a
więc takiej, w której każde, zindywidualizowane Istnienie
Poszczególne wciąż jeszcze mogłoby się pławić w
„łagodnym, niezmiennym, z Nieskończoności promieniującym
świetle Wiecznej Tajemnicy Istnienia”.
Zdaniem Witkiewicza zapewnić mu to na tym padole może jedynie:
„radykalnie socjalistyczny ustrój, tzn. naprawdę
demokratyczny, bez zakłamań dotychczasowej demokracji,
ustrój pozbawiony jednocześnie koszarowości i falansteryzmu.
Ustrój, w którym będzie miejsce [...] na minimum
własności: szczotkę do zębów, kobietę, domek z
ogródkiem, a mimo to wyzysk jednych ludzi przez drugich i
niewolnictwo będzie uniemożliwione.” W ustroju tym narody
istnieć obok siebie powinny „w uczciwym, zgodnym
i kulturalnym współżyciu, mimo zachowania języka,
obyczajów i innych odrębności kulturalnych”,
tworząc jednocześnie „organizację gospodarczą całej kuli
ziemskiej [...], organizację podobną do współżycia
organów w organizmie”. Z jednym koniecznym
uzupełnieniem wszakże. „Od razu nie można osiągnąć i wyższej
kultury, i ogólnego szczęścia: najpierw jedno [...], a potem
dopiero drugie, na tle samouświadomienia się masy i [...] zaprzężenia
wielkich indywiduów [...] do świadomej pracy dla dobra całej
ludzkości.” I dalej: „Nie jestem tutaj jakimś
„rzecznikiem wstecznictwa”: przeciwnie, mam
najradykalniejsze przekonania społeczne (można by to nazwać pewną formą
[...] socjalizmu, raczej prawdziwej, bezklasowej demokracji z
„domkiem z ogródkiem” i względną swobodą
indywidualną w granicach organizacji ogólnej), chodzi mi
tylko
o to, czy może być zasadniczo inny przebieg procesu wytworzenia
idealnego szczęścia na ziemi, tj. braku nędzy i nierówności
dóbr, przy jednoczesnym wysokim kulturalnym
poziomie.”
W jaki zaś sposób osiągnąć ową ziemię (bo już nie krainę czy
wyspę) powszechnej szczęśliwości? — „Jest to po
prostu igraszką” — odpowiada zapatrzony w swą wizję
Witkiewicz. — „Chodziłoby o to, aby zmądrzały
nareszcie klasy rządzące [...] i zaczęły robić rewolucję od
góry [...] bez żadnego rozlewu krwi, przy pomocy jednego
dekretu, podpisanego przez uświadomionego co do obowiązków
swych władcę [...] i koniec.”
„Aby zmądrzały”... A więc tryb warunkowy.
Czym jest naprawdę malowidło, jakie ujrzał po swojej prawicy, zdał
sobie sprawę niemal natychmiast: „Ale rewolucja od
góry jest widać niespełnialną utopią, bo mężowie stanu są to
przede wszystkim ludzie nie umiejący wyciągać wniosków z
przeszłości na przyszłość, nie dbający o dobro ogółu w
szerokim znaczeniu tego słowa i jeśli nie dbający o wartości osobiste,
jakie daje władza, to w każdym razie zapatrzeni w jakieś fikcyjne
prestiże, wielkomocarstwowe imperializmy i nie widzący tego, że ziemia
pali się im pod nogami.” I jeszcze: „Trudno
— rewolucja od góry jest widać beznadziejną
utopią, a podburzanie i rewoltowanie rządzącej elity — co tu
na małą niezmiernie skalę
robić usiłuję — pracą beznadziejną i niewdzięczną.”
Niewdzięczną na pewno. Wszak już Platon ledwo uszedł z życiem z
Syrakuz, gdzie usiłował wychować Młodszego Dionizjosa na idealnego
władcę idealnego państwa (rzecz inna, że diametralnie
różnego od „ziemi szczęśliwości”
Witkiewicza), raz na zawsze kompromitując polityczną
„praktyczność” filozofów. Co do
„beznadziejności” zaś?
„Panuje u nas straszliwy brak prawdziwie morowych, genialnych
ludzi, tj. snardzów mających intuicję chwili i umiejących w
tej odpowiedniej chwili kondensować odpowiednie układy sił.Ale to daje
przede wszystkim posiadanie jakiejś idei,naprawdę przyszłościowej na
daleki dystans, w którą się naprawdę wierzy,
która jest po prostu warunkiem koniecznym życia danego
indywiduum (do tego musi dojść odpowiednie natężenie intelektualne, na
które u nas nie zwraca się nigdy dostatecznej uwagi), a
której wcielenie jest warunkiem istotnego postępu całej
ludzkości, a nie tylko danego narodu lub
klasy kosztem innych.”
Oto zatem błędne koło. Do rewolucji od góry potrzebny jest
władca — indywiduum wyposażone nie tylko w świadomość, ale i
bezgraniczny potencjał energii duchowej („wielki charakter,
wielki rozum i wielka odwaga stwarzają dopiero prawdziwie wielkiego
człowieka”) i ideowe zaplecze („Idei nie można
szukać i sztucznie jej wytwarzać: ona musi być w masie narodu i trzeba
ją tylko ogniskować albo trzeba ją ze swych najgłębszych
bebechów spontanicznie w jakimś szale twórczym
stworzyć”), dzięki którym mógłby czynu
dokonać,choćby w finalnej swej postaci tak prostego jak
„podpisanie jednego dekretu”. Na skutek wszakże
„nasycenia” społecznego roztworu
twórczością i czynami wielkich ludzi, którzy już
zdążyli w ciągu biegu dziejów w ludzkości się
„rozpuścić” — nie ma warunków
ni możliwości, by indywiduum takie narodzić się mogło. Ci zaś co
jeszcze się rodzą, na skutek stężenia roztworu upośledzeni są już w
zarodku — na brak bądź siły ducha, bądź prawdziwie wielkiej
idei wskazują poronione ich czyny.
Przykładem takiego „kaleki” jest Hitler —
„ten bezsprzecznie jedyny naprawdę [...] z jajami facet w
Europie”, o którym daremnie
„marzył” Witkiewicz, że „skondensowawszy
siłę do maksimum zrobi czysto społecznego szpryngla, tzn. rewolucję,
raczej transformację od góry” — jego
idea aż nadto bowiem wyraźnie okazała się prowadzić w kierunku wręcz
odwrotnym niż w stronę powszechnej szczęśliwości („będzie on
na równi z innymi uciekać kiedyś jak tylu innych zamiast być
błogosławionym przez wszystkich dobroczyńcą”), ba, nawet
Piłsudski [...] zaprzepaścił jedyną w dziejach szansę Polski
na stworzenie z niej czegoś prawdziwie wielkiego: przykładowego Państwa
Przyszłości.
Cała zaś w swej masie „elita rządząca”?..
— „Cylindry, przyjęcia, ordery, posunięcia,
posunięcia i posunięcia — ale idei kierowniczej nie ma i przy
tym składzie i rozkładzie sił
działających być nawet nie może.”
W Witkiewiczowskim rozumieniu „znaczenia indywiduum w rozwoju
społecznym”
— „nie stanie się nic więcej. Już wszystko się
stało.” Mycie dusz klas rządzących, „żeby
zmądrzały” — pragnienie stworzenia uświadomionego
władcy jest zajęciem nie tylko beznadziejnym, ale i daremnym, bo
niewystarczającym. Na władcę prawdziwego, wielkie indywiduum dawnego
typu, nie ma już miejsca. Czy dlatego trzeba zrezygnować z raju? Nie.
Trzeba tylko zmodyfikować swą wizję. Skoro winogrona są zielone, skoro
nie może być mowy o „rewolucji od góry”,
zabezpieczającej zdobyte już przez ludzkość wartości duchowe i
umożliwiającej dalszy ich rozwój — jedyną, o jaką
warto jeszcze walczyć, wartością jest już tylko „domek z
ogródkiem” dla wszystkich obywateli świata. W
obliczu rzeczywiście „zbaraniałych” ze zdumienia
zastępów swoich „umytych dusz”,
umordowanych już wędrówką po krętych meandrach myśli swojego
przewodnika — Witkiewicz dokonuje nagle najmniej
spodziewanego „szpryngla”. —
„Trudno — stwierdza z determinacją. —
Wyciekną tzw. morza krwi, kultura się cofnie, nic się już wartościowego
w wymiarach tej walki po stronie tzw. „konserwy”
nie stworzy — to jest „więcej niż pewne”.
[...] Za cenę doskonałości uspołecznienia ludzkość musi zapłacić: a)
końcem religii [...], b) samobójstwem filozofii [...] i c)
upadkiem sztuki.” — „Oczywiście dawniej
— dodaje jakby nigdy nic [...] byłem z wymienionych wyżej
powodów w rozpaczy. Teraz, po wyrzeczeniu się sztuki i
napisaniu mego główniaka [...] pogodziłem się z tym
wszystkim jako z wielką koniecznością dziejową i sądzę, że tak powinni
pogodzić się z tym wszyscy, a wtedy zapanuje raj na ziemi.”
Proste? Proste. Ale czy prawdziwe?
Kto ty jesteś?
Polak mały.
Jaki znak twój?
Orzeł biały.
Gdzie ty mieszkasz?
Między swemi.
W jakiej ziemi?
W polskiej ziemi.
Czym ta ziemia?
Mą Ojczyzną.
Czym zdobyta?
Krwią i blizną.
Czy ją kochasz?
Kocham szczerze.
A w co wierzysz?
W Polskę wierzę.
Coś ty dla niej?
Wdzięczne dziecię.
Coś jej winien?
Oddać życie.
Poglądy Stanisława Ignacego Witkiewicza, syna Stanisława, na historię
Polski i stan historycznej świadomości jej obywateli wydają się
pozornie nie wychodzić poza bunt przeciw zawartości myślowej
zacytowanego wierszyka. Sam zresztą to stwierdza: „Nie moją
rzeczą jest głębsza analiza tych spraw na tym miejscu i w
ogóle, ponieważ brak mi w tym kierunku wykształcenia, a
nawet ochoty. Nie mogłem nigdy czytać dużo o historii polskiej, bo mnie
zatykało ze wstydu i oburzenia, tym bardziej że sam, jak i wszyscy moi
ziomkowie, byłem produktem tej okropnej machinacji dziejowej
— czułem sam na sobie jej skutki.” I gdzie indziej:
„Ja historię znam zbyt mało, aby się tutaj w zbyt uczone
dysertacje wdawać. Ale gdy czytałem kiedyś dzieje nasze, to wprost aż
wyłem z oburzenia i rozpaczy i mimo woli pięści zaciskałem z
wściekłości, że podobne rzeczy dziać się mogły i że naród,
tak wielkimi możliwościami wewnętrznymi i zewnętrznymi rozporządzający,
tak mało istotnego zdziałał i stworzył, a wszystkich prawie swoich,
rzadkich zresztą, prawdziwie wielkich mężów —
przez brak podtrzymania ich, a tępy zasię opór przeciw ich
wielkości i hojnej dla innych potędze — zmarnował i
mówiąc dalej tym
trochę napuszonym stylem, zgnoił”
Przyznawszy się do niekompetencji nie byłby jednak Witkiewiczem, gdyby
się nie „wdał”. Nurkuje wprawdzie w przyszłość w
imię teraźniejszości, chcąc zbadać przyczyny „obecnego
niskiego pod każdym względem prawie poziomu naszego kraju” i
z odmętów przeszłości pragnąc (freudowską
„szczotką”!) wyłowić prawęzłowiska narodowych
kompleksów i wad, odkrycia jednakże, których po
drodze dokonał, i emocje, jakich przy odkryciach tych doznał, w
osobliwe zaprowadziły go rejony rozważań. Oto
zatem „odkrycia” podstawowe: „Historia
polska jest historią tragicznych i ohydnych (słabościowych) omyłek.
[...]
Pierwsza zasadnicza omyłka: przyjęcie chrześcijaństwa i w
ogóle kultury z Zachodu, a nie od strony Bizancjum [...]
— wszystkie dalsze pomyłki są już jego prostą
funkcją.” Najpoważniejszym zaś skutkiem tego błędu,
zawierającym w sobie zarazem źródło „zwichnięcia
naszego charakteru narodowego, zahamowania swoistej kultury i
wypaczenia tych właściwości duszy, które mogłyby być
podstawą wielkich czynów społecznych i wielkiej
twórczości” — jest szlachecka
demokracja, karykatura demokracji prawdziwej, niwecząca tym samym
„zdrową”, feudalną strukturę społeczną państw
zachodnich, opartą na klasowych hierarchicznych napięciach
ukierunkowanych w górę, ku wierzchołkowi
„piramidy”. „Oczywiście —
wyjaśnia bliżej Witkiewicz — hierarchia [w Polsce] była, ale
piramida zamiast piętrzyć się twardo prostymi liniami
„wybrzuszała się”, niebezpiecznie się deformowała i
galareciała, stawała się koloidalną, aż wreszcie zmieniła się w
bezkształtną kupę na wpół płynnych
ekskrementaliów za Sasów i
Poniatowskiego.” Rejestr dalszych zarzutów
skierowanych przez Witkiewicza przeciwko demokracji szlacheckiej i jej
skutkom jest prawie nieskończony. „Brak wszelkiej struktury w
naszej kulturze, przypadkowe przyjmowanie wszystkiego z zewnątrz,
wspaniałe początki bez odpowiednich końców (ta kardynalna
cecha najbardziej nawet wybitnych Polaków, podczas gdy każda
krytyka potępiona jest jako tzw. „samoopluwanie się a la
maniere russe”), brak wszelkiej oryginalności w
wytwórczości naukowej, artystycznej i filozoficznej, przy
kolosalnych danych na tę oryginalność (to jest najokropniejsze), to
wszystko przypisuję bałaganowi szlacheckiej demokracji, stwarzającej
bagno chaosu i rozpad indywiduum bez dyscypliny wewnętrznej zamiast
jego swobodnego rozwoju.”
„Mimo istnienia wysiłków wyjścia z tej ohydy u
pewnych jednostek wskutek chronicznego upadku ogółu i
połowiczności nawet wielkich względnie ludzi nie nastąpiła żadna
poprawa radykalna. Gdyby uwolniono chłopów i gdyby gilotyna
porządnie sobie parę lat u nas popracowała, inaczej by wyglądała
Polska, a nawet pośrednio i Rosja w wieku
XIX.”„Swobodę trzeba zdobyć — dodaje
— to jest kardynalne prawo ewolucji społecznej i
indywidualnej, a do tego potrzebna jest dyscyplina.”
„Oczywiście — pisze dalej — na tle
specjalnego położenia geograficznego i stosunków etnicznych,
w związku z popełnionym kardynalnym bykiem: przyjęcia kultury z
Zachodu, na tle przeszłego okresu walk książąt dzielnicowych, co
utrudniło tak przyszłą konsolidację — zachowanie tego
„piramidału” było niezmiernie utrudnione,a
trudności te spotęgowane były jeszcze cechami narodowymi,
które wszyscy znamy.„Mądry Polak po
szkodzie” (byłoby jeszcze dobrze, ale on i po szkodzie bywał
głupi, tzn. nie
głupi, tylko lekkomyślny), to „jakoś to będzie”
krótkodystansowość, aprenuledelużyzm, robienie wszystkiego
na „łapu — capu” [...], ten, że tak
powiem, „jebał — piesizm” [...] ten
parszywy pseudoindywidualizm, dobry wtedy, gdy trzeba było się bić,
gardłować, pić i jeszcze co najwyżej nabijać kabzę, ale nie myśleć
— to były wady, które razem z poprzednimi
„koordynatami” musiały dać w rezultacie zupełny
upadek.” I rzeczywiście. „Znudzone naszą ohydą
państwa ościenne odebrały nam swobodę dalszego gnicia we własnym
śmierdzącym sosie” — inaczej: „W ten
ohydny kocioł społecznego, narodowego i indywidualnego niżu, to
zagłębie psychicznego, społecznego i ideowego upadku”
— na zasadzie naczyń połączonych —
„musiały [podkreślenie moje — A. M.] wlać się
sąsiednie debordujące potęgą twórczą twory
państwowe.” — „Kara w zupełności
zasłużona” — konkluduje Witkiewicz, zamykając tym
samym zarys swej historycznej analizy przedrozbiorowych
dziejów Polski.
Analiza ta — przeprowadzona u schyłku dwudziestolecia, u
progu zaś niemal II wojny światowej — może poza
poszczególnymi epitetami nie jest ani szczególnie
nowa, ani odkrywcza. Nad odmętami przeszłości w Witkiewiczowskim ujęciu
unosi się duch jego szkolnych i gimnazjalnych lektur — maturę
zaś zdawał w roku 1903 we Lwowie, co nie jest tu bez znaczenia. Dzieje
Polski Józefa Szujskiego, Dzieje Polski w zarysie Michała
Bobrzyńskiego, Mieszko Stary i jego wiek Stanisława Smolki —
oto, wydaje się, krąg tych podstawowych lektur, z których
przede wszystkim zaczerpnął tyleż wiedzy o faktach, co właśnie
„ducha” krytycznej ich interpretacji, nawet jeśli
na chłopięce lektury „galilejskiego” gimnazjalisty
nałożyły się wrażenia z późniejszych, już z opozycji wobec
stańczykowskiej postawy zrodzonych dzieł historyków
warszawskich (niektóre sformułowania Witkiewicza w Niemytych
duszach wskazują, że mógł on mieć w ręku tak
Przewrót umysłowy w Polsce wieku XVIII Smoleńskiego, jak i
Wewnętrzne dzieje Polski za Stanisława Augusta Korzona), czy następnego
po Szujskim i Bobrzyńskim pokolenia historyków krakowskich
jak Konopczyński, Halecki czy Tokarz.
Pozostaje pytanie: po co, dlaczego z taką zajadłością Witkiewicz w
historię Polski się wepchnął, w imię czego — mimo
początkowych zastrzeżeń — w
„psychologicznym” w końcu studium tyle jej uwagi i
stronic poświęcił?
W Zakończeniu wydanego w roku 1918 cyklu wykładów
wygłoszonych przez grono profesorów Uniwersytetu
Jagiellońskiego, pt. Przyczyny upadku Polski pisze Ignacy Chrzanowski:
„Jeśli na pytanie, dlaczego Polska silną być przestała,
zechcemy odpowiedzieć ze stanowiska [...] „rozumu
praktycznego” [...], to odpowiedź będzie brzmiała: dlatego,
że Polacy nie umieli i nie chcieli zbudować Polski silnej, czyli [...]
upadek Polski jest w swojej nie ostatecznej, tylko pierwotnej
przyczynie [...] własną winą Polaków. A od czego zależy
umienie i chcenie? Od charakteru, który, rozumie się, jak w
poszczególnym człowieku, tak i w całym narodzie, ma swoje
cechy przyrodzone [...] ale którego całokształt zależy
także, i to w ogromnej mierze, od wolnej i świadomej pracy nad sobą
jednostki czy narodu. [...] Czy to myśl nowa? Ależ rozumiano ją u nas
już bardzo dawno! Żeby nie sięgać w wieki średnie [...] — od
czego zaczął Modrzewski swoje dzieło O naprawie Rzeczypospolitej? może
od praw? albo od skarbu? albo od wojska?
— Nie — od obyczajów! Dlaczego? Bo
rozumiał, że bez siły duchowej obywateli żadne państwo, bez względu na
postać rządu, trwale istnieć nie może. [...] A czy nie tę samą myśl co
Modrzewski wypowiedział Mickiewicz w słowach: „Każdy z was w
duszy swej ma ziarno przyszłych praw i miarę przyszłych
granic”? Czy nie ta sama myśl przyświecała obydwum mądrym i
szlachetnym nauczycielom narodu polskiego ostatnich czasów:
Szczepanowskiemu i Witkiewiczowi? A twórcy „szkoły
historycznej krakowskiej”, czy się nie tą samą myślą, jedyną
logiczną i jedyną zbawczą, kierowali? Może nie doceniali dodatnich
stron historii naszej, może przecenili niektóre czynniki,
które poczytywali za przyczyny upadku Polski, ale nie
pomylili się, kiedy nigdy nie przecząc faktowi zachłanności
sąsiadów, składali jednak odpowiedzialność za upadek Polski
na jej własny naród i kiedy (co za tym pójść
musiało) już to pośrednio, jak i Szuski i Bobrzyński, już bezpośrednio,
jak Kalinka i Tarnowski, pociągali do odpowiedzialności jako
głównego winowajcę charakter narodu. Tak, nie pomylili się i
„faktu tego żadna dialektyka zmienić nie zdoła”, a
wszelka dialektyka, która — jak to dzisiaj jest w
modzie — zmienić ten fakt usiłuje, jest jeśli nie dla nas
wszystkich, to dla naszego łatwowiernego ogółu,
który tak lubi tanie krople na wyrzuty sumienia i tanie
narkotyki na uśpienie myśli krytycznej, szkodliwa i zgubna bez względu
na to, czy płynie ze szczerego przekonania i ze szlachetnego zamiaru
przyniesienia ogółowi pożytku, czy z poglądów
nieszczerych i z tak pospolitej u nas od wieków żądzy taniej
popularności; bo że niejedna krytyka poglądu, iż Polska upadła z
własnej winy, że niejedna apologia Polski wypłynęła z tej żądzy, to nie
ulega wątpliwości.”
I wreszcie: „Naprawa dusz polskich, reforma charakteru
polskiego — oto postulat moralny, który się z całą
siłą swego bezwzględnego nakazu narzuca każdemu, kto się zastanawia nad
przyczynami upadku Polski i jej historią porozbiorową, oto święte
przykazanie narodowe, święte zawsze, ale dzisiaj — tak jak
nigdy. Jeszcze się nie spełniły, ale już się spełniają obietnice
Krasińskiego: nie podległa Polska już się do nas zbliża. [...] Ale
pamiętajmy: kiedy na koniec przyjdzie do nas, ta obiecana, ta wyśniona,
ta ukochana Polska, to już jej nam od siebie puścić nie wolno!
Pamiętajmy o tej wielkiej prawdzie,że:„Bóg sam
może świat zniszczyć i drugi wystawić,A bez naszej pomocy nie może nas
zbawić!” Podobnież i Polskę, którą nam odebrał,
może nam Pan Bóg dać po raz drugi, ale nam jej bez naszej
pomocy nie zostawi!”
„Banalna krytyka przeszłości”...„zlepek
prymitywnych,obiegowych poglądów o stereotypowym
charakterze”...„repetycje zwulgaryzowanych
neoromantyków”...„Jak to się stało, że
pisarz tak wrażliwy na banał, na trywialność, na mechaniczne
powtórki, sam się tego nie ustrzegł, lecz — wprost
przeciwnie — stał się takiego banału świetnym
przykładem?” — zapytuje na kartach swego szkicu
Polska w twórczości St. Ign. Witkiewicza — Marcin
Król.
W świetle zacytowanych wyżej refleksji Chrzanowskiego —
odpowiadać chyba Królowi nie ma potrzeby, nie bowiem według
kryteriów historycznej odkrywczości poświęcone Polsce uwagi
Witkiewicza odczytywać należy. Jeśli spojrzeć na Niemyte dusze nie jak
na wypracowanie na historyczne — wszystko jedno czy
krakowskie, czy warszawskie — seminarium, lecz na
próbę dokonania zbiorowej psychoanalizy narodu,
wśród którego Witkacemu żyć przyszło,
psychoanalizę, w której w dalekiej przeszłoś ci
„pacjenta”, jego snach i czynnościach pomyłkowych
terapeuta chce się dopatrzeć zalążków dręczącej go choroby
(gdzie zaś zalążków tych miał szukać, jeśli nie w
historycznych wykazach — tak zaciętych w tropieniu schorzeń
polskiego ducha narodowego — mistrzów szkoły
krakowskiej właśnie?) — przestaje być ważna ocena tej
przeszłości, lekarzowi bowiem, tak zresztą jak i prawdziwemu
historykowi, nie o krytykę bądź akceptację wszak chodzi, lecz o skutki
terapii.
W przeciwieństwie natomiast zarówno do
historyków, jak i lekarzy —
psychoanalityków Witkiewicza obchodzi nie tylko przeszłość,
ale i przyszłość. Historia est magistra vitae. Skoro:
„tymczasowość i ten ohydny specyficznie polsko —
szlachecki: „jakoś to będzie”, to są przywary,
które trwają dziś w nie mniejszym natężeniu niż za
czasów saskich, a kto wie, czy nawet w ostatnich latach
(trzydziestych) nie potęgują się powoli”, inaczej: skoro
rejestr narodowych właściwości i wad, zarówno wrodzonych jak
i nabytych, owych polskich „grzechów
głównych”, choć wyprowadzony z przeszłości, nie
przestaje być aktualnym i teraz, skoro ów cudem odzyskany,
ukochany i wyśniony kraj
pogrąża się w coraz głębszym chaosie, pozbawiony zarówno
idei, jak i perspektyw dalszego rozwoju, „dopóki
robotnicy pracują z wydartymi mózgami i kiszkami,
zmechanizowani doszczętnie — czyż na to wydarci zostali
nicości? — dopóki trwa jak gdyby nigdy nic
niewolnictwo — nie można spocząć ani na chwilę”.
Nie poprzestając więc na doraźnym umyciu swych dusz, w lęku, że
niepomne zabiegu, znowu się zaczną zawęźlać i brudzić —
wiadomo zaś aż nazbyt dokładnie z przeszłości, jakie recydywy tej mogą
być skutki — zaczyna nimi Witkiewicz potrząsać i targać. W
roku pisania Niemytych dusz jest w swej postawie „targacza
sumień” wprawdzie zupełnie odosobniony, ba, w heroizmie swym
nawet komiczny, jak ów „snardz”, co
„w atmosferze palącego się domu zakłada w nim np.dzwonki
elektryczne, polewając drugą ręką płomienie z małego
kubeczka”, nie najgorszych ma wszakże — jak to
wywiódł Chrzanowski — poprzedników.
A jeśli przypomnieć, że już w pierwszych latach istnienia Ojczyzny
Odrodzonej i wolnej „małym Polakom” spod znaku
„orła białego” rzucono w twarz takie oto słowa:
„Nie stać was na złamanie magnaterii, która już
raz pchnęła Polskę w niewolę. Nie ma w was duszy Ludwika XI, żeby
złamać szlachecką przemoc i przemienić ten kraj w gminę ludzi
pracowitych. [...] na co wy czekacie? Dał wam los w ręce ojczyznę
wolną, państwo wolne, królestwo Jagiellonów!
[...] Stolicę wolności dał wam w tym mieście! Czekacie! Czekacie!
Czekacie, aż wam jarzmo znowu nałożą. [...] Wy rajcujecie przyczyny
swojej nowej niewoli [...] Boicie się wielkiego czynu, wielkiej reformy
agrarnej, nieznanej przemiany starego więzienia. Musicie iść w ogonie
„Europy”. Nigdzie tego nie było więc jakżeby mogło
być u nas? Macież wy odwagę Lenina, żeby wszcząć dzieło nieznane,
zburzyć stare i wszcząć nowe? Umiecie tylko wymyślać, szkalować,
plotkować. Macież wy w sobie zawzięte męstwo tamtych ludzi —
virtus niezłomną, która może być omylną jako rachuba, lecz
jest niewątpliwie wielką próbą naprawy ludzkości? [...] Nie
o męczeństwo chodzi, lecz o męstwo, męstwo postawienia nowej idei. Jaką
wy macie ideę Polski w tym świecie nowoczesnym, tak nadzwyczajnie
nowym? Jaką? [...] Lud zgłodniały po wsiach, lud spracowany po
fabrykach, lud bezdomny po przedmieściach. [...] Nic nie wiecie. Nie
macie żadnej idei. [...] Polsce trzeba na gwałt wielkiej idei! Niech to
będzie reforma rolna, stworzenie nowych przemysłów,
jakikolwiek czyn wielki, którym ludzie mogliby oddychać jak
powietrzem. Tu jest zaduch. Byt tego wielkiego państwa, tej złotej
ojczyzny, tego świętego słowa, za które umierali męczennicy,
byt Polski — za ideę! Waszą ideą jest stare hasło
niedołęgów, którzy Polskę przełajdaczyli:
„jakoś to będzie,”!”
Tak. To Żeromski. Przywołanie wprawdzie jego nazwiska na odsiecz
Witkiewiczowskim Niemytym duszom brzmi groteskowo — groteska
to jednak pozorna. Tam gdzie innym chodziło jedynie o igraszkę, im
chodziło o życie. Życie nie własne bynajmniej, lecz tego narodu,
którego krótki, lecz brzemienny w następstwa
okres dziejowej próby jeden z pisarzy rozpoczął, a drugi
zakończył.
„NIEPEWNOŚĆ materialnego jutra, a ideowego pojutrza i co
gorsze, popojutrza jest rozpowszechniona do pewnego stopnia na całym
świecie. [...] Ale te narody i grupy, a nawet indywidua będą miały głos
w organizacji przyszłej lepszej ludzkości, które w tym
okropnym okresie szybkiego i słabego pulsu zachowają: 1. maksimum
długodystansowości, 2. wiary w trwałe wartości wysiłków
kulturalnych [...] i 3. uporczywej wiary w jakieś, zatracone obecnie
wśród ogólnego cynizmu, wyższe wartości
organizacyjne i społecznie twórcze rodzaju ludzkiego. Bo to,
co dziś się za twórczość społeczną
uważa, to są przeważnie trociny, które zdmuchnie pierwszy
zefirek zwiastujący wielki huragan przemian na wielką skalę,
którego (mówiąc poetycznie) odległy szum i palący
dech (jak przed uderzeniem wichru halnego daje się nieomal słyszeć i
odczuwać od strony mrocznej dali burzliwej przyszłości.”
Ów „odległy szum i palący dech” wydaje
się — według Witkiewicza — nadchodzić ze Wschodu.
„W ostatnich czasach wiele dał mi do myślenia widok [...]
Rewolucji Rosyjskiej od lutego 1917 do czerwca 1918 r. Obserwowałem to
niebywałe zdarzenie zupełnie z bliska będąc oficerem Pawłowskiego Pułku
Gwardii, który je rozpoczął. Uważam wprost za nieszczęsnego
kalekę tego, który tego ewenementu z bliska nie
przeżył.”
Wnioski zaś jakie z „obserwacji tego niebywałego
zdarzenia” wyciągnął — są jednoznaczne:
„Jedynie równie ważnym [jak w swoim czasie
Rewolucja Francuska] zdarzeniem jest Rewolucja Rosyjska, ten na
fantastycznie wielką skalę zrobiony eksperyment, markujący znowu
początek końca kłamliwej ery demokracji i panowania kapitału. Nie
chodzi o to, jak (szczegółowo) zostanie to zrealizowane: czy
zaraz, czy po jakichś wahaniach czy transformacjach, chodzi o to, że
początek nieodwracalny jest zrobiony; pewne rzeczy cofnąć się już nie
dadzą. Za ten eksperyment płaci Rosja straszliwymi mękami, ale może
cieszyć się tym, że wielkość dziś na świecie jest jedynie po jej
stronie.” I wreszcie: „Czy zgadzamy się z ideami i
obecnymi metodami komunizmu, czy nie, w tym jest też, musimy to
przyznać, wielkość obecnej Rosji.”
Fascynacja Rosją i zachodzącymi w niej przemianami, ową
„wielką próbą naprawy ludzkości”
— była do pewnego stopnia wspólną całemu pokoleniu
Cezarych Baryków, choć różnorakie wyciągali z
niej wnioski.W wypadku Witkiewicza fascynacja ta wywodzi się jednak z
głębszych pokładów niż z faktu doświadczenia na własnej
skórze piekących podmuchów historii. Jak pisze
Puzyna: „Człowiek, który wraca do Polski w roku
1918, nie jest komunistą. Ale nie jest też zwykłym byłym oficerem
carskim, który ocalał z kataklizmu.”
W perspektywie Witkiewiczowskich dociekań nad historią Polski
fascynacja aktualnością Rosji pozwala wyjaśnić jego ocenę
„kardynalnego byka” („który
zwichnął całą naszą historię i narodową misję”) —
jakim było dla Polski przyjęcie chrześcijaństwa, a wraz z nim całej
społecznej i kulturalnej struktury z Zachodu, nie zaś z Bizancjum.
Objęta wpływami Wschodu, mogłaby bowiem Polska nie tylko korzystać z
dobrodziejstw, jakie niosła ze sobą bizantyńska kultura, lecz należąc
jednocześnie do słowiańskiej wspólnoty, nie skrępowana w
swych geograficznych granicach, mogłaby się swobodnie rozwijać,
„piramidał” jej byłby zachowany
„barbarzyńska Rosja” — tam była jednak
struktura, prymitywna i dzika, ale była — Piotr Wielki miał
przynajmniej dobry materiał dla swej twórczości!”)
— aż wreszcie dostąpiłaby szczęścia
współuczestniczenia w dziejowych przemianach,
których źródło na Wschodzie właśnie wytrysło, ba,
może nawet w przemianach tych odegrać by mogła główną rolę.
Tymczasem?
— „Polska, jak zawsze, była
„odkupicielką)), „przedmurzem)),
„ostoją” — na tym przecież od
wieków polegała jej historyczna misja. Sama dla siebie była
niczym”... „Pozorni ludzie, pozorna praca, pozorny
kraj”... Gdyby był historykiem, można by mu postawić
dziesiątki podchwytliwych pytań.
— Jakiż to przyczynowy związek miało przyjęcie przez Polskę
kultury z Zachodu z późniejszym rozwojem demokracji
szlacheckiej, skoro wszak nie gdzie indziej, lecz właśnie na Zachodzie
narodził się tak opiewany na kartach Niemytych dusz
„klasyczny”, a więc feudalny
„piramidał” społecznej struktury — było
więc skąd bezpośrednio brać jego wzorce? Czy — pamiętając o
geograficznym umiejscowieniu Polski, położonej na europejskiej mapie
między Odrą a Bugiem — nie wszystko w końcu jest jedno,
która z rzek stanowiłaby kraniec przedmurza: Bug przedmurza
Zachodu na Wschodzie czy Odra przedmurza Wschodu na Zachodzie? Na dobrą
sprawę i na Zachodzie wydarzyło się w historii parę wielkich rzeczy, w
których mogła partycypować i Polska — czy tylko
„narodowe wady” stanęły jej na przeszkodzie?...
Szczegółowych odpowiedzi na te pytania od Witkacego
oczekiwać nie należy, nie historykiem był bowiem — lecz
filozofem. Filozofem ponadto, który filozofię nie tylko
„uprawiał”, lecz — jak pisze prof.
Leszczyński — przeżywał ją całym sobą, w maksymalnym
natężeniu emocji i zaangażowaniu w każdy problem, z jakim w
intelektualnych swoich wędrówkach się zetknął.
Że emocja nie sprzyja nie tylko obiektywizmowi, ale i logice? Burzy tok
wywodów, mąci precyzję sformułowań, sprawia, że ogarnięty
nią poszukiwacz posługuje się poszczególnymi narzędziami
często zupełnie odwrotnie do ich właściwego przeznaczenia
— lancetem, tam gdzie trzeba łopaty, nożycami, tam gdzie
przydałaby się miotła? Na pewno. Jeśli jednak w Witkiewiczowskich
dywagacjach panuje w istocie „materii pomięszanie”,
próbujący zaś rozplątać je czytelnik bez przerwy napotyka
luki w rozumowaniu, myślowe przeskoki i paradoksalną niekonsekwencję
wniosków wyprowadzonych z niezbornych hipotez —
Schadenfreude z przyłapania go na tym i możliwości
„przyszpilenia” zarzutami o „umysłową
nierzetelność i beztroskę” jest przedwczesna.
„Między pełną samoświadomością i na pół świadomym
okłamywaniem siebie, między demaskowaniem rzeczywistości i
konstruowaniem sztucznych rajów, między buntem a ucieczką
— mieści się twórczość Witkiewicza”
— pisze Puzyna. Tak — twórczość. Nad
myślą jednak, trzeba dodać, unosi się duch filozofii, owej matki nie
tylko wszech — nauk, ale i postaw, w filozofii więc szukać
trzeba i klucza do labiryntu Witkiewiczowskich dociekań. W dziejach
filozofii szukać klucza do jego filozofii dziejów.
„SOWA Minerwy wylatuje o zmierzchu.” Czas refleksji
dla filozofa to czas schyłku dnia jego epoki, ów ledwie
uchwytny, pozornie zawieszony w przestrzeni i czasie moment, w
którym to, co minione, zapada się w to, co nieuchronnie musi
nastąpić. Moment jednocześnie, w którym pozostawiając
„sowom Minerwy” pełną swobodę łowów na
oceny i wnioski, niestrudzony „duch
dziejów”, Weltgeist, porzuciwszy jak
pustą — skorupę niepotrzebny mu już jeden naród,
rozgląda się za następną „ofiarą”, w
której ducha (Volksgeist) mógłby się wcielić, by
dalej prowadzić swe dzieło postępu. „Duch
dziejów”, o którym tu mowa, postęp zaś
rozumie jednoznacznie: jest nim realizacja wolności w świecie, wolności
uświadomionej, on sam bowiem jest jedynie narzędziem rozumu...
Odczytywane przez pryzmat takiego właśnie ujęcia filozofii
dziejów Niemyte dusze stają się nie tyle
„repetycją zwulgaryzowanych
neoromantyków”, co spoistym —
idealistycznym zapewne, ale na racjonalnych podstawach opartym
— systemem dociekań nad problemem: dlaczego Polska,
„naród tak pod każdym względem
uzdolniony” i „mający kolosalne dane na
oryginalność”, mogąc zatem teoretycznie „odegrać
dziejową rolę” i „stanąć na czele
ludzkości” — roli tej jednak nie odegrała, żadnej
historycznej misji nie spełniła, gorzej: ominięta przez ducha świata,
czyli przez rozum, wyalienowała się i upadła, zanim czynu
jakiegokolwiek mogła była dokonać.
Skoro tak brzmi pytanie — inaczej też już trzeba odczytywać
Witkiewiczowską próbę odpowiedzi. Jeśli bowiem
„kardynalnym prawem ewolucji społecznej i indywidualnej jest
swoboda”, czyli wolność — którą
„trzeba zdobyć”, „a do tego potrzebna
jest dyscyplina”, czyli określona państwowa struktura
— nic dziwnego, że w państwie, w którym panowały
„płynne instytucje, płynna przechodnia władza, chaos i
rozpad”, nie mogły powstać warunki czyniące z jego obywateli
naród „dziejowo — powszechny”.
Co gorsza, narodowi temu zabrakło nie tylko
„dyscypliny”, lecz także tego, co
„ogólne”. „Podczas gdy inne
ugrupowania ludzkie, w przybliżeniu narodowe, wypracowywały swoje
kultury, stwarzając podstawy dla samouświadomionej już cywilizacji o
tendencji wszechludzkiej naszych czasów [...] co działo się
u nas?”... Indywidualne cechy narodu polskiego, jego
właściwości i wady — zrozumiała staje się Witkiewiczowska
zaciekłość w ich tropieniu — wymykające się kontroli rozumu,
zamknęły go w ciasnym kręgu irracjonalnego partykularyzmu,
uniemożliwiając tym samym duchowi dziejów wcielenie się w
jego nazbyt wyizolowanego od świata narodowego
„ducha”. A jeżeli nawet „byli [u nas]
morowi ludzie” — to „z powodu braku
materiału nie mogli stworzyć tego, co byliby stworzyć mogli. [...] Może
to instynkt nie pozwalający brać na siebie zbyt ciężkich przeznaczeń,
nie dający lekkomyślnie „mierzyć sił na zamiary”.
Ale bez tego ostatniego nic się prawdziwie wielkiego w historii świata
niestety nie wydarza i wydarzać nie będzie.”
Upadły („prócz zyskania własnej swobody [Polska]
nie mogła nic już dać światu”) i w ten sposób
definitywnie odtrącony przez dzieje naród („Świat
nas minie w swej drodze ku sprawiedliwości i u nas zrobią to wszystko
za nas obcy przybysze ze Wschodu czy Zachodu; wtedy już będzie to
zupełnie obojętnym”) — zamiast w ostatnim zrywie
świadomości „sprężyć się w sobie” („Wtedy
był jeszcze czas stanąć na czele ludzkości i my bylibyśmy to potrafili,
gdybyśmy zaczęli się rżnąć porządnie wtedy, gdyby był człowiek,
który by miał odwagę to zacząć, i to na wielką skalę.
Refleksem tych nie dorobionych rzeczy były mesjaniczne brednie
— wtedy trzeba było być Mesjaszem wyższej marki niż
Francja” — pisze Witkacy w Nienasyceniu)
— popada w „kompleksy” i z
kompleksów tych wynikłe „działania
zastępcze”.
„Tak więc pewne właściwości wrodzone narodowi polskiemu,
połączone z jego potęgującą się w swych charakterystycznych rysach
strukturą szlachecko — demokratyczną, będącą do pewnego
stopnia też ich funkcją, wytworzyły z Polaków
naród ludzi niezadowolonych ze swego losu tzw. z rosyjska
„nieudaczników”, którzy jako
jedyny ratunek przeciw niespełnionym ambicjom musieli widzieć w
sztucznym napuszaniu się do
nie osiągniętej realnie wielkości: pić, bić się i puszyć się do
ostatecznych granic możliwości — to był jedyny ratunek na
nieprzyjemny podświadomy podkład poczucia własnej małości.”
Koło się zamyka. Sowa Minerwy może udać się na spoczynek. Dostrzegłszy
w swych lotach brzask nowego jutra na Wschodzie, spełniwszy zatem
swój „racjonalny” obowiązek, własnemu
narodowi — po przeprowadzeniu krytycznej analizy jego
przeszłości — poleca na przyszłość „szczotkę
Freuda”, bez osiągnięcia bowiem pełnej samoświadomości nie ma
nie tylko drogi do wielkości — jakkolwiek byłaby jej postać
— ale głównie i przede wszystkim do prawdziwej
wolności.
„Jeśli mamy już raz, do diabła, ten intelekt [...] to mamy go
dany na coś, nie tylko na
to, aby uświadomić sobie ten nasz upadek i nic więcej. Ten sam intelekt
może stać się
czymś twórczym i odwrócić ostateczną katastrofę.
[...] Dopiero cała ludzkość uświadomiona w ten sposób
stworzyć może taką atmosferę społeczną, w której powstać
będą mogły indywidua nowego typu. [...] Może to fikcja, ale jedyna,
której warto jeszcze spróbować!”
Bo zważcie to dobrze u siebie,
Że czy ma być w piekle, czy w niebie,
Ni tu, ni tam się nie zbłaźni,
Ten, który chodzi do łaźni...
Że „łaźnia” tego typu nigdy w przeciągu
dziejów nie była popularna?
Pisząc o nieporozumieniach narosłych wokół filozofii
dziejów Hegla — stwierdza Kroński:
„Pierwszym powodem jest po prostu lenistwo: ludzie nie chcą
czytać tekstów trudnych, a nie chcąc tego czynić głoszą, iż
trudność ta nie jest trudnością, ale mętnością. Drugi powód
jest nierównie ważniejszy: apologeta negatywności i
permanentnego niepokoju nie może przecież liczyć na sympatię i uznanie
tych wszystkich, którzy czując się doskonale w
wyalienowanych klatkach swych pojęć i haseł i w nie mniej
wyalienowanych twierdzach swych instytucji, uciekają przed jego
argumentacją nawet wtedy, gdy ukazując im możliwości odnowy,
zabezpiecza także ich samych przed zagładą z ręki sił
irracjonalnych.”
„ESEJ nie rozwiązuje problemów, ale je stawia.
Frans Hals — veni, vidi, pinxi. Esej stawia problem i
pozostawia swobodę wyciągania wniosków. [...] Polega to na
tym, że esej nie jest czymś z pogranicza filozofii i literatury, ale
formą autonomiczną [...] wielowarstwową i niesłychanie rozrzutną. [...]
Eseista gromadzi problemy jak słowa. [...]
W dobrym eseju powinno być tyle zagadnień, ile zdań, a to
różni esej od natłoczonej kaszy pojęciowej, że nad esejem
unosi się jakaś jednolita mgiełka, eseje są, mówiąc za
Leonardem — sfumato — mają swoje tonacje jak utwory
muzyczne [...] Tak, przez związanie w jednej tonacji wielu
problemów można postawić zagadnienie, którego
rozwiązanie będzie z reguły indywidualne” — pisał w
swoim Notatniku mistrz filozoficznego eseju — Bolesław
Miciński.
Oto odpowiedź na postawione w trakcie niniejszych rozważań pytanie:
czym są naprawdę Niemyte dusze Stanisława Ignacego Witkiewicza, jak
nazwać formę tego pisania, w którym zagadnień jest tyle bez
mała, ile zdań, i jak też wypada Witkiewicza z jego pisania
„rozliczać”.
Odpowiedź zarazem, za którą pragnie się ukryć autorka tej
pierwszej indywidualnej próby przedarcia się przez gąszcz
postawionych przez Witkiewicza problemów, próby
nie mającej bynajmniej ambicji rozwiązania któregokolwiek z
nich, lecz jedynie wynotowania na marginesie ważniejszych, na użytek
przyszłych czytelników.
Zresztą „nie ma obawy — stwierdził kiedyś Puzyna
— Witkacy wyżywi jeszcze kilka pokoleń badaczy”.
Niech żywi.
ANNA MICIŃSKA
maj 1974
NIKOTYNA, ALKOHOL,
KOKAINA, PEYOTL
MORFINA, ETER
+
APPENDIX
MOTTO:
„Wszelako dziwne jest w tej książce
materii pomięszanie.”
Henryk Sienkiewicz, Ogniem i mieczem
PRZEDMOWA
Ponieważ tzw. „swobodną twórczością”, to
jest tzw. „śpiewaniem ptaszka na gałęzi”,
nic dla społeczeństwa i narodu zrobić nie mogłem, postanowiłem po
szeregu eksperymentów zwierzyć się ogółowi z
moich poglądów na narkotyki, zaczynając od najpospolitszego:
tytoniu, a kończąc na najdziwniejszym chyba peyotlu (któremu
rezerwuję
osobne miejsce), w celu choćby małego wspomożenia dobrych potęg w walce
z tymi
najstraszniejszymi, poza wojną, nędzą i chorobami, wrogami ludzkości.
Może i ta praca
(z powodu pewnego tonu w sformułowaniu gorzkich prawd) potraktowana
będzie humorystycznie lub negatywnie, jak moja estetyka, filozofia,
sztuki sceniczne, istotne portrety,dawne kompozycje
itp.„swobodne wytwory”.Oświadczam oficjalnie,że
piszę poważnie i chcę wreszcie coś bezpośrednio pożytecznego zdziałać,
a na idiotów i ludzi
nieuczciwych sposobu nie ma, jak to w ciągu mojej dość smutnej
działalności miałem
sposobność przekonać się. Mówi się komuś: „Jesteś
głupi, ucz się, a może zmądrzejesz”
— nic nie pomoże, bo człowiek głupi jest przy tym zarozumiały
i to, nawet jeśliby mógł
przy usilnej pracy zmądrzeć, uniemożliwia mu wybrnięcie z błędnego
koła. Mówi się
draniowi: „To nieładnie być taką świnią, zastanów
się, popraw się” — próżne gadanie:
nie rozumiemy tego, że większość draniów jest świadomie
właśnie draniowata — oni
wiedzą o tym i nie chcą być innymi, o ile tylko mogą draniowatość tę
dobrze zamaskować.
„Czy można patykowi przebaczyć,że jest
patykiem”— jak mówił Tadeusz Szymberski
— i miał rację.
Byłem niegdyś „fighting manem” —
człowiekiem bojowym par excellence, miałem
idee i chciałem o nie walczyć — nie było gdzie i z kim.
Bynajmniej nie sprzeniewierzyłem się moim ideom (Czysta Forma w
malarstwie i w teatrze i reforma artystycznej krytyki), tylko
przyszedłem do przekonania, że są one w każdym razie obecnie nie
na czasie i że może w ogóle minął dla nich ich czas. To, co
twierdziłem jeszcze przed wojną, a co wyraziłem w czwartej części
książki pod tytułem Nowe formy w malarstwie... że sztuka ginie, dzieje
się na naszych oczach, a wobec tego, czy będzie i jaka będzie krytyka
artystyczna w moim znaczeniu, to jest krytyka formalna, jest bez
znaczenia. Co innego jeśli rzecz idzie o literaturę nie jako sztukę
— tam jest jeszcze coś do powiedzenia i może jeszcze się na
ten temat wypowiem. Obecnie jestem stosunkowo „pogodnym
osobnikiem lat średnich, który o żadnych
„wyczynach” w wielkim stylu już nie
marzy i pragnie jako tako skończyć to życie, którego dotąd
przynajmniej mimo klęsk
i niepowodzeń nie żałuje. Co będzie, to będzie. Zaznaczyć tylko muszę,
że „dziełko” niniejsze będzie nosić charakter
wysoce osobisty, a więc niejako pośmiertny. Nie jest to
megalomania i chęć zaprzątania swoją (nikomu dotąd nie potrzebną) osobą
ludzi zajętych czym innym i daleko przyjemniejszym. Ale pisząc o moich
osobistych przeżyciach
nie mogę pominąć siebie. W każdym razie będzie tu podana w
sposób przystępny część
prawdy o mnie, i to prawdy bezpośrednio dla ogółu
pożytecznej.
Czymże to jest wobec potwornych plotek, które o mnie krążą.
Pod tym względem
w naszym już i tak wyjątkowo plotkarskim i lubiącym bawić się
oszczerstwami społeczeństwie spotkało mnie zdaje się
wyróżnienie. Mimo całego braku megalomanii,
co z całą uczciwością podkreślam, mam wrażenie, że doborem bzdur i
kłamstw, jakie
o mnie mówiono i mówi się jeszcze, nie każdy
przeciętnie znany u nas człowiek poszczycić się może. Nie będzie
wchodził tu w przyczyny tego zjawiska, ale sądzę, że
pewną rolą w wytworzeniu się niechęci ogólnej w stosunku do
mnie była trudność
w zgłębieniu mnie intelektualnym przez ludzi bez odpowiednich do tego
kwalifikacji,
a po wtóre, pewne niezwracanie przeze mnie uwagi na opinię
publiczną, przez co czyny,
które u innego przeszłyby bez zwrócenia uwagi
(np. wypicie aż trzech wódek w jakimś
barze), w stosunku do mnie wywoływały niekorzystne dla mnie oburzenie,
nieproporcjonalne do ich wartości. Mniejsza z tym.
A więc: zaczynam pisać dziś (6 II 1930 r.) tę książkę „na
P”, to znaczy w stanie palenia. Jutro, jak zwykle, przestaję
palić — sądzę, że tym razem definitywnie lub na czas
bardzo długi — i rozdział o nikotynie będę pisał w miarę
odzwyczajania się od papierosów, przy czym jest możliwość,
że w środku pisania zapalę znowu i „nie omieszkam
zwierzyć się” z tego faktu przed ewentualnymi czytelnikami.
Tyle razy się to zdarzało! Z nikotyną walczę już od lat dwudziestu
ośmiu i mimo częstych okresów abstynencji (do kilku tygodni)
nie zdołałem całkowicie jej przezwyciężyć. Możliwe to jest i teraz,
mimo zaczęcia niniejszej pracy. Zbliża się jednak chwila, w
której staje się to koniecznym, o ile nie miałbym
zrezygnować z wszelkich wyższych aspiracji w stosunku
do siebie samego. Detale na ten temat później. Sądzę, że ten
sposób opisu — to znaczy na NP, czyli w stanie
niepalenia — będzie dość istotny, ponieważ jednocześnie
pragnąc ulubionego i znienawidzonego narkotyku ostatniego chyba rzędu
(niech będą
przeklęci Indianie i ci, którzy to świństwo do nas zawlekli)
będę mógł lepiej zanalizować ogarniające nałogowego palacza
pokusy i podać sposoby ich odparcia na tle wspomnień ohydnego
samopoczucia (często maskowanego przed sobą i innymi) przy powrocie do
tej świńskiej, bezpłodnej i ogłupiającej trucizny. Właśnie niedawno nie
paliłem aż cztery dni (a wiadomo, że drugi dzień jest najgorszy i że
trzeciego zaczyna się
poprawa) — aż tu „trach” i zapaliłem na
nowo (zanalizuję mechanizm tego faktu później), i wszystko
„fajt” od początku. Oczywiście nie wytrzymałem i
zapaliłem dziś rano
— po prostu, żeby zobaczyć, jak to tam wszystko wygląda na P.
Nie żebym „znowu już
tak” nie mógł wytrzymać, tylko tak sobie: jeszcze
raz na świat spojrzeć z „tamtej strony”
(upadku, ogłupienia, zniechęcenia itp.), a potem już definitywnie
„szlus”. Tak to się tłumaczy przed sobą te
historie. Nienajgorszą rzeczą jest słabość — durchhalten
— a jak,
o tym napiszę w rozdziałku o nikotynie. Zapaliłem — to jest
ponury fakt (kogoż to właściwie obchodzi, ale chodzi o innych, o
tysiące, miliony zaczadziałych, otępiałych, sflaczałych) — i
piszę dalej tę przedmowę w stanie zupełnego otumanienia. Właśnie
chciałem się zająć dalej moją filozoficzną pracą (bardzo ryzykowna
historia i jeszcze nie
wiem, co z tego wyjdzie), ale okazało się to absolutnie nie możliwym:
tępota, brak tego,
co dr mat. Stefan Glass nazywa „igriwost’
uma”, brak możności jakiego takiego skupienia się. To tylko
zwierzenia tymczasowe — wszystko będzie opisane z
„detajlami” później. Zacząłem pisać tę
przedmowę z rozpaczy, nie mogąc się zabrać z powodu zatrucia
nikotyną do czegoś lepszego, chcąc raz zacząć to
„dziełko”, usprawiedliwić przed sobą
własną swą egzystencję. Czy wszelka
„twórczość” nie pochodzi z tych
źródeł?
Wracając do opinii publicznej: byłem i jestem dotąd nałogowym palaczem,
walczącym bohatersko od lat dwudziestu ośmiu ze straszliwym
przyzwyczajeniem. Do pewnego stopnia można by mnie uważać w pewnych
okresach za nałogowego pijaka, o ile
za takiego (różne są standardy — wzorce) uzna się
kogoś, kto urzyna się przeciętnie
raz na tydzień, potem nie pije miesiąc albo i więcej i który
miał jedną jedyną w życiu pięciodniówkę (a propos pewnej
premiery scenicznej — okoliczność wysoce łagodząca) i do
dziesięciu trzydniówek, i który nigdy nie chlał
wódy rano przy goleniu się.
Ale nigdy nie byłem kokainistą — temu przeczę stanowczo, mimo
że dla wielu perwersyjnych kretynów i to moje oświadczenie
może być właśnie dowodem za, a nie przeciw.. O ile można by mnie nazwać
okresowym pijakiem, „Wochensaufer”, na przestrzeni
lat dziesięciu, to proponowałbym nazwę,
„Quartalkokainist” w okresie trzyletnim, i to z
dużą przesadą. Dwa razy w życiu zażyłem kokainę na trzeźwo i zaraz
postarałem się zapić to świństwo. Inne wypadki zażywania tego drogu (z
czym się nigdy
nie kryłem, podpisując rysunki robione w tym stanie odpowiednią marką
Co) połączone były zawsze z wielkimi „popojkami a la maniere
russe”. Nigdy nie byłem morfinistą, mając idiosynkrazję do
tego specyfiku (raz w życiu miałem zastrzyk minimalny
i o mało nie umarłem), ani eteromanem, z powodu jakiegoś braku zaufania
do eteru,
mimo że używałem go parę razy w życiu: z wódką i przez
wdychanie. Rysunki, owszem, były dość ciekawe i przy wdychaniu uczucie
ginięcia świata i ciała, a potem „metafizycznego osamotnienia
w przestrzennej pustyni” zabawne, ale jakoś to nie
przemawiało
nigdy do mego przekonania. Innego zdania jest dr Dezydery Prokopowicz,
który opracuje w „dziełku” tym część
eteryczną. Bohdan Filipowski, okultysta i długoletni nałogowy
morfinista, zajmie się swoim ulubionym drogiem, na myśl o
którym mnie robi się
wprost zimno — tak straszne rzeczy przeżyłem wtedy w
Petersburgu, gdy przez cztery
godziny walczyłem ze śmiercią wśród torsji i zamierania
serca. Tak więc stanowczo odpieram zarzuty co do nałogowego używania
wyżej wymienionych preparatów, przyznając się do
sporadycznego używania peyotlu i meskaliny, pierwszego wyrobu dr
Rouhier,
a drugiej fabrykacji wspaniałej firmy „Merck”.
Również przeczę przy sposobności, jakobym oddawał się
homoseksualizmowi, do którego czuję wstręt najwyższy;
jakobym żył
płciowo z moją syjamską kotką, Schyzią (Schizofrenią, Isottą, Sabiną,
którą bardzo lubię,
ale nic poza tym) i jakoby nierasowe zresztą kocięta z niej zrodzone
były do mnie podobne; jakobym miał stragan portretowy na Wystawie
Poznańskiej i robił dziesięciominutowe portrety po dwa złote (czego te
dranie nie wymyślą!); jakobym był blagierem
i rzucał się na kobiety przy lada sposobności; jakobym uwodził
mężów żonom, chodził
we fraku (nigdy nie miałem fraka w ogóle) na Giewont, pisał
sztuki sceniczne dla kawału, nabierał i kpił, i nie umiał rysować.
Wszystko to są plotki wymyślone przez jakieś
obskurne baby, kretynów i idiotów, a nade
wszystko przez draniów chcących mi zaszkodzić. Odpieram te
znane mi plotki i z góry te wszystkie, które
krążyć jeszcze o mnie
w Zakopanem i jego przysiółkach będą. Szlus.
Jeszcze jedna rzecz: może kto pomyśleć, że piszę tę książkę dla
autoreklamy. Otóż
nie: będą tam opowiedziane rzeczy, które mi wcale zaszczytu
nie przynoszą, a głównym
celem jej jest uchronienie dalszych pokoleń od dwóch
najpotworniejszych „ogłupjansów”
(stupefiants): tytoniu i alkoholu, tym groźniejszych, że są one
dozwolone, a szkodliwość ich niedostatecznie jest uświadomiona.
Narkotykami „białymi” wyższej marki
zajmuje się dziś elita ludzkości i te nie są tak groźne — to
arystokracja narkotyzmu.
Niebezpieczniejsze są te szare, codzienne, demokratyczne jady, na
które każdy bezkarnie pozwolić sobie może.
Metoda moja jest czysto psychologiczna. Chodzi mi o
zwrócenie uwagi na skutki
psychiczne trucizn tych, skutki, które każdy, nawet
początkujący, może już w miniaturze na sobie oglądać na długo przed
tym, nim całkowicie opanowanym zostanie. Ja nie
będę przed wami rozbijał jaj (kurzych) i wrzucał ich do spirytusu,
abyście zobaczyli,
jak ścina się białko pod wpływem „przezroczystego
płynu” (jak to czynił za mojej pa-
mięci śp. książę Giedroyć); ja nie będę wam pokazywał w przezroczach,
zakopconych
płuc i rozdętego serca palacza ani zdegenerowanej wątroby pijaka, ani
zanikłego, wielkości piąstki, żołądka kokainisty —
„ja nie będę grał Wam pieśni smutnej, o cienie, lecz
dam tryumf dumny i okrutny...” itd. — chcę wam
ukazać drobne psychiczne przesunięcia, które w ostatecznym
swym rozwinięciu dają obraz zupełnie innych niż w punkcie wyjścia
osobowości,duchowo zdeformowanych,pozbawionych wszelkiego
tzw.„geistu” (słowo polskie
„duch” nie oddaje tego, co niemieckie
„Geist” i francuskie „esprit”
— dryg, mknik, wyskrzyk, wybłysk, wypęd itp.), siły
twórczej i tego rozpędu w Nieznane, do którego
konieczna jest odwaga i beztroska, zabijana systematycznie przez ohydny
nałóg. Mnie od skutków nikotyny, od
której dotąd całkowicie wyzwolić się nie zdołałem, uratowało
to, że często i czasem na dość długo (kilka tygodni) przestawałem
palić,
tak że w sumie pół lub jedną trzecią roku faktycznie nie
paliłem. Oczywiście działanie takiej abstynencji par intermittence nie
mogłoby być tak korzystne, jak wielkie ciągłe okresy wyrzeczenia się
zupełnego — ale i to zrobiło swoje. Ale ci, którzy
palą stale,
a w 90% wypadków muszą palić coraz więcej, popełniają
systematycznie duchowe samobójstwo ratami, nieznacznie, sami
o tym nie wiedząc, pozbawiając każde przeżycie barw i
blasków i niszcząc rzecz najcenniejszą: intelekt, za cenę
przyjemności prawie żadnej. Bo czyż nałogowy palacz ma w
ogóle jakąś przyjemność? Tylko negatywną
— zaspokojenia wstrętnej, nienaturalnej potrzeby. Tak jest
podobno ze wszystkimi narkotykami, o ile dany osobnik doprowadzi się do
dostatecznie, wysokiego stopnia znałogowania.
Jeśli młodzieńcowi lat szesnastu pokażecie wątrobę czterdziestoletniego
alkoholika, przerośniętą i zdegenerowaną, czy przestanie pić na ten
widok? Niezbyt daleko jest
od niego ten rok czterdziesty, jest czymś niewyobrażalnym —
wiem to z własnego doświadczenia. A zresztą każdy mówi:
„E — czy będę żył o kilka lat dłużej, czy
krócej, to
jest „ganc wurszt und pomade,) — chodzi o tę
chwilę.” A potem, jak przyjdzie te ostatnie pięć lat,
których się taki nieszczęśnik lekkomyślnie wyrzekł i
które mogą być mu
faktycznie odjęte, to na głowie staje taki, aby przedłużyć to życie,
którego w większej
ilości wypadków przedłużać już nie warto. Żyje potem taki
osobnik po własnej istotnej śmierci, zidiociały, wewnętrznie, a często
i zewnętrznie zniedołężniały, niezdolny do
wydatnej pracy, zhipochondryczały, liczący tylko puls co pięć minut i
zażywający tony
lekarstw, które nie mogą już odrodzić zdegenerowanych
komórek. Trzeba ukazać skutki
psychiczne, doraźne, których powolnego postępu
(„schleichender Vorgang” — brrr!
Strach!) nie każdy może zaobserwować, a szczególniej ten, co
używa danego narkotyku
stale, bez przerwy. Wyższe narkotyki dają wściekłe reakcje —
zaraz widać ich szkodliwość. Chęć pokonania tych reakcji, a nie
pragnienie pozytywnych skutków jest często
przyczyną popadania ludzi w nałogi. Nikotyna nie daje wyraźnej
„glątwy” („katzenjammer”) i tym
jest niebezpieczniejsza dla ogółu. Oddać się kokainie czy
morfinie bez zastrzeżeń mogą w większości wypadków tylko
osobniki już jakby predysponowane, degeneraci i tak niewiele co warci.
Tytoń zaczadza, a alkohol spala powoli najlepsze czasem
mózgi. Są tacy, co mówią: „Palę i piję,
nic mi to nie szkodzi i doskonale się czuję”
— oczywiście do czasu. Całe masy drobnych niedomagań
psychofizycznych kumulują się powoli, ażeby potem nagle wybuchnąć w
postaci zupełnie określonej choroby psychicznej lub fizycznej. Ale
pomyśl, o osobniku nieszczęsny, jak byś świetnie się czuł,
gdybyś tego wcale nie robił, jeśli organizm twój jest tak
silny, że nawet przy ciągłym zatruwaniu go może jeszcze znośnie
funkcjonować. Jakim byś był, gdybyś tego nie robił,
nie dowiesz się nigdy. Szkody tej niepodobna zmierzyć i ocenić. Wiedzą
o niej trochę
ci, którzy przestawali i zaczynali znowu. Cóż bym
ja dał, żeby odwrócić te dwadzieścia
osiem lat palenia, i to z przerwami.
A dziś, kiedy mi to szkodzi stokroć więcej niż wtedy, gdy miałem lat
osiemnaście, jest
mi również stokroć trudniej rzucić wstrętny nałóg
niż za „dobrych dawnych czasów”.
A cóż musi się dziać z prawdziwymi alkoholikami i
kokainistami, do jakich zaliczyć się
mimo wielkiej chęci moich „wrogów” nie
mogę — strach pomyśleć.
Tak więc zaczynamy: jutro jest bal, urzynam się i pojutrze koniec.
Daleko łatwiej rozprawić się z nikotyną na tle lekkiej choćby
„glątewki” poalkoholowej.
7 II 1930 r.
NIKOTYNA
Lew Tołstoj twierdził podobno, że człowiek, który nigdy w
życiu swym nie zapalił
papierosa, nie zdolnym jest do prawdziwej zbrodni w całym znaczeniu
tego słowa. Jest
w tym zdaniu pewna przesada, bo wiadomo, że np. w Europie choćby na
długo przed
wprowadzeniem tytoniu ludzie mordowali się niezgorzej. Może dopomagał
im w tym
alkohol — czort wie — nie moim zadaniem jest pisać
historię narkotyków całego świata.Zresztą — kiedyś
nie było też alkoholu.Ale jak tylko daleko sięgnie się w dzieje
ludzkie, zawsze na jakieś „omany narkotyczne”
natrafić można. Widocznie świadomość doprowadzona do pewnego stopnia
wyostrzenia nie mogła wprost znieść samej siebie
wśród metafizycznej potworności Istnienia i czymś musiała
łagodzić swą własną perspikację. Używanie narkotyków
połączone było zawsze z obrzędami religijnymi, było
częścią integralną różnych kultów. Religia i
sztuka też były przecież kiedyś zasłonami
dla zbyt okropnie jaskrawo świecącej z czarnej otchłani Bytu
— Wiecznej Tajemnicy.
Dopiero począwszy od Grecji, rozpoczyna się pojęciowa walka z tajemnicą
tą — walka,
która musi skończyć się oczywiście porażką. My żyjemy w
epoce wielkiego przełomu.
Wszystkie elementy przeszłości i zarysowującej się przyszłości są w
naszych czasach
pomięszane. Sądzę, że na tle społecznego uspokojenia, do
którego zdążamy, zbliża się
czas końca wszelkich omanów, a z nim także końca
narkotyków. Dzisiejsza klęska narkomanii jest też ich
ostatnim przedśmiertnym podrygiem na tle pomięszania przeszłości z
przyszłością. Ponieważ lepiej jest, aby coś już zgangrenowanego i
niezdolnego do życia odpadło prędzej, chcemy niniejszą pracą przyczynić
się do przyspieszenia tego procesu. Co dawniej było na miejscu, było
czymś twórczym, dziś może być balastem utrudniającym
skonsolidowanie się przyszłego ustroju ludzkości. Do takich
balastów należą bezwzględnie narkotyki, jakkolwiek rola
niektórych (nikotyny i alkoholu) może wydawać się pewnym
ludziom na razie społecznie dodatnią. Mimo przesady
w rzekomym zdaniu Tołstoja twierdzę, że nikotyna może być doskonałym
wstępem do
alkoholizmu i wszelakiego omamienia: stwarza pewien typ mechanizmu
psychicznego,
który daje się zastosować do każdego innego nałogu. Człowiek
palący znajduje się już
na tej równi pochyłej, z której w dowolną
przepaść stoczyć się można, a na dnie której
może znaleźć się i zbrodnia, nawet jeśli ku niej żadnych specjalnych
predyspozycji nie było. Mało jest notorycznych pijaków,
którzy by wcale nie palili. Pod pojęciem prawdziwego pijaka
rozumiem kogoś stale, codziennie używającego alkoholu do końca życia
— chyba jeśli strach przed śmiercią zabronił mu już w
ostatniej nieomal chwili przed
wypełnieniem się jego życia używać zabójczego płynu i
przedłużyć trochę w ten sposób
zmarnowane w ogóle istnienie. Ludzie niepalący, a pijący, co
— jak twierdzę — rzadko
stosunkowo się zdarza, przestają zwykle pić w porę, przed czasem
krytycznym, mniej
więcej koło czterdziestki, i są w stanie dokończyć swych istnień we
względnej jasności
ducha. Przykładem klasycznym tego typu jest Boy, który
przecie pisał kiedyś hymny pochwalne na cześć alkoholu, a teraz używa
go czasem jedynie, w wypadkach prawdziwie
wielkich uroczystości. Dlatego wydajność jego nie słabnie i ma on
możność rozwoju
wewnętrznego aż do końca dni swoich.
Jest w człowieku pewne nienasycenie istnieniem samym, nienasycenie
pierwotne,
związane z samym faktem koniecznym istnienia osobowości,
które nazywam metafizycznym i które, o ile nie
jest zabite nasycaniem nadmiernym uczuć życiowych, pracą,
wykonywaniem władzy, twórczością itp., może być złagodzone
jedynie przy pomocy
narkotyków. „Fur elende Mussigganger ist Opium
geschaffen” — powiedział zdaje się
ktoś. Pozorna sprzeczność, tego twierdzenia z następnymi wywodami na
temat „społeczności” nikotyny i alkoholu (o ile są
używane w dawkach nie przekraczających pewnych granic) w związku ze
społeczną mechanizacją będzie wyjaśniona w dalszym ciągu.
W ogóle dzielę narkotyki na pozornie społeczne i wyraźnie
aspołeczne, ale — o tym
później. Otóż nienasycenie to, o
którym była mowa wyżej, a które polega na
ograniczoności każdego indywiduum w Czasie i Przestrzeni i na
przeciwstawieniu się jego
nieskończonej całości Istnienia, nazwałem kiedyś uczuciem
metafizycznym. Występuje
ono w najrozmaitszych związkach z innymi stanami i uczuciami, tworząc
różne z nimi
amalgamaty, a opiera się o bezpośrednio daną jedność naszego
„ja”, naszej osobowości. Może ono być jako takie
motorem różnych działań i może nadawać specjalne zabarwienie
czynnościom nie będącym bezpośrednim jego przejawem. Jeśli dominuje
w psychice danego osobnika, jest przyczyną twórczości
religijnej, artystycznej lub filozoficznej. Jeśli jest tylko podrzędną
składową całości danej psychiki, może być powodem umetafizycznienia
dowolnych sfer działalności odpowiedniego osobnika lub nadawać tylko
specyficzny charakter jego przeżyciom wewnętrznym. Nie będę tu
przedstawiał w skrócie moich poglądów
filozoficznych i estetycznych. Ostatnie znalazły wyraz
w książkach już wydanych: Nowe formy w malarstwie... Szkice estetyczne
i Teatr. Co do
filozofii, możliwym jest, że ogłoszę niedługo podstawową moją pracę na
ten temat. Na
razie wystarczą może powyższe wyjaśnienia. Otóż twierdzę, że
wszystkie narkotyki, tak
„społeczne”, w początkowych i w małych dawkach, jak
i aspołeczne, nasycają do pewnego stopnia wynikające z samej istoty
Bytu, to znaczy z ograniczenia indywiduum:
nienasycenie i tęsknotę, aby w dalszym działaniu przytępić te stany i
zabić je zupełnie.
Podobnie działają: religia, sztuka i filozofia, które
początkowo wyrażają na różne sposoby metafizyczny
niepokój, łagodząc zasłonami konstrukcji i uporządkowania
uczuć
metafizycznych w kultach, konstrukcji form artystycznych w sztuce i
systemów pojęciowych w filozofii — okropność
samotności indywiduum w bezsensownym Bycie, następnie, w związku z
uspokojeniem społecznym, degenerują się i zanikają w miarę zanikania
samego niepokoju, do czego same się przyczyniły.
Jeszcze jedna kwestia: kiedyś Debora Vogel (dr phil. i poetka)
zarzuciła mi pewną
niekonsekwencję w teorii historycznego rozwoju form artystycznych w
związku
z moim twierdzeniem, że uczucie metafizyczne, zdefiniowane wyżej,
przeszedłszy
punkt maksymalnego natężenia swego wyrazu, zaczyna w miarę
uspołeczniania się
ludzkości maleć, dążąc w granicy do zera. Dowodziłem tego na fakcie
upadku religii,
kończenia się filozofii w impasie negatywnego określenia granic
poznania i rozwydrzenia nieprzekraczalnego form artystycznych.
„Jakże więc zanik wyrażanej treści, jednej
i tej samej w całej sztuce, tj. poczucia jedności w wielości samej w
sobie — spytała perfidnie Debora — pogodzić z
rozwydrzeniem wyrazu?” Może niedosłownie cytuję jej
słowa, ale coś takiego „rzekła”. Na to
„odparłem” surowo: „Zarzut niesłuszny.
Dawniej
ludzie byli duchowo zdrowsi, mniej przyspieszeni życiem. Siły duchowe
indywidualne
mniej więcej pozostają te same, a siła społeczna rośnie, wymagając
coraz większego natężenia ze strony indywiduów,
które nie mogą nadążyć stawianym wymaganiom standardu pracy
i wysiłku. Społeczeństwo pod każdym względem przerastać zaczyna
zdolności swoich elementów co do wypełniania funkcji,
które na nie nakłada. W sferze
sztuki dawniejsi twórcy długo żarli materiał, długo go
trawili i długo dojrzewały owoce
ich pracy. Artyści przeżywali siebie w tworzeniu form spokojnych i
wielkich, a widzowie i słuchacze mogli doznawać mocnych artystycznych
wrażeń od dzieł prostych i pozbawionych elementu perwersji, tj.
tworzenia harmonijnych całości z części jako takich w swym działaniu
nieprzyjemnych. Dziś, kiedy uczucia podstawowe dla sztuki,
związane z poczuciem jedności i jedyności „ja”,
zanikają, artysta, aby wydrzeć z siebie
moment metafizycznego zachwytu, musi spiętrzyć daleko potężniejsze
środki wyrazu.
Widz czy słuchacz, mając mały zapas uczuć tych do przeżycia, może
doznać wyładowania jedynie pod wpływem dzieł szarpiących mu z
dostateczną siłą nerwy. Do tego dołącza się kwestia zblazowania i
wyczerpania środków artystycznych w miarę rozwoju
sztuki, która już teraz dokładnie się przed nami zarysowuje.
Dawniej artysta wyprzedzał mało swoją epokę, różnił się od
poprzedników swych minimalnymi, w porównaniu do
dzisiejszych czasów zmianami koncepcji ogólnej i
związanymi z nią deformacjami rzeczywistości i uczuć. W miarę
uspołeczniania się ludzkości, postępującej mechanizacji i
przyspieszenia życia artysta właśnie, jako ten osobnik wyspecjalizowany
w kierunku bezpośredniego wyrażenia metafizycznych uczuć, musiał pod
względem
form ich wyrazu oddalić się od społecznego podłoża, którego
pod względem życiowym jest funkcją. Stąd pochodzi wzrastający rozdźwięk
między prawdziwym i artystami
a organizującym się w formy przyszłości społeczeństwem i ograniczenie
istotnego zrozumienia ich dzieł do małych grup zanikających
osobników danego typu. Sądzę, że jasnym jest, dlaczego zanik
uczuć metafizycznych prowadzi do rozwydrzenia form artystycznych,
które jest końcem sztuki w ogóle na naszej
planecie.” Ale dość o tym — nie
brnijmy w zapomniane i nikomu niepotrzebne już teorie artystyczne.
Otóż narkotyki
z początku zastępują pewnym nielicznym osobnikom sztukę, religię i
filozofię (mówię
oczywiście o zdeklarowanych nałogowcach jadów wyższego
rzędu), a następnie wyjaławiają ich pod tym względem —
spotęgowanego przeżywania ich osobowości, zupełnie, niszczą ich
kompletnie pod każdym względem, odgraniczając od społeczeństwa,
zamykając w ich własnym niedostępnym świecie obłędnych przeżyć i
deformując poczucie ich rzeczywistości do granic, poza
którymi wszelkie porozumienie ich z normalnymi ludźmi staje
się niemożliwe. Inaczej rzecz się ma z alkoholem w małych dawkach
i nikotyną. Jady te przytępiają zdenerwowanego współczesnego
człowieka powoli, niszcząc w nim również osobowość, ale nie
rujnując w ten sposób, aby niezdolnym był do
spełniania mechanicznych funkcji w dzisiejszym społeczeństwie. Europa
na tle jej starej kultury i zdegenerowanej ludności może by nie zniosła
zaprowadzonej od razu prohibicji alkoholowo — tytoniowej na
tle niewspółmierności życia z dogasającymi uczuciami
metafizycznymi, które jednak przeszkadzają, jak mały kamyk
zabłąkany w tryby
precyzyjnej maszyny. Ale małe początkowe dawki tytoniu i alkoholu,
uspakajające
w pierwszych fazach nałogu rozszarpane nerwy Europejczyków,
muszą wzrastać, a przy
tym wzrasta ciągle zupełnie niepotrzebnie ilość konsumentów
w następnych pokoleniach, które przy odpowiedniej tresurze
mogłyby się zupełnie inaczej uspokoić. Starsi
zatruwają się coraz bardziej, czyniąc się przedwcześnie niezdolnymi do
pracy, a młodzi za ich przykładem coraz wcześniej zaczynają pić i
palić, przez co zatraca się nawet
uspakajające znaczenie tytoniu i alkoholu, a czas kryzysu, to jest
czas, w którym trucizny te zaczynają działać aspołecznie,
przesuwa się w kierunku początku życia — następuje
systematyczne skrócenie okresu wydajności ludzkiej i
przedwczesne zużycie najzdolniejszych jednostek, jako obdarzonych
subtelniejszymi systemami nerwowymi.
Skutki ujemne niedługo przeważać będą nad dodatnimi, a wtedy będzie już
pod pewnymi względami za późno — im dalej w
przyszłość, tym gwałtowniejszy będzie szok reakcji w razie gwałtownej
prohibicji, która okaże się czy prędzej, czy
później konieczną.
Wydaje mi się, że ludzie kierujący, zaślepieni w jednym kierunku:
ekonomicznym, nie
zdają sobie sprawy z wagi zagadnień psychicznych, dotyczących
poszczególnych osobników, których
scałkowanie daje wysokie współczynniki w ogólnej
sumie społecznej.
Społeczeństwo kokainistów byłoby czymś wręcz potwornym
— o tym wie każdy. Ale
nie każdy jest w stanie pojąć, że w stosunku do tego, jakim byłoby
społeczeństwo abstynentów narkotycznych, naród
palaczy i umiarkowanych alkoholików jest proporcjonalnie
również czymś strasznym.A w takich narodach obecnie
żyjemy,jesteśmy ich elementami, nie wiedząc, w jak okropnej atmosferze
przebywamy i jacy sami jesteśmy.
Na gwałtowne zaprowadzenie abstynencji mogą sobie pozwolić kraje
względnie
młode, których obywatele nie mają za sobą starej kultury i
nerwów tak starganych, jak
ludzie powojennej Europy. Trzeba też brać pod uwagę stopień
alkoholizacji i nikotynizacji danego kraju. U nas zdaje się on wzrastać
z każdą chwilą i dlatego sytuacja nasza
jest groźna. Twierdzę, że ogólna walka z tytoniem i
alkoholem powinna przejść krótki
(np. dziesięcioletni) okres systematycznych ograniczeń, po czym we
wszystkich krajach
Europy, bez względu na związane z tym kwestie ekonomiczne, powinna
nastąpić absolutna prohibicja tych dwóch straszliwych
„assommoirów”, a zawikłania i straty
stąd wynikłe zrekompensują się w bardzo krótkim czasie w
związku ze zdrowiem psychicznym
i wydajnością pracy obywateli. W stosunku do beznadziejnych
nałogowców, to jest takich, którym w razie
zaprzestania grozi śmierć, można by zastosować system rejestracji i
wydzielanych porcji, który podcina od razu kontrabandę.
Systemem tym wytępili podobno Amerykanie kokainizm w pewnych stanach, a
Japończycy opiumizm na
Formozie. A zresztą nie moją jest rzeczą obmyślanie środków
technicznych wykonania
tego planu — ja ograniczam się do psychologii.
A więc nikotyna i jej ścisły pomocnik: czad węglowy (CO).
Któż z palących nie zna
cudownych i przykrych skutków pierwszych
papierosów. Początek palenia przypada
zwykle na okres „pierwszych miłości”, tzw.
„weltszmerców”, czyli po prostu mniej
lub
więcej uświadomionych przeżyć metafizycznych, w ogóle w
czasie pierwszej konsolidacji indywidualności w stanie embrionalnym, w
której to epoce ludzkiego życia formują
się charaktery na cały jego ciąg dalszy. Zasadniczym działaniem
papierosów w tej epoce
jest przytłumienie bezprzedmiotowej rozpaczy, a nawet złagodzenie
różnych obiektywnych przykrości życiowych. Poza
nieprzyjemnościami w rodzaju bólu głowy, mdłości (a
nawet torsji) i niesmaku stan psychiczny ulega przesunięciu od złości w
kierunku nie
pozbawionej uroku, a nawet przyjemnej melancholii, przy czym występuje
pewne intelektualne podniecenie i pozorna jasność myśli, połączona z
łatwością pracy. I to jest
prawie wszystko, czego można od papierosów oczekiwać.
Działanie tego rodzaju trwa
bardzo krótko — u niektórych parę
miesięcy zaledwie — po czym zaczynają występować skutki
ujemne, które przemaga się przy pomocy wzmożonych dawek
jadu. Gdyby
ci, którzy zamiast starać się wysiłkiem woli zmienić
swój nastrój wewnętrzny i złagodzić okropność
świata przez opanowanie rzeczywistości kawałek za kawałkiem, wiedzieli,
co tracą na dalszych dystansach przez wymignięcie się z problemu przy
pomocy
użycia tytoniu, przeraziliby się i rzucili natychmiast nałóg
w stanie jeszcze zalążkowym.
Ocenić potworne zmiany zachodzące nieznacznie w strukturze psychicznej
pod wpływem palenia mogą tylko ci, którzy nigdy nie palili w
sposób ciągły i często przerywali to psychofizyczne
świństwo, walcząc przynajmniej w ten sposób przeciw
systematycznemu, zbyt prędkiemu podnoszeniu codziennej dawki
ogłupiającego dymu. Jednak już
w pierwszych stadiach palenia występuje zjawisko pewnej samoobrony
organizmu,
jako symptom poczucia upadku po każdym tytoniowym nadużyciu.
Początkujący palacz zawsze ma wrażenie, że pali wyjątkowo, w związku ze
specjalnymi okolicznościami
dla pewnych chwilowych celów, ale broń Boże, nie ma zamiaru
stosować tego niecnego
procederu na stałe.
Zanim tytoń stanie się nieznacznie potrzebą każdej chwili dnia, używany
bywa tylko
w związku ze zdarzeniami wybijającymi się ponad codzienną szarą
rzeczywistość: jakiś
wieczór towarzyski, wytężająca umysł dyskusja, sytuacja,
której spotęgowanie uroku
wydaje się w danej chwili ważniejsze od zdrowia na całe życie,
konieczność terminowego wykonania jakiejś pracy — wszystko to
są rzeczy, dla których warto pozornie poświęcić dobre
samopoczucie nazajutrz, brak fizycznego i duchowego wstrętu do siebie
i niesmaku, a głównie sprawność władz umysłowych.
Ale nade wszystko nie zdaje sobie sprawy taki lekkomyślnik, że każde
poddanie
się zabójczej dialektyce narkotyku zacieśnia mu pętlę na
szyi, utrudniając wybrnięcie
z matni, w którą często przez snobizm, tanie szukanie nowych
wrażeń i całkiem prostą
głupotę nierozważnie popadł.
Piszę obecnie na P po kilkudniowym NP i dlatego tak jasno widzę całą
ohydę tego
zjawiska: pozytywnie nie daje mi to absolutnie nic, jak i większości
palaczy, poza czysto
zewnętrzną przyjemnością: zaspokojenia mizernych apetycików
smakowo — węchowo
— dotykowych. Wartość obiektywna dokonanej pod wpływem
palenia pracy, poza
złudną szybkością wykonania, będzie bezwzględnie niższa, jeżeli się
weźmie pod uwagę
wysiłek, który trzeba w nią włożyć w celu definitywnego
wykończenia. Bo nigdy praca
palacza nie jest doskonałą od razu: musi on potem długo i mozolnie
„pipczyć” i poprawiać swoje dzieła zamiast żeby od
razu wyrzucić je z siebie w idealnej postaci, odpowiadającej
pierwotnemu pomysłowi. I to stosuje się nie tylko do
wytworów umysłowych, ale do wszelkiej
wytwórczości w ogóle. Tylko w pewnych dziedzinach
trudniej to
sprawdzić: jest się miernym szewcem czy krawcem i koniec. Nie wie się,
że to nadużycie tytoniu zatrzymało rozwój wewnętrzny i
uniemożliwiło postęp techniczny. Miałem
sposobność zaobserwować to dobrze na malarstwie, które łączy
problem jasności umysłowej z problemem sprawności technicznej. Na
większych okresach teza moja bezwzględnie jest sprawdzalna. Tylko nie
każdy ma w kierunku tym doświadczenie i dostateczną zdolność
introspekcji (samoobserwacji), a nade wszystko dobrej woli. I tak jakoś
to będzie — mówi się i brnie się niepostrzeżenie w
otchłań postępowego upadku.
Ale z początku nie jest tak źle, dopóki nie osiągnięty
został punkt, w którym szkodliwość powiększenia dawki
zaczyna rosnąć w postępie geometrycznym. Coraz większa
ilość narkotyku przestaje wkrótce działać jako
„doping” — zaczyna się prawdziwa
tragedia: już nic z siebie więcej nie możemy wydobyć, choćby się
wypaliło sto pięćdziesiąt
papierosów na dzień. Może ktoś w ogóle nie umie z
siebie nic wydobyć — to inna kwestia. Ale twierdzę, że na sto
wypadków takich u ludzi palących będzie dziewięćdziesiąt,
których przyczyną jest zatrucie nikotyną i tlenkiem węgla,
którego na tle niezupełnego
spalania się tytoniu i papieru dużo musi być w dymie papierosowym.
Ogłupienie i otępienie wzrasta z każdym zaciągnięciem się
zabójczym dymem, a jednocześnie potęguje
się niepokój. Najgorsze są uczucia sprzeczne —
tytoń dostarcza właśnie najgorszą taką
parę: powierzchownego podniecenia i niemożności zużytkowania go z
powodu paraliżu wyższych centrów. Czuję to doskonale pisząc
te słowa i w miarę jak będę dalej pisał
systematycznie każdego dnia na NP, każdy z czytelników
odczuje tę zmianę. A jeśli nie?
To byłoby okropne — dowodziłoby, że zbyt już długo paliłem i
że odzwyczajenie się
bez wybitnie ujemnych skutków w samym początku abstynencji
jest niemożliwe. Nie,
po trzykroć nie chodzi tylko o czas. Ale oczywiście jeżeli ktoś zacznie
przestawać palić
pod sam koniec życia, kiedy pod wpływem ciągłego palenia bez przerwy
doszedł już
do dawek zbyt wielkich, dla takiego nie ma już nadziei i lepiej, żeby
skończył w ogłupieniu, nie pozwalającym mu przynajmniej widzieć jego
upadku z całą jasnością. To
są właśnie okazy dla regestracji — brzydkie słowo i lepiej go
w czyn nie wprowadzać.
Mam wrażenie,że fakt,iż u nas,w Rosji i na Bałkanach
tzw.„wielcy starcy”są taką rzadkością, ma swoje
źródło w paleniu z zaciąganiem się. Ludzie u nas, passez moi
l’expression grotesque, „wyprztykują się”
przedwcześnie, tak w życiu, jak i w literaturze — powtarzają
się co najwyżej w coraz gorszych wydaniach. Ale to zjawisko, żeby ktoś
w pełni
mądrości i środków — tak życiowych, jak
artystycznych — dokonał jako przemądrzały
starzec swych największych dzieł i czynów, to się spotyka w
wyżej wspomnianych krajach rzadko. Przypisuję to bardziej działaniu
palenia niż pijaństwu. Alkohol spala przynajmniej prędko swoje ofiary,
niekiedy w sposób twórczy, przy bardzo szybkim
potęgowaniu dawek. Zanikotynizowane „żywe trupy”
błąkają się czasem bezpłodnie bardzo
długo, żyjąc tylko wspomnieniami dawnych dobrych czasów i
sławą przeszłości, ale nie
tworzą przeważnie nic. Niemcy palą po większej części cygara, a
cygarami rzadko kto
się zaciąga, to jest wciąga dym do płuc, gdzie na wielkiej przestrzeni
chłonnej resorbuje się olbrzymia część jadów w nim
zawartych. Ilość nikotyny, którą wchłania błona
śluzowa gardła i nosa, a przez ślinę żołądek, jest znikomo mała w
porównaniu do ilości, którą mogą pochłonąć płuca.
Francuzi przeważnie nie zaciągają się wcale —
zanikotynizowany Francuz należy do wyjątków. Chociaż trzeba
przyznać, że ilość zaciągających się ludzi wzrosła po wojnie i w
krajach zachodnich. Anglicy ratują się fajką,
przez co może więcej trucizny wchodzi im ze śliną do
żołądków, ale zaciągających się
tzw. „synów Albionu” jest stosunkowo
mało. My, Rosjanie i Bałkańczycy wszelkich rodzajów, nie
mówiąc już o prawdziwym Wschodzie, wciągamy świński dym aż
do pępków i zatruwamy się o jakie 80% więcej niż ludzie
Zachodu. U nas przeważnie człowiek lat pięćdziesięciu jest skończony.
Ocalili się ci, którzy albo nie palili wcale (Boy np.),
albo jak Żeromski i mój Ojciec, którzy przestali
w porę palić w związku z chorobą płuc.
I niech nie gadają optymiści, że „nam to nic nie szkodzi, my
możemy sobie na to pozwolić”. Powtarzam: kto nigdy nie
przestawał palić na czas dłuższy, nie wie, kim mógłby
być, gdyby nie palił w ogóle wcale lub przestał zupełnie
przed ostatecznym zagłupieniem się i dezorganizacją woli. Wiadomo, że
przeważna część palaczy musi w pewnym
okresie zacząć pić albo używać w dużych ilościach kawy lub herbaty.
Wyjątki stanowią
ludzie, którzy zmechanizowali się w jakiejś bezmyślnej
robocie i nie mają już w stosunku do siebie żadnych wymagań. Alkohol
bowiem jak i kofeina (teina okazała się po
prostu kofeiną) są najlepszymi antydotami na nikotynowe zagłupienie i
mogą w pewnych granicach skompensować gnuśne uśpienie kory
mózgowej, zaczadzonej tytoniowym dymem.W ten
sposób dochodzi się też do nałogowego alkoholizmu i
kofeinizmu,
które mają też swój kres dopingu i muszą
doprowadzić do zjełopienia i rozkładu cielesnej karkasy. Można jeszcze
pobudzić takiego osobnika do nagłych wyładowań w wypadkach wyjątkowych,
ale jego codzienne „rendement” zmniejsza się przy
używaniu
tych odtrutek z przerażającą wprost szybkością. Kofeina specjalnie
zmusza do daleko
szybszego przyrostu dawek niż alkohol i nikotyna.
Jeśli chodzi o prawdziwą przyjemność palenia, mają ją tylko palacze
początkujący
albo ci, którzy na skutek rzadkiej niezmiernie specyficznej
właściwości: niezdolności do
przyzwyczajenia się do nikotyny, zachowali pierwotną świeżość wrażeń,
ograniczywszy się do kilku lub kilkunastu co najwyżej
papierosów dziennie. Prawdziwy nałogowiec, a takich
wśród palaczy jest olbrzymia większość, pali jednego
papierosa za drugim zabijając natychmiast najlżejszą występującą
potrzebę. Jest to czysto negatywna
i niegodna człowieka przyjemność, polegająca na usuwaniu najmniejszej
przykrości zamiast jej prawdziwego przezwyciężenia. W ten
sposób powstaje właśnie ogólny psychiczny
mechanizm, który z przyzwyczajenia do każdego zadania z
konieczności zastosować się daje: zamiast ataku wprost —
obejście i wymiganie się z trudności raczej niż
ich pokonanie. Doprowadza to do zaniku woli i stwarza gotowy typ
reakcji w stosunku
do innych podniet, prowadząc też tą drogą do alkoholizmu i wyższych
„białych obłędów”. Każdą trudność
życiową przezwycięża się na podstawie pierwszych doświadczeń
dodatniego podniecenia coraz większą ilością papierosów,
cygar czy fajek, aż w końcu
osiąga się ten punkt graniczny, od którego począwszy żadna
dawka już nie wystarcza
i trzeba sięgnąć po inny środek albo też zadowolnić się niedoskonałym
rozwiązaniem
danego problemu czy niezupełnym przezwyciężeniem nadarzającej się
trudności, bo
do prawdziwego wysiłku woli i twórczości „z
niczego”, jedynej istotnej, znałogowany do
ciągłego przenoszenia trudności na zewnątrz, do liczenia na coś poza
nim się znajdującego osobnik ten nie jest już zdolny. Zwykle
początkujący palacze nie palą rano, oszczędzając najlepsze godziny
dnia. Niektórzy zaczynają po południu, po pierwszym
obfitszym jedzeniu. Inni palą pierwsze papierosy dopiero wieczorem,
kiedy zmęczony aparat odbiorczy nie jest w stanie samodzielnie
przyjmować wrażeń i kiedy bez sztucznego podniecenia nie jest się
zdolnym do odczuwania radości życia i do istotnego przeżycia
nadarzających się przyjemności. Zamiast po prostu pójść spać
i odpocząć ma się
potrzebę użycia jeszcze czegoś po całodziennej pracy, do
której zmusza wytężone, wypięte do ostatnich granic nasze
współczesne życie. Wtedy rozpoczyna się życie z kapitału.
Ale czas palenia ma zdolność szybkiego rozciągania się od
wieczorów ku południom
i porankom. Potem obejmuje ranek od pierwszego śniadania, a następnie
przychodzi
palenie na czczo, a nawet w nocy, w przerwach od snu, i mamy do
czynienia z osobnikiem, który szybko zdąża do zupełnego
otępienia, zatracając w nim powoli poczucie tego, kim był, kim miał
zostać i do czego był zdolny kiedyś, zanim zaczęły go
„omamiać kłęby pozornie rozkosznego dymu”. Nawet
bardzo zaawansowany palacz budzi
się względnie czysty i zdrów pod wpływem nocnej przerwy. Kto
nie przestawał nigdy
palić, nie wie, jak cudownym jest dalsze przedłużenie tego stanu, aż do
chwili wspaniałego zwycięstwa nad nałogiem, kiedy praca zaczyna iść
lepiej niż w stanie zanarkotyzowania, kiedy wzmaga się wydajność, a
stan bezpłodnego zdenerwowania, objawiającego się w niespokojnych
ruchach, błędnie latających spojrzeniach i drgawkach niepewnych rąk,
ustępuje miejsca poczuciu kierowanej czystą wolą siły. Tak —
tak budzi
się normalny palacz, o ile nie jest przy tym ciężkim neurastenikiem,
dla którego początek codziennego dnia jest w
ogóle czymś przykrym i trudnym. Wtedy marzy o pierwszym
papierosie jako o czymś, co dopiero ma nadać pierwotną wartość
zaczynającemu
się porankowi. A potem z tumanem we łbie brnie się już w ten codzienny
dzień z rezygnacją kogoś, który wpadł w zębate tryby
maszyny, aby dopiero pod wieczór przekonać
się, że w ogóle „żyć można”. Ale nawet
jeśli mamy do czynienia z tym wypadkiem najgorszym, to stany porannego
przygnębienia dają się przy odpowiednim reżymie skrócić z
dwóch, trzech godzin na dwie lub trzy minuty. Tylko, broń
Boże, mając takie usposobienie nie należy palić, bo ranna depresja
zabita nikotyną podnosi znowu głowę koło
południa i trwa nieraz aż do późnego popołudnia, aby zmienić
się we wzrastające podwieczorne podniecenie i „szał
nocny”, uniemożliwiający wczesne zaśnięcie, co powoduje
wzmożoną dawkę tytoniu. W ten sposób zmienia się drobne,
chwilowe niedomagania w poważną psychozę, obejmującą cały dzień, a
nawet dobę i potęgującą się z latami w zupełną niezdolność do
normalnego życia. Najbardziej podatnymi do takiego
zaćmienia sobie istnienia są typy schizoidalne, fizyczni astenicy. Ale
nawet notoryczni
pyknicy przez działanie narkotyków ulegają
„schizoidalnemu przesunięciu” albo w razie
pomięszania materiału w danych osobnikach ich schizoidalna komponenta
ulega
znacznemu spotęgowaniu. Pyknicy są mniej podatni w ogóle na
działanie wszelkich
jadów, ale i oni zbaczają pod ich wpływem daleko od drogi,
przepisanej im przez ich
psychiczną strukturę. Oni też tracą szalone ilości energii na
przeciwdziałanie narkotykom, mimo że pozornie odhamowują się pod ich
wpływem i są niby zdolni do jakichś
nadzwyczajnych schizoidalnych czynów: do fanatyzmu w wierze,
twórczości artystycznej formalnej i do tworzenia
metafizycznych koncepcji. To wszystko jest blaga: pyknicy
muszą być na swoich miejscach, a schizoidy na swoich. Schizofrenia dla
schizofreników
— zasada Monroe w psychologii i psychiatrii.
Ciekawym jest fakt, że palacz palący na czczo, co specjalnie szkodliwe
jest na serce,
żołądek i system nerwowy, mniej odczuwa doraźne złe działanie
pierwszego papierosa
niż mniej namiętny nałogowiec, zapalający po raz pierwszy po śniadaniu.
Może zanadto
zajęty jest przyjemną obserwacją chwilowego zniknięcia przykrego stanu,
w którym się
obudził.Ale już następnych parę papierosów daje mu poznać w
miniaturze to,co się będzie w nim potęgować przez cały dzień, a
następnie z dnia na dzień przez całe dalsze
życie. Nienaturalne podniecenie wzrasta do południa. Jeszcze umycie się
(i to porządne!
— o czym mowa będzie w Appendixie) rozprasza trochę działanie
jadu.
(Przesąd, że wprost niepodobna ogolić się porządnie bez palenia, jako
też, że niewykonalnym jest napisanie listu, usuwa pierwszy eksperyment.
Głupie narowy i tyle.) Przy
jednoczesnym dopingu, którego jednak nie udaje się
zużytkować dowolnie w pozytywny sposób, wzrasta ogłupienie i
pewne rozproszenie. Może to sprzyjać jedynie pracy
mechanicznej, nie wymagającej twórczego wysiłku. Dlatego
twierdzę, że tytoń może być
tolerowany jedynie w krajach o małym jeszcze stopniu mechanizacji i
starej kulturze,
gdzie ludzie mają specjalnie roztrzęsione nerwy, jeśliby chodziło o to,
aby jak największą ilość ludzi ogłupić do tego stopnia, aby przestali
być niebezpieczni i w tym ogłupieniu mogli automatycznie spełniać swoje
funkcje. To ostatecznie przyjść musi w dalszym rozwoju społecznym na
świecie całym.Ale działanie uspakajające tytoniu jest czasowe
— możliwe jest tylko przy pewnej dawce, w pewnym okresie
życia. Powiększanie
dawki prowadzi do zupełnego rozstroju psychofizycznego i czyni palących
niezdolnymi nawet do najgłupszej pracy — oni ją markują, ale
nie wykonywują — odwalają,
aby zbyć, nie dbając o istotną wydajność. Czy tym się nie da
wytłumaczyć nasza przysłowiowa nieakuratność, niedokładność,
samooszukiwanie się i lenistwo? Znam mechanizm ten dokładnie na sobie
samym — oczywiście w miniaturze. Wiem, ile wysiłku
kosztowało mnie utrzymanie się na standardzie pracy na P w okresach
palenia — bo
muszę przyznać sobie jedno, że nie poddałem się skutkom nikotyny. Ale
po co utrudniać sobie życie lub obniżać jego poziom dla marnej
przyjemnostki wciągania smrodliwego dymu i w dodatku dla ujemnych
skutków psychicznych. Jeśli chodzi o wydajność na daleki
dystans, to tytoń i alkohol w małych nawet dawkach zmniejszają ją
znakomicie, dając złudne jej poczucie subiektywne. Dlatego widzimy w
krajach młodszych,
gdzie problem uspokojenia nerwowego na okres najintensywniejszej pracy
(od dwudziestego do pięćdziesiątego roku) nie jest istotny, ten pęd ku
prohibicji nawet pozornie
niewinnych „społecznych” narkotyków.
Dlatego w Europie nadużycia w sferze alkoholu (szkoda, że nie ma kar za
przepalanie się) są karane, a umiarkowane używanie nawet
popierane, jako dające dochód państwu. Jest to polityka na
„mały dystans”, z dnia na
dzień, bez myśli o dalekiej przyszłości. Zamiast liczenia na
„krótkie uspokojenie” obywatela (niech
pocierpi jedno pokolenie z rozchlastanymi nerwami) trzeba by postarać
się o to, aby obywatel ten mógł po mechanicznym
przepracowaniu się odgiąć się i odprężyć w jakiś istotniejszy
sposób, nie tracąc energii na głupstwa, magazynując ją
raczej
w celu podniesienia poziomu swej pracy. Ale ogłupiony alkoholem i
tytoniem osobnik
nie może sobie na, to pozwolić — on, aby odpocząć, musi
szukać jeszcze bardziej niż
jego praca ogłupiających rozrywek, a ma ich pod dostatkiem: wyczerpane
do dna i bez
skutku starające się uartystycznić kino; radio jako
„radiokręcicielstwo” lub co najwyżej
jako uczuciowe narkotyzowanie się muzyką w sposób taki, w
jaki czyni to wyjący „pod
harmonię” pies bez doznawania głębszych artystycznych wrażeń,
do czego konieczna
jest istotna muzyczna kultura i muzyczne, a nie
„wyjcowe” zrozumienie muzyki; chroniczny,
beznadziejny dancing, ta najpotworniejsza z nieuświadomionych plag
dzisiejszych społeczeństw; jeszcze najlepsza z nich: sport,
który o ile by był trzymany w ryzach, a nie rozdymany do
śmiesznych rozmiarów jakiegoś kapłaństwa, mógłby
przynajmniej sprzyjać odrodzeniu fizycznemu, nie niszcząc przez swoiste
zagłupienie wyższych zainteresowań ludzi młodych i zdrowych. A do tego
jeszcze puchnąca z dnia na
dzień codzienna gazeta, której przeczytanie stanowi jedyny
„poważny” wysiłek umysłowy co najmniej 80%
ludzkości. To jeszcze dobrze zaawansowany palacz wytrzyma,
ale o zajęciu się jakąś intensywniejszą umysłową pracą po skończeniu
zajęć zawodowych mowy być nie może. Coś go pędzi, gna, pcha i brutalnie
wyrzuca z samego siebie
i z domu. On musi gdzieś „zajść choć na chwilkę”,
tam pogadać, tu niby coś ważnego załatwić, co wcale ważnym nie jest,
tam posiedzieć musi, bo ktoś bez niego żyć nie może,
co wcale prawdą nie jest, gdzie indziej znów ratować od
czegoś kogoś, kto tego ratunku
wcale nie potrzebuje itp.. Nieskończona jest pomysłowość palacza w
kierunku usprawiedliwienia przed sobą ohydnego zdenerwowania, niepokoju
i niemożności skupienia się — podaję tu skromne, najprostsze
przykłady — proces ten może przybrać
najróżnorodniejsze formy, zależnie od struktury psychicznej
i życiowej sytuacji danego
osobnika. Tysiące pretekstów znajdzie zatruty nikotyną, aby
usprawiedliwić to wstrętne
„gnanie”, które wywołuje w nim przeklęty
bezpłodny jad. O prawdziwym skupieniu się
mowy być nie może — praca odbywa się gorączkowo, jest pracą
pozorną, a nie efektywną — zanikotyzowany człowiek udaje sam
przed sobą, że pracuje, oszukując bezczelnie siebie i innych
zewnętrznym czysto „szastaniem się” i
„krzątaniem” — w istocie
daje fałszywy towar za zmarnowane bezpowrotnie dary boże: czas i
energię. Istotniej
załatwi się to wszystko jutro, a każde jutro jest jeszcze gorsze. W ten
sposób na marne
idą wszelkie pomysły i projekty, unoszone ze śmierdzącym dymem w sferę
niewykonalnego, tzw. „niewykonabuł”. Po wieczornym
mizernym „wstrząsie” występuje potrzeba czegoś
silniejszego, jeszcze bardziej „assommant”
— dancingi stoją otworem. A potem
jeszcze długo w noc czyta się, paląc niesłychane ilości
papierosów, głupie powieścidła,
oryginalne i tłumaczone, którymi zalane są obecnie
księgarnie, aby obudzić się nazajutrz z głową jak kubeł pomyj, z
niesmakiem w ustach i niesmakiem do życia, który da
się jeszcze pokonać nową porcją śmierdzącej trucizny. I tak żyje się
„jako tako”, z dnia
na dzień tracąc z każdą chwilą poczucie istotności wszystkiego,
zamieniając się nieznacznie w bezmyślny, galaretowaty twór,
niepodobny zupełnie do tego skonstruowanego indywiduum,
którym się być mogło. Tymczasowość, duchowa
krótkowzroczność,
potęgujący się brak wymagań od siebie i innych, płytkość we wszystkim,
począwszy od
filozofii, do koncepcji społecznych, poszukiwanie najlichszego
towarzystwa nie wymagającego żadnego wysiłku umysłowego — oto
właściwości cechujące prawdziwego palacza. Aby tylko dzień przewalił
się jako tako, aby tylko wykręcić się sianem z trudnych
zagadnień, aby tylko zamazać przed sobą niesamowitą grozę życia,
wymagającą natężenia wszystkich sił w celu istotnego podołania
straszliwym zagadnieniom, które ono stawia. Wszystko jakoś
samo się załatwi. A pod maską ożywienia i ruchliwości —
potęgująca się dosłownie za każdym pociągnięciem dymu z ohydnego
zielska śmiertelna nuda
i ponury onanistyczny bezwład, będący skutkiem natychmiastowego
nasycania każdej
chętki zagwazdrania sobie mózgu diabelskim czadem.
Nieposzanowanie dla siebie tkwi
na dnie tego wszystkiego. Jak człowiek świadomy tego, że z godziny na
godzinę staje się
coraz gorszym kretynem, może pozwalać sobie na lichą przyjemnostkę,
która go skretynia, jest właściwie niepojętym cudem. Chyba,
że tego nie rozumie. Książka ta ma właśnie na celu otworze
„nie oczu tym, którzy giną przez nieświadomość, a
nie przez brak
woli. Każdy palacz jest ruiną tego, którym mógłby
być, gdyby nie palił. Oczywiście daję
tu przykład krańcowy na podstawie pewnych zjawisk zaobserwowanych na
sobie, które
wskutek częstego zaprzestawania palenia nie rozwinęły się w swej formie
ostatecznej.
Ale trzeba przyjąć, że z małymi wahaniami, na każdego, nawet na
największego tytana,
wpływa palenie w podobny sposób.
Jeden wytrzyma lepiej ten proceder, inny gorzej, ale mimo
różnicy współczynnika
natężenia, zmiany u różnych osobników będą
jakościowo identyczne. „Hinter dieser
glanzenden Fassade sind nur Ruinen”, jak mówi o
„obumierających schizofrenikach”
Kretschmer, którego książkę Korperbau und Charakter powinien
znać absolutnie każdy
człowiek względnie inteligentny. Może by nareszcie ktoś zdecydował się
przetłomaczyć
na polski to wspaniałe dzieło.Ale u nas zawala się rynek księgarski
ohydną literaturą dla
kretynów, tymi potwornymi kryminalnymi powieściami, od
których nawet mędrsi ludzie idiocieją, a wartościowe rzeczy
w literaturze całego świata starannie się pomija. Nie
dość na tym: złudzone świetnymi rezultatami finansowymi obcych
rekinów pseudoliteratury nasze rekiniątka też produkować
zaczęły swoją cuchnącą tandetę, zaplugawiając znakomicie i tak już
konającą naszą literaturę. Tfu! — paskudztwo po prostu
— „ot, butaforskie majaczenia”, jak
mówił pewien generał. Palacz przyzwyczaja się brać
nienaturalne, bezpłodne podniecenie za stan twórczy,
przestaje rozróżniać między istotą rzeczy a maską, traci
wszelką zdolność wartościowania. Plugawe własne dowcipy bierze za
najczystszy „esprit”, eksperymentalne spod ciemnej
gwiazdy wymysły uważa za objawienia,a dupowate ględzenia za ostatni
wybłysk „causeurstwa”.Wymagania jego maleją
i szuka tylko kupy durniów, wśród
których mógłby jeszcze brylować swoim zaćmionym
mózgiem,a towarzystwo ludzi wyższej marki nudzi go i
męczy.Wszelki umysłowy
wysiłek i skupienie staje się prawdziwą torturą i gnuśny, gnijący w
śmierdzącym własnym sosie nikotynista śmieje się cynicznie z własnego
upadku i myśli sobie: „E, jakoś
to będzie. Żyjemy tylko raz. Po co sobie czegoś odmawiać? I tak jest
mało przyjemności”, mimo że gdzieś na dnie duszy bełkoce w
nim jeszcze, szczególniej w pierwszych
stadiach zatrucia, tajemny głos o innym, lepszym życiu,
które w sobie beznadziejnie zaprzepaścił. Stara się nie
słuchać tego głosu i nienawidzi tych, którzy budzą w nim
jakie
takie wątpliwości. Wiem, na co się narażam pisząc te słowa, bo przecież
95% członków
naszego społeczeństwa pali, a co gorsza, zaciąga się, a z tych znowu
jakie 50% przedstawia albo bezmyślne automaty, albo lżejszych i
ciężkich psychopatów — bo są tylko te
dwa gatunki palaczy. Ale niech tam... Mnie już i tak nic nie zaszkodzi.
Jeszcze jedno: tytoń bezwzględnie odbiera odwagę. O ile na tle
ogłupienia, które wywołuje, pozwala przeżywać względnie
znośnie stany zbydlęcenia, wywołane np. więzieniem, okopową wojną:
ciężką chorobą, bezmyślną pracą, o tyle odporność palącego na
gwałtowne niebezpieczeństwa, wymagające tego charakterystycznego
„wytwarzania siły
z niczego” dla przeżycia chwil przechodzących codzienną miarę
i dla racjonalnej obrony, jest bezwarunkowo mniejsza. Chyba, że tak już
ogłupiał, że w ogóle wszystko mu już
jest jedno. Taki niech sobie pali do syta, niech się, psiakrew, zapali
na śmierć i szybciej
zniknie z powierzchni naszej planety, by nie plugawić swoim żywym
trupem bądź co
bądź pięknego chwilami świata. Mimo bredni intuicjonistów i
antyintelektualistów nie
rozumiejących słów, których używają i pokrywają
nimi własne ubóstwo myślowe, jedną
z niewielu największych i najpiękniejszych rzeczy jest chyba rozum
ludzki. To jest truizm. I ten rozum niszczyć systematycznie, otrzymując
w zamian zszarzałą wizję świata.,
depresję psychiczną i ohydne zdenerwowanie, udające prawdziwą siłę i
napięcie! A wy,
baby — o rozum może wam nie chodzi tyle co nam, ale o piękną
skórę, tak. Otóż wasze
zamsze, aksamity, brzoskwinie i alabastry zmieniacie na wyschnięte,
brudne, pożółkłe
szmaty. Może to wreszcie wam do rozumu przemówi, mimo że na
ogół macie go mniej
niż my. Nawet Antoni Słonimski, który nie uznaje definicji
pojęć (patrz, jeśli chcesz, koteczku: słynna dla mnie polemika o Sen
srebrny Salomei z Pomirowskim w „Wiadomościach
Literackich”), krzyczał kiedyś: „Świat nie jest
piłką footbalową. Świat się zdobywa głową” — i tę
to głowę zamieniać dla marnej przyjemnostki w bezładny bałagan i
śmietnik, z którego nic nowego i wartościowego narodzić się
nie może — okropność! Dlatego wzywam rodziców, aby
katowali dzieci zaczynające palić, jeśli inaczej do
nich przekonania przemówić nie zdołają. Ale mają prawo robić
to tylko wtedy, gdy sami
nigdy nie palili lub palić przestali. Niech mężowie niepalący gnębią
(do tortur włącznie) żony, które palą, a żony niech
zatruwają (jak to one tylko podobno umieją) w maksymalny
sposób życie mężów, aż póki wszyscy
nie rzucą do diabła wstrętnego nałogu.
Niech przyjaciele podniecają się wzajemnie w szlachetnym sporcie NP,
tak mało u nas
niestety rozpowszechnionym. Niech kochankowie — ale dość.
Teraz opowiem wam po kolei przeżycia tego, który palić
przestał z dnia na dzień, ale
niestety dopiero od jutra bo te słowa piszę z
parszywą,.kumetą” w plugawym pysku. zatruty zupełnie. z
trudem utrzymujący się przy tak stosunkowo łatwej pracy jak pisanie
tego „dziełka”, które tym niemniej
powinno być przez każdego przeczytane i na wszystkie języki
przetłumaczone.Tak,od jutra,od jutra — trudno.Ale
zobaczymy,czy właśnie
od jutra nie stanie się to prawdą i czy ja, Wielki Mistrz Czasowego NP,
nie pokażę wam
wyższej marki i czy nie przestanę od jutra palić na zawsze. I jeśli kto
mnie z papierosem
w zębach zobaczy, będzie miał prawo pomyśleć, że zrezygnowałem z
przeżycia końca
życia na najwyższym poziomie, na jaki mnie stać. że w ogóle
zrezygnowałem z siebie.
Nie będę mówił tu o takich rzeczach, jak: skleroza,
przyśpieszenie starości i popsucie
żołądka (a propos: ci, którzy twierdzą, że bez P porządnie
się „wy — tego” nie mogą,
niech spróbują jeść śliwki i robić gimnastykę Mullera, a
zobaczą) — chodzi mi tylko
o psychikę. Tamte wszystkie historie zostawiam specjalistom, ale oni
też muszą przestać palić, aby mieć sąd obiektywny i doświadczenie. Aha
— jeszcze jedno: niedobrze
jest nie zaznawszy nigdy błogosławionych skutków niepalenia
po raz pierwszy w życiu
przestać i koniec, bez żadnych manigansów —
pierwszy raz w życiu, zaznaczam. Taki
pan, co nigdy nie przestawał i przestanie nagle, nie będzie palił rok,
dwa może najwyżej, a potem do palenia wróci i nigdy już nią
przestanie. Znowu zacznie od trzech papierosów dziennie, a
skończy na sześćdziesięciu lub stu, nie marząc nawet o
powtórzeniu próby. Złe skutki
papierosów widzi się (nawet w lustrze) i odczuwa jasno i
dobitnie,
o ile po trzy — czterodniowej przerwie zapali się na nowo.
Poza czysto bydlęcą przyjemnością (czyż nie ma lepszych do diabła
starego!) pierwszego, no, powiedzmy, trzeciego łyku smrodliwego dymu od
razu występuje ten stan, który oprócz czysto
fizycznych objawów (zawrotu głowy, sflaczenia łydek,
ogólnego fizycznego rozmamania, chęci
pójścia gdzieś, smaku ohydnej spalenizny) jest
próbką (Muster, echantillon) tych zmian
psychicznych, które są udziałem każdego palacza, z tą
różnicą, że przy takim przerwaniu krótkiej
abstynencji ma on je podane w sposób skondensowany, a nie
rozwleczone
na przebieg całego życia. A więc przede wszystkim ten charakterystyczny
żal: „po co ja
zapaliłem(łam)?” Za cenę wątpliwej przyjemności smakowo
— węchowej (mamy przecież lepsze, psiakrew!) odczuwa się:
zmącenie myśli, odosobowienie (ale przykre), nieswojość i
nieodpowiedzialność, brak decyzji w najmniejszej rzeczy, rozwiązanie
samego pępka osobowości, osłabienie (wiadomo, czym są papierosy dla
sportowców — kompletną zgubą, gorszą od alkoholu),
a nade wszystko to specyficzne zszarzenie rzeczywistości,
które znają tylko zapalający papierosa po kilkudniowej
przerwie, ten zalew pospolitości i nudy, który można
porównać do polania barwnego dywanu kubłem szarych
i gęstych nieczystości. Życie traci urok momentalnie i wszystko powleka
się krzepnącym szybko pokostem banalności, jałowości i zwykłości.
Człowiek czuje się znękanym
i brudnym, mimo że przed pół godziną wyszorował się szczotką
Braci Sennebaldt z Białej i wesoły był jak ptaszek. Każda
komórka zdaje się być oblepiona wstrętnym, śmierdzącym sosem
— czymś w rodzaju tego klajstru ohydnego, który
gromadzi się w długo
nie czyszczonej fajce. Ratunku szuka się w drugim, trzecim i dziesiątym
papierosie i po
paru godzinach jest się na dnie zwykłego upadku i wspomina się tylko te
kilka dni niepalenia jako pobyt w jakieś cudownej krainie
krystalicznych barw, ognia, zapału, zadowolenia z siebie i
najwspanialszych możliwości. A potem przestaje się nawet za tym
tęsknić. Wraca palacz nieszczęsny jak biedny koń do kieratu do
beznadziejnego kręcenia
codziennego dnia, bez nadziei wybrnięcia, bez wyższych aspiracji
(odwalić i odpocząć
jak bydlę), bez możności postępu w jakimkolwiek kierunku, nawet w
sferze swej mechanicznej pracy — jest skończony i przeważnie
o tym nie wie. Ale gdzieś na dnie zostaje
mu niejasne wspomnienie trochę męczących — to prawda
— ale czystych chwil zmagania się z zabójczym
nałogiem, kiedy to jeszcze mógł wybrnąć z matni. Zmarnował
wszystkie jasne możliwości życia dla nędznego wciągania do płuc
przetworów niedostatecznego spalania się demonicznego
zielska z piekła rodem, słusznie tytoniem zwanego (Ty —
toń!). Palacz zaczynający palić po dłuższej przerwie (od kilku miesięcy
zacząwszy) nie doznaje przeważnie wyżej opisanych objawów.
Przeciwnie — ma znowu
to rozkoszne podniecenie, w które popadł zapaliwszy po raz
pierwszy, tylko bez ujęmnych objawów inicjacji we wstrętny,
upadlający nałóg — bez nudności, bólu
głowy i tym
podobnych zjawisk. Myśli sobie: „Po co ja przestałem palić?
Przecież to jest cudowna
rzecz. Walmy dalej.” I nieznacznie, zaczynając od małych
dawek, tylko zwiększając je
w nierównie szybszy sposób niż wtedy, kiedy
zaczynał, przechodzi do stanu normalnego, przeważnie beznadziejnego już
palenia i postępującego z nim krok w krok zagłupienia. Nie ma on tych
kryteriów dla ocenienia swego upadku, co ten palacz,
który choćby
kilkakrotnie nawet przestawał i zaczynał znowu — nie czuje
skutków ostrego zatrucia,
które występują po krótkiej przerwie na tle
silnych objawów abstynencji, wskutek braku
antydotów wytwarzanych przez organizm. Ten, co zrobił
krótką próbę lub kilka takowych, przestanie czy
prędzej, czy później na całe życie. Wspomnienie cudownych
chwil
wyrzeczenia się nie da mu na pewno spokoju i grozić będzie w momentach
nawet najlepszej zabawy widmem zmarnowanego beznadziejnie życia,
które mimo wszystkiego, co przeciw niemu powiedzieć można,
jest przecie jedno i jedyne. Dlatego ci, którzy
przestaną i potem znów zaczną, nie martwią się tym zbytnio i
nie przesadzają okropności swego upadku. Zdobyte w ten
sposób doświadczenia umocnią ich tylko i w pewnej
decydującej chwili zerwą z popełnianym systematycznie postępowym
umysłowym
samobójstwem na zawsze. Bo nie tyle chodzi o płuca, arterie,
gardło, serce i żołądek,
ile o mózg i system nerwowy, o rozum i jasną wizję
rzeczywistości, bez których nawet
płuca centaura i żołądek świni nic nie pomogą.
Dla zaprzestania palenia trzeba wybrać odpowiednią chwilę. Najlepiej
nie robić tego
(jak niesłusznie czynią niektórzy) w okolicznościach
wyjątkowych: na wakacjach, w podróży czy bezpośrednio po
zakochaniu się, a nawet po zaręczeniu. Powrót do normalnej
codzienności przypomni zaraz o niedawnym jeszcze nałogu i zmusi do
usprawiedliwienia pierwszej niechęci do zwykłego życia uczuciem braku
okropnego, w swej zdradliwości pochłaniania najlepszych władz ducha,
narkotyku. Najlepiej jest przestać palić
w ciągu spełniania najbardziej zwykłych codziennych zajęć. Można
jeszcze co najwyżej
uczynić to w sobotę lub wilię jakiegoś święta (byle nie przed Bożym
Narodzeniem lub
Wielką Nocą), aby jeden dzień mieć wolny dla przyzwyczajenia się do
nowego stanu.
Pod żadnym pozorem nie trzeba przez kilka dni przyjmować wieczornych
zaproszeń.
Śpiączka zaraz po kolacji i niemożność prowadzenia normalnych
rozmówek towarzyskich (brrr — co za ohyda!) są
bardzo dogodnymi pretekstami do „zapalenia sobie
jednego”. „Jeden przecie nie zaszkodzi”
— bąknie skwapliwie jakiś palacz, który jak
wszyscy nałogowcy lubi widzieć kuzyna, sąsiada czy przypadkowo
spotkanego gościa, a nawet (a może właśnie właśnie — kto
wie?) przyjaciela w tym samym upadku, w którym
on sam się znajduje. Stan bezpośrednio po przestaniu należy przeżyć w
skupieniu, w towarzystwie najbliższych (na dalszych nie ma się co
prawda nawet ochoty), bo stan ten
(o ile się wreszcie za trzecim lub czwartym razem przyrzeczenia
dotrzyma) nigdy już
nie wróci. A nadzwyczajny to jest okres — tak
jakby się zażywało jakiś nieznany narkotyk. Bo i tak jest zaiste.
Organizm truty systematycznie zmuszony jest do wytwarzania jakichś
antyciał do walki z zalewającą go trucizną. Zwolnione ze swych
wstrętnych obowiązków te raczej przeciwciała (po co łączyć
cudzoziemską przyczepkę z pol-
skim słowem) szaleją same. Zatrucie tą antynikotyną jest tak przyjemne,
że wynagradza po stokroć przykrości abstynencji. Trzeba się tylko
wsłuchać w głos swych komórek i bebechów, a nawet
„psychicznych głębi”, a nie wmawiać w siebie, że
żyć bez papierosów niepodobna i nie jęczeć ciągle:
„ja chcę palić, nie mogę mówić, pracować, nic
mi się nie chce robić” itp. Należy mówić, robić
coś, przeżywać tak właśnie, jak nakazuje
dane usposobienie — należy je w swoisty sposób
wykorzystać. A przede wszystkim co
do pracy: w trzy do czterech dni występują już dodatnie skutki
wyrzeczenia w związku
z wydajnością roboty tak umysłowej, jak fizycznej, a to, co się przez
pierwsze trzy dni
straci wskutek pewnej, nawet rozkosznej, niemrawości, okupi się latami
całymi naprawdę „radosnej twórczości”,
choćby to było nawet rąbanie drzewa lub rachowanie na
maszynie. Ale trzeba stosować ten sam wysiłek co zwykle, a nie, walać
niechęci do jego wykonania na stan NP. (To samo stosuje się do stanu NU
— niepicia.) Wzrasta wskutek niepalenia sumienność wykonania
wszelkich robót, jak również wynalazczość we
wszystkich kierunkach, a stąd i ekonomia wysiłku. Wzrasta też apetyt i
ilość potrzebnego snu — ale tylko początkowo. Cztery do
pięciu dni można żreć ile wlezie, a potem
już łatwo opanować ten zdrowy zresztą instynkt organizmu, budzącego się
do nowego
życia. Wcale nie trzeba obżerać się tak intensywnie i tyć jak tuczona
świnia, jak to niektórzy robią.W ciągu trzech tygodni
kwestia odżywiania się jest uregulowana kompletnie przy minimum dobrej
woli w tym kierunku. Tylko nie dać się opanować temu
„zastępczemu” pozwalaniu sobie na wszystko inne,
jako wynagrodzenie za cierpienia tytoniowej wstrzemięźliwości. Tej
właściwości pozytywnie przyjemnej pierwszej fazy abstynencji nie mają,
o ile wiem, inne narkotyki. Znam trochę (trochę, powtarzam do stu
tysięcy diabłów!) głód alkoholowy i ten jest jako
stan psychiczny w pierwszym okresie bezwzględnie
nieporównywalnie przykrzejszy od głodu tytoniowego.
Wykorzystać
należycie ten stan wspaniały nie każdy potrafi, bo nie każdy umie
słuchać głosu swego
daimoniona. Dlatego na ten punkt zwracam największą uwagę. Wystarczy
pójść na samotny spacer, aby mieć wszystkie atuty w ręku. I
niech nie plotą pesymiści, że zdolność wykonania tego jest w związku z
indywidualną konsystencją i że niektórzy nie
mogą, i że „meine Wahrheiten sind nicht fur die
Anderen”. Wszystko zależy od nastawienia z góry.
Niektórym poleca się zaprzestanie palenia po uprzedniej
„popojce”, o ile
już dawniej pić nie przestali. Jedno drugiemu pomaga znakomicie. Do
drugiego śniadania mogą kropnąć już tylko jedną wódkę na NP,
do wieczora piwo, a nazajutrz koniec
ze wszystkim i stan cudowny, krystaliczny, wzniosły! Najlepiej jest
przestać palić od samego rana. Trzeba się przygotować na nieprzyjemne
pół godziny — po umyciu się jest
już dobrze. Ale nie każdy wytrzyma te pół godziny,
które jest naprawdę przykre: trzeba
w ciągu tego krótkiego czasu zwalczyć całą ohydę ranka, po
uprzednim napaleniu się
nocnym, bez pomocy papierosa można też palić do umycia się i przestać
równo z umyciem się. Można i o dwunastej w południe,
wyszedłszy na mały spacer, lub o piątej, a nawet siódmej
wieczorem, ale to już tylko jako niejako przygotowanie do przestania
rannego. Najlepszy jest, jednak system od chwili przebudzenia się z
uprzednią „popojką”
lub bez — wobec wielkości celu to nawet jest prawie że
obojętne.
Zaraz rano występuje już pewne ożywienie zankylozowanych w jadzie
komórek, i to
nie tylko mózgowych i nerwowych, ale i całego ciała. Odczuwa
się komórki tak, jakby
koło odczuwało kulki w osi, świeżo wymyte i naoliwione. Przychodzą
oczywiście z początku takie myśl; raczej myślowe wywłoki: „To
jednak jest nonsens. Co mi tam! Będę
palił i koniec. Żyłem dotąd tak — co ja będę sobie głowę
zawracał jakimiś abstynencjami, które więcej może energii
zabiegają niż samo palenie.” Na takie myśli trzeba po prostu
plunąć — nie wolno wdawać się w najlżejszą choćby dyskusję z
demonem narkotyku — wiadomo, że jego dialektyka, polegająca
na zlekceważeniu czasu, musi być silniejsza. Tu wola, ta zwykła,
prosta, nieskomplikowana, nudna czasem jak cholera wola,
musi powiedzieć swoje: „Nie będę palił(a), choćby tam (gdzie,
gdzie?) nie wiem co.”
I wytrzymać. Już pierwsze wytrzymanie daje odskocznię do następnego. A
dobry daimonion nie daje długo czekać na nagrodę. Zjawia się ona w
postaci rozkosznego poczucia wolności i swobody i tej
„igriwosti uma”, błyskotliwości umysłu, o
której mówi
Stefan Glass i ja też za nim. Energia psychofizyczna wzrasta z minuty
na minutę i fale
jej mijają się z falami zdrowej senności i zdrowego ogłupienia, i
dzikiego apetytu. Żreć,
ile wlezie, i spać, choćby co chwila — nic to. Dobra nasza
— bonne la notre. Tylko nie
zwalać całej poprawy na stan NP i prócz wysiłku
zasadniczego, tego z zaciśniętymi „zęboma”,
podpuszczać ciągle ten zwykły wysiłek codzienny, który się
robi normalnie, aby
podołać zwykłym zajęciom i obowiązkom. Najgorszy jest ranek następnego
dnia po
nocy, w czasie której śpi człowiek (ewentualnie
„sprytne bydlę w surducie”) z siłą czterdziestu
susów parowych. Nie chce się taki osobnik zbudzić z tą
myślą, że rano nie czeka
go rozkoszny pozornie „papirosik” ranny, na czczo
lub po tzw. „kawusi”. Uczucie pustki
i nudy zdaje się być nie do przezwyciężenia. Poczucie nonsensu jest tak
wielkie, że zapalenie tego „papirosika” wydaje się
szczytem sensu w ogóle, czymś, bez czego świat jest
nieznośnym chaosem, istnienie więzieniem, a życie, które
podjąć trzeba, jakimś smrodliwym ciężarem. Zerwać się, nie myśleć nic,
psiakrew, odwalić osiem ćwiczeń Mullera,
choćby zęby pękały od zaciśnięcia, buch do tubu, metalowej misy lub
łazienki (o tym
osobno w Appendixie) i do roboty „wo cztoby to ni
stało”,„coute que coute”(tak zwane
po rosyjsku „kutkiekutnoje rozpołożenie ducha”).
Tak — przyznaję to: przychodzą tak
straszne chwile poczucia bezsensu wszystkiego, nie tylko całego
Istnienia, ale najnormalniejszego, najszczęśliwszego, najbardziej
bydlęcego życia, że choć gryźć granity
i popijać benzyną. Wytrzymać: godzinę., dwie, choćby trzy. Wypić mocnej
herbaty czy
kawy nawet, jeśli serduszko jest w portkach i puls spadł poniżej
pięćdziesięciu uderzeń
na minutę. Nic to — zaraz będzie lepiej. Zaraz przyjdzie ten
rozkoszny stan poczucia
tego, że się panuje nad wstrętnym, słabym bydlakiem w sobie, że się
jest ponad nim, że
się jedzie na nim, jak na burej suce, ku niedosiężnym zawsze celom
swego przeznaczenia, a nie gwazdra się, gwajdli i gwędoli pod nim z
zaprzepaszczoną ludzką godnością
i wolą w strzępach, jako nędzna ofiara podłego mechanizmu, nakręconego
zżółkłymi
łapami najpodlejszego z diabłów, tego „od
nikotyny”. Coraz więcej będzie chwil takich
i po pięciu lub sześciu dniach wahań, po okropnym kryzysie
„bezsensowności Istnienia
w ogóle” na szósty (lub u
niektórych na dziesiąty) dzień czuje się, że pierwsza
podstawa
jest zbudowana — że jest nieomal dobrze. Nie dać się skusić
tej „dobroci” i rżnąć dalej
— oto zadanie. Wyrobić w sobie to poczucie obowiązku dążenia
do doskonałości — złe
samopoczucie powinno być w tym stanie uważane za luksus, na
który nas nie stać i koniec. A z chwilą kiedy to uczucie (a
jest o nie w stanie NP o 100% łatwiej niż w P, nie
mówiąc już o II) się zjawi, można uważać palacza za prawie
uratowanego. Zadowolenie ze zdobywania nowych obszarów
ducha, nie zamroczonych odurniającym, kretynizującym, jełopizującym
dymem, staje się nieludzką rozkoszą, której szanujący się
osobnik
(nawet stosunkowo dość bydlakowaty i głupi) wyrzec się już nie jest w
stanie. A teraz
zwierzenia ze stanu niepalenia NP dzień po dniu, pisane na gorąco,
zupełnie szczerze,
bez żadnej propagandystycznej przesady:
NP1 = Bydlęca rozkosz istnienia. Zanik dość znaczny (chwilowy, jak to
wiadomo
z doświadczeń uprzednich) intelektu.Wściekły apetyt i senność.Wzmożona
odczuwalność w stosunku do wszystkiego — tak ujemna, jak
dodatnia. Przezwyciężenie rannego
pesymizmu bez P dało wiele zadowolenia.
NP2 = Chwile dzikiej rozkoszy z powodu „oczyszczenia
się”. Wzmożone uczucia metafizycznego nienasycenia. Chwilami
dzika chęć zapalenia w celu uwolnienia się od
pewnego smutku przemijania. Lekka nieobecność samego siebie w świecie.
Zwężenie
ogólnopsychicznego pola widzenia daje pewien optymizm,
zresztą nieistotny, ale dobry
na pierwsze dni NP. Całe życie na P stopione w jedną pigułkę. Występują
z niebywałą
wyrazistością wspomnienia bardzo dawnych okresów na NP.
NP3 = Daleko krótszy okres porannego zniechęcenia.
Krótkie okresy dość silnej rozpaczy niczym nie
usprawiedliwionej szybko zostają zatłamszone narastającą chęcią
życia. Chwilami potworny nonsens wszystkiego na NP kusić do palenia:
cóż bowiem
jest ten skromny dymek wobec tego, że i tak wszystko sensu nie ma. Ale
poczucie dalszego dystansu i możliwości rozwiewa te pokusy. Dzika
rozkosz czystości wewnętrznej
potęguje się ku wieczorowi. Daleko większa zdolność przystosowania się
do zmiennych
warunków i niespodzianek.
Nota dra D. Prokopowicza. Często spotyka się ze zdaniem, że papieros
ułatwia skupienie myśli przy pracy umysłowej. Zdanie to jest tylko
pozornie słuszne, gdyż w rzeczywistości sprawa ta przedstawia się w
sposób następujący.
W normalnym stanie światło świadomości oświeca dużo
przedmiotów naraz, tak
że z jednej strony potrzeba pewnego wysiłku woli, aby skupić uwagę na
jednej rzeczy,
z drugiej strony — gibkość myśli ułatwia nieoczekiwane
skojarzenia. Zaciągnięcie się
papierosem przykręca niejako lampę świadomości, toteż oświetla ona
mniejszy krąg:
co przedtem było w półmroku — teraz tonie w
ciemności. Wskutek tego łatwiej jest
— wobec mniejszego wyboru przedmiotów —
skupić uwagę na jednej rzeczy (na tym
więc polega ułatwienie skoncentrowania uwagi), ale z drugiej strony w
tej zadymionej
atmosferze kontury rzeczy stają się zamglone i obrzmiałe, zatraca się
świeżość i ostrość
widzenia, zleniwiała myśl asocjuje z trudem i na niedaleką metę.
ALKOHOL (C2H5OH)
Tyle o tym nieszczęsnym alkoholu jest już napisane, że niedobrze się
robi, gdy się
w tej sprawie „dotyka pióra”, jak
mówił (negatywnie zresztą) w pewnym wywiadzie
Ferdynand Goetel. Cóż robić — coś powiedzieć w tej
materii trzeba, gdy się wypiło
w przeciągu piętnastu lat „niemało”
hektolitrów tego płynu i posiada się taką wiedzę co
do jego tak dodatnich, jak i ujemnych skutków.
Jestem za absolutną prohibicją, ale muszę przyznać, że czasami, mimo że
można by
się ostatecznie bez niego odejść, alkohol załatwia mnóstwo
nieporozumień, tak wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Według mnie
powinien jedynie być dozwolony, do
czasu, artystom i literatom, którzy wiedzą z absolutną
pewnością, że w krótkim czasie
mogą się „wyprztykać” i że bezwzględnie bez pomocy
alkoholu nic by wartościowego
nie stworzyli. Ale ten problemat wobec nieistotności literatury,
która zaczyna kończyć
się w naszych czasach (o czym obszernie gdzie indziej), i końca sztuki,
który nawet
zdaje się dla największych gigantów optymizmu przestaje być
mitem, traci także na swej
— pozornej już — jadowitości. Co komu po tym i czy
warto, aby nawet artyści truli się
narkotykami, wobec tego, że ich ostatnich podrygów
formalnych nikt już naprawdę
nie potrzebuje. A w innych sferach jeśli nie doraźnie, to w każdym
razie na przestrzeni
już paru lat daje alkohol skutki psychiczne tak ujemne, że odruchem
każdego szanującego się człowieka i społeczeństwa powinna być absolutna
(nawet małe piwo wykluczone!!) abstynencja i prohibicja. I niech nie
gadają alkoholicy tzw. „umiarkowani”
(najgorszy gatunek) o zwiększeniu potrzeb na inne narkotyki, o
„zdrowotności” małych
dawek, o konieczności używania sfałszowanych produktów itp.
bzdurach. W ten sposób żadna wielka idea nie byłaby nigdy
wprowadzona w życie. Tylko ostre postawienie kwestii przez małą grupę
ludzi umożliwia powolne filtrowanie się przemian w bezwładne cielska
społeczeństw. Ale następnie tylko zorganizowana akcja może utrwalić
choćby w części dobre skutki i rozpuścić skoncentrowaną ideę w rozczyn,
z początku
słaby, którego siła będzie jednak wzrastać stale, w miarę
ciągłego, wytężonego działania. Umiarkowanie postawiona kwestia skazana
jest z góry na zagładę. Świat posuwa
się naprzód (względnie w tył w pewnych sferach) skokami i
bez rewolucji w najszerszym znaczeniu bylibyśmy dotąd w okresie
totemizmu, magii i ludożerstwa. Może bylibyśmy szczęśliwsi —
kto wie? Ale jeśli już raz społeczeństwo zgnębiło indywiduum, to
powinno je dognębić szybko do końca. Kłamliwy okres demokratycznych
pseudoswobód ma się ku końcowi. Pojęcie demokracji było
ostatnią maską dla ginących dawnych
wartości w stanie rozpadu. Dlatego uważam, że mimo iż Europa jest
nerwowo roztrzęsiona i zniekształcona wojną i mimo kryzysu,
który to wywołać na czas pewien może,
powinno się dążyć do zupełnej prohibicji na tle psychologicznego, a nie
fizjologicznego uświadomienia wszystkich obywateli. Nawet jeśli na
razie umiarkowany alkoholizm może mieć pozornie dodatni wpływ w
kierunku bezbolesnego zmechanizowania
ludzkości, okupione to będzie depresją, której skutki trzeba
będzie zwalczać przez setki
lat, podczas gdy abstynencja da się osiągnąć za cenę moralnego i
fizycznego jednorazowego wstrząsu jednego pokolenia.
Faktem jest, że przy pomocy alkoholu da się dokonać w danej chwili
czynów, których by się bez użycia go w tej
właśnie chwili nie dokonało. Chodzi o to, czy w danym
fachu i przy danej strukturze psychicznej warto ryzykować ruinę w
przyszłości dla pozostawienia po sobie działania czynów i
tworów, które ostatecznie można by osiągnąć
przy większej pracy i wysiłku bez tej pomocy.
Zdaje się, że naprawdę jedyną sferą, w której jeszcze
(zwracam uwagę na to jeszcze)
problemat ten ma pozory istotności, jest twórczość
artystyczna i literacka. Bo ostatecznie rzecz biorąc, to, czy się dany
„pismak” czy „artystyczny
błazen” (bo tak musimy określić ten zanikający rodzaj ci
— devant pracowników umysłowych w stosunku do
wielkości przemian społecznych) skończy wcześniej czy
później, mała będzie stąd pociecha
czy zmartwienie, tym bardziej że nigdy (w przeciwieństwie do innych
sfer działalności) nie będziemy mogli przewidzieć, czego by
mógł jeszcze dokonać i czy skończył się
we właściwym czasie. Sferę tę cechuje fantastyka psychologii,
nieobliczalność i nerwowość — występuje w niej pierwiastek
tzw. „natchnienia”. Mówię to bez oczu
wzniesionych w górę, zupełnie po prostu —
natchnienie jest faktem, i to faktem tak samo pod
pewnymi względami zwykłym, jak jedzenie i picie. Tyle tylko, że nie
można poznać do-
kładnie warunków jego powstania — czasem nawet
jeden kieliszek wódki może być
przyczyną stworzenia rzeczy naprawdę wielkich jako point de
declenchement (nie ma
na to polskiego słowa — a szkoda). Wszystko zależy od
dystansu, na jaki jest zamierzone dane życie i dana
twórczość. Zwracam tylko pewnym ludziom uwagę na przykry
wypadek: oto można uważać siebie za krótkodystansowca i
zniszczywszy się gruntownie przedwcześnie i nie dokonawszy obiecanych
sobie i innym dzieł znaleźć się wobec
szalonych pragnień na dalszy dystans i nie mieć już wtedy ani dość
siły, ani odpowiedniej organizacji wewnętrznej dla ich spełnienia.
Natchnienia też nie łowi się przypadkiem, poza pewnymi granicami, w
których ono narzuca się samo. Jeśli ktoś w przerwach od
chwil takich będzie tylko pił, uganiał się za dziewczynkami, siedział w
kinie
lub na dancingu, zmarnuje w sobie ten dar bardzo szybko. Jedyna rzecz
dla artystów i literatów to wypełnianie chwili
pustki twórczej intelektualną pracą. Ale mało kto dzisiaj to
robi. Ich to nudzi, biedaków — wolą się bawić; ale
niedaleko zajadą w ten sposób. Widać to już na poprzednim
pokoleniu, a ci „najmłodsi” trwonią swe siły zdaje
się
w jeszcze szybszym tempie i alkohol wraz z nikotyną nie jest w tym
procesie bez przyczyny. Ale mniejsza o nich — to... jest rasa
wymierająca. Mogłaby wymrzeć w trochę
piękniejszych i potężniejszych formach — trudno. Lecz jeśli
chodzi o wszystkich innych działaczy i pracowników, to
musimy oświadczyć się bezwzględnie przeciwalkoholowi. Ja sam do
trzydziestego roku życia nie piłem prawie nic. Później
czasami używałem alkoholu przy pisaniu pierwszego szkicu rzeczy
scenicznych. Bynajmniej nie pi-
sałem po pijanemu — tylko wskutek chęci szybkiego
naszkicowania całości musiałem
się wzmocnić paroma wódkami, po prostu dla dodania sobie
sił. Powieści moje, wbrew
mniemaniu niektórych, są kompletnie „narkotik
— und alkoholfrei”. Rysowałem zaś po
pijanemu, to przyznaję, i to nie tylko po pijanemu, ale
eksperymentowałem ze wszystkimi znanymi narkotykami i mimo że
stanów tych jako takich nie uznaję, w portretach
w tych właśnie stanach robionych dokonałem na bardzo małą skalę rzeczy,
których bym
jednak bez tego nigdy wykonać nie potrafił. Zaznaczę tylko, że nie
uważam prac tych za
skończone dzieła sztuki, ale za coś w swoim rodzaju zupełnie odrębnego.
Portret jako
taki jest psychologiczną zabawą przy pomocy artystycznych
środków, ale nie dziełem
sztuki — mógłby nim być oczywiście przy pewnych
warunkach, jak i trzy jabłka na serwecie czy walka byków.
Ale dość o tym — nudne to jak cholera — ani sztuką,
ani teorią
nie myślę się więcej zajmować.
A więc któż nie zna dziwności pierwszych chwil poznania się
z alkoholem. Nie będę
wdawał się tu w analizę tych momentów, aby nie zachęcić kogo
do ich zakosztowania.
W ciągnięcie się w alkoholizm postępuje daleko szybciej niż
przyzwyczajenie się do nikotyny. Byłem pijakiem bardzo początkującym,
ale wiem coś o tym. Alkohol działa potężniej niż nikotyna —
dodaje tzw. „skrzydeł” myśli i uczuciom. Wszystko
zdaje się łatwym i bliskim, po najtrudniejsze rzeczy wydaje się, że
trzeba tylko sięgnąć. Sięga się
i nawet za pierwszym, drugim razem coś w tej ręce zostaje. Sięga się
trzeci i czwarty
— zostaje coraz mniej. Ale przyjemność łatwego sięgania jest
wielka i tak się szybko
człowiek „wysięga”, że potem nie zostaje mu nic, a
sięganie trwa dalej i ogranicza się
tylko do zamiarów. Alkoholicy żyją zamiarami —
przestają oceniać obiektywne wyniki swych własnych, pozornych
wysiłków. Bo wysiłek jest pozorny i za każdym razem
spuszczenia się na pomoc „przezroczystego płynu”
osłabia się zdolność dokonania
prawdziwego aktu woli, który stwarza podstawę do dalszego
działania. Alkohol tę podstawę niszczy, przyzwyczajając nałogowca do
zastępowania autentycznej woli przez protezę. O ile nikotyna jest tylko
środkiem pomocniczym, dopinguje, ale ostatecznie wykonać trzeba
wszystko samemu, o tyle alkohol daje złudzenie stwarzania i w tym leży
jego wyższe niebezpieczeństwo. Jest to jednak tylko złudzenie: pozwala
on kombinować dany materiał, ale nie stwarza rzeczy nowych, chyba tam
gdzie w grę wchodzą kwestie
techniczne, po prostu zręczność rąk (czy innych członków)
przy szybkim rysunku (i to
specjalnie przy rysowaniu z natury), improwizacji np. fortepianowej,
przy grze w bilard (małe dawki!!), w tańcu improwizacyjnym i innych
mniej szlachetnych czynnościach. Ale bezwzględnie zgubnym jest wszędzie
tam, gdzie chodzi o operowanie pojęciami. Ułatwia połączenia
— może pomóc do skonstruowania ad hoc
humorystycznej mowy np., ale nie pomaga tam, gdzie chodzi o sprawność
ośrodków najwyższych,
przy komponowaniu poezji, dramatów i powieści, wszystko
jedno, że dwie pierwsze
istności są dziełami sztuki, a trzecia nie — materiałem ich
są pojęcia. Uczuciowe skojarzenia następują szybko i bez wysiłku i
często z nich jeszcze, jako z materiału, dadzą
się wyrobić na trzeźwo wyższe wartości, ale jeśli chodzi o samo
„koncypowanie”, działanie alkoholu jest złudą,
szczególniej dla typów schizoidalnych. Jeszcze
pyknik łatwiej
sobie poradzi z krótkim spięciem mózgowym, na tle
zwałów lipoidów, którymi są obłożone
jego nerwy i gangliony. Ale dla początkującego nawet
„schyzia” alkohol jest zabójczy. Obnaża
nerwy, które wprawdzie drygają i dygocą, ale jak części
jakiegoś rozklekotanego gruchotu, a nie zdrowym tętnem potężnej
machiny. Ale przyjemność doraźna
jest większa — alkohol usuwa nudę, tę integralną część
prawdziwie wielkiej twórczości, bawi zbyt samym aktem
tworzenia, a nie daje skontrolować wyników przez
ogólnie optymistyczny ton całości procesu —
dotyczy to nie tylko pracy, ale wszystkiego.
Nie pozwala on bowiem widzieć ujemnych stron żadnego zjawiska, pozbawia
krytycyzmu, każe się zachwycać najbezecniejszymi bzdurami, zmusza do
widzenia utajonych
konstrukcji tam, gdzie jest śmietnikowy chaos, dezorganizacja i
zgnilizna. Stąd jest alkohol przyczyną powstawania psychologii
„nieuznanego geniusza”, tak rozpowszechnionej
szczególnie u nas i w Rosji, może właśnie wskutek
nadużywania tego trunku.
Wszystko to są skutki alkoholu, rzec by można dodatnie, ale chwilowe.
Nikotyna słabą
daje reakcję — alkohol wprost potworną. Jako lekki na razie
objaw [braku] abstynencji powstaje nazajutrz tak zwany
„katzenjammer”, czyli po polsku
„glątwa”. Na niej to
można oglądać w zarodku stan końcowy, który u
niektórych występuje już w rok lub
dwa od chwili zaczęcia nadużywania alkoholu, zależnie od siły systemu
nerwowego
i innych organów. Ten stan musi być zalany nową dawką jeśli
nie natychmiast (co czasem, jeśli dawka nie jest zbyt wielka i nie jest
początkiem nowego chlania, jest korzystne), to po pewnym czasie. Gdyż
zatrucie takie trwa trzy do czterech dni, a w następstwie nawet po
minięciu objawów ostrych wywołuje charakterystyczną nudę
alkoholików: wszystko zdaje się nie to, horyzont daleki jest
zagwazdrany, poczucie, że cokolwiek
się zacznie, musi skończyć się klęską, zgniły pesymizm, wrażenie
krótkości życia, nic nie
warto zaczynać — e, co tam, pięć lat będę krócej
żyć i bęc — po jednemu — zwykle ktoś
przyjdzie w tym samym stanie, co ułatwia znacznie rozpoczęcie nowej
serii i koniec
— dany osobnik znajduje się już na pochyłości. Znowu wracają
dawne złudzenia: nie jest wcale tak źle — od jutra zacznie
się nowe życie, przecież się nie będzie więcej pić.
Chodziło tylko o zobaczenie tego, co jest na dnie. Jest tam jeszcze
coś, więc oczywiście
pod wpływem wódy burzy się to i bulgoce, i przewala się, i
zwykła kałuża codzienności zdaje się groźnym, wspaniałym morzem, a
pływające po niej odpadki imitują wielkie okręty, wiozące skarby ku
nieznanym brzegom. Mało kto zatrzyma się po trzech kolejkach.
Przeważnie [...] — dojeżdża się do samego dna, nie
zadawalniając się wzburzeniem powierzchni swego bajorka. Tam następuje
przejrzenie pustki i konieczność chlania dalej, aż do zupełnej zatraty
wszelkiej oceny, aż do plugawego, tragicznego taplania
się we własnym nieudaniu się, w którym następuje ostateczne
zadowolenie. Jedni piją
właśnie te „parę wódeczek” i potem coś
jeszcze w ogóle robią — jest to typ na dalszy
dystans niebezpieczniejszy — są to kandydaci na
alkoholików codziennych. Inni zachlewają się na całego i
muszą zrobić parę miesięcy, tygodni, potem dni przerwy. Ale ostatecznie
dwie te „linie rozwojowe” konwergują ku
wspólnemu kierunkowi — pierwsi
zwiększają dawkę „paru wódeczek” do
dwudziestu, trzydziestu i więcej, tamci zmniejszają interwały większych
tak zwanych „stuknięć”. Obu grozi ten sam wynik:
zidiocenie,
zanik woli, niemoc, niemożność wszelkiego czynu. Oczywiście na to mi
powiedzą optymiści, że mieli „wujka”,
który umarł jako czerstwy, różowy staruszek lat
dziewięćdziesięciu dwóch, który codziennie do
obiadu i kolacji chlał „literatkę” vel
„angielkę” czystej wódy, albo babkę,
która zakrapiała się od rana
„ziółkami”, czyli wychlewała co dwie
godziny jedną małą wódeczkę zabarwioną jakąś, nieszkodliwą
zresztą, trawką. Ale tym
znowu odpowiem: wyjątki nic nie znaczą, a staruszeczek byłby może
jeszcze czerstwiejszy, a babka nie umarłaby w wieku osiemdziesięciu
pięciu lat, tylko stu. Ludzie starsi
twierdzą często, że za długo żyją — więc może lepiej byłoby,
gdyby chlali? Kto wie?
Nie będę tu roztrząsał tych problematów neo —
pseudo — maltuzjańskich. W Australii
zjada się starców i zbyteczne dzieci z powodu życia
koczowniczego i bezmieszkaniowego tamtejszych, wymierających z
degeneracji, plemion. Etyka jest kwestią względną
— polega na stosunku indywiduum do grupy społecznej,
zależnego od tysiąca czynników zmiennych. A zresztą ta
zasada nieszkodliwości alkoholu stosuje się tylko do
ultrapykników i nie może być brana pod uwagę, gdy chodzi o
tonus i tętno całego społeczeństwa, mimo że według mnie pyknicy
zaczynają brać w ogólnym rozwoju górę nad
podupadającymi schizoidami, których perihelium przeszło pod
koniec osiemnastego
wieku. Przeczytajcie w ogóle Kretschmera, czytelnicy
— dobrze wam to zrobi, mimo że
krytyk, p. Furmański, woli i zaleca nawet Dzikuskę (czyje to jest,
nawet nie wiem) po
przeczytaniu mojej powieści, która za cel uboczny powinna
mieć zachęcenie ogółu do
większego przeintelektualizowania codziennego dnia nawet.
Otóż wracając do alkoholu: alkohol jest nudny. Wiedzą o tym
ci, którzy zaczęli go
choćby z lekka nadużywać. Daje z początku iluzję nieskończonych
obszarów ducha,
które przy jego pomocy zdobyć można. (Nikotyna jest też
nudna, ale przynajmniej nic prawie nie obiecuje.) Wydaje się po
pierwszych (w życiu w ogóle i następnie na początku
„popojki”) kieliszkach, że kryją się w alkoholu
niesłychanie odkrywcze właściwości. Jedynie łatwość kombinacji znanych
elementów daje niedoświadczonemu pijakowi to złudzenie.A gdy
pozna,że był oszukany,często bywa już za późno,aby
zawrócić
z raz powziętego kierunku. Z rozpaczą w sercu gna dalej po pochyłości
upadku, zalewając strach przed zidioceniem i tą specyficzną ponurością
stanów abstynencji nowymi
dawkami „wody ognistej”, potęgując dozę, aby
wrócić do pierwszych chwil ekstazy. Na
próżno. Jak każdy narkotyk czy ekscytans alkohol ma swoje
granice. Poza pewną dawką
nie da już chwil pierwotnego upojenia, którym wciągał
nieszczęśliwca w swe, wątpliwej
wartości, że tak powiem popularnie, sezamy. Przychodzi kres podniecenia
— rozpacz
może być pokonana jedynie ogłupieniem. Ale nawet w okresie swej
największej „interesującości” alkohol może być
powodem zupełnego wykrzywienia życia, skierowania go
na jakąś lokalną bocznicę albo nawet na ślepy tor, zaraz za stacją
wyjściową — i to niezależnie od złych skutków na
dalszą metę, tylko z powodu ukazywania omawianemu
jego uczuć, przeżyć i ludzi (a nade wszystko stosuje się to do kobiet)
w zupełnie fałszywym świetle. I często takie zboczenie z drogi pod
chwilowym działaniem C2H5OH ma
potem znaczenie dla całego życia i może spowodować dalszy programowy
alkoholizm,
jako jedyny środek na odparowanie ciosów losu, nie
mówiąc już o potwornych kłótniach,
zabójstwach itp. rzeczach, o których tyle się już
napisało.
Ale to są zjawiska końcowe albo wyjątkowe. Mnie chodzi o oświetlenie
samych początków nałogu, w którym się one kryją i
ukazanie tych stanów „glątwowych”, w
których można obserwować je w zarodku. Jednorazowe upicie
się, a nade wszystko następująca potem „glątwa” są
często miniaturowym odbiciem całego zmarnowanego później
beznadziejnie życia.
A więc dalej: do pewnego punktu tylko podnieca alkohol wyobraźnię i
pozornie
stwarza nowe kombinacje pojęciowe, wytwarza fluid porozumienia między
niezgodnymi w istocie typami i ułatwia uczuciową zgodę, potęgując
czasem pewne rozmowy
i przeżycia do granic ekstazy w chwili działania. Zawsze po ocknięciu
się z zachwytu, a szczególniej w czasie następującej
nieuniknienie „glątwy”, widzi się bezwartościowość
przeżytych stanów i wypowiedzianych słów
— niestety często bywa za późno, aby
się cofnąć, i pije się potem znowu, aby powrócić do
„sztucznego raju”, w którym zanika
poczucie bezsensu wszechświata i wszystko zdaje się koniecznym w swej
doskonałości, jak elementy prawdziwego dzieła sztuki złączone formalną
koncepcją ogólną. Tej
złudnej formy użycza często bezforemnej miazdze życia kłamliwy
pocieszyciel — alkohol. Forma ta ginie jak mgiełka wraz z
oparami spirytusu, mimo że przed paroma godzinami zaledwie miała pozory
żelazobetonowej konstrukcji — rzeczywistość rozwiera
na nas swą galaretowatą, śmierdzącą paszczę i wlepia w nas szydercze,
rozlazłe z dzikiej
rozkoszy nabrania oczy — wszystko to skarykaturowane do
potworności pod wpływem ogólnego odwartościowania i
sflaczenia wewnętrznego na skutek poalkoholowej
„glątwy”. Ale zawsze jeszcze do czasu przy pomocy
zwiększonych dawek trucizny można
powrócić do dawnej ekstazy i mieć choćby marne złudzenie
życia. Z „popojek” zostają
jednak wspomnienia lepszego świata, mimo że w okresach abstynencji
coraz trudniej
można zrealizować wyniki tzw. „złudnych
wzlotów” w nie ziemską zaiste doskonałość.
Zniechęcenie, złość o byle co, fatalne traktowanie najbliższych i
najżyczliwszych, nawet
najukochańszych ludzi, niemożność skupienia uwagi, ciągłe szukanie byle
jakiego towarzystwa, niepokój kwaśny i gorzki, bezsenność w
nocy i ciężki sen poranny, z którego trudno się przebudzić,
zamiast radości przebudzenia lęk przed życiem, zanik odwagi tak
cywilnej, jak i wojskowej i ciężar nieznośny w głowie przy jakim bądź
intelektualnym wysiłku — oto pierwsze objawy (słabe na razie)
zbliżającego się końca pierwszego aktu tragedii. Wtedy jeszcze można
bez wysiłku zawrócić. Ale któż to wykona.
Durnie są wszyscy na tym punkcie, nawet najrozumniejsi
spośród was — widok przerosłej wątroby jeszcze was
nie straszy. Objawy takie należy „zalać”
— to jest wasze jedyne wyjście. Ale potem (okres ten pierwszy
jest indywidualny co do długości — u jednego może trwać rok,
u drugiego dwadzieścia lat) przychodzi czas, że dawka alkoholu,
którą organizm znosi bez ostrego zatrucia, przestaje
wystarczać dla pokonania wymienionych wyżej stanów. Gorzej:
po krótkim czasie, w którym występują objawy
alkoholicznej nudy, tak tragicznym dla prawdziwego, przywiązanego
naprawdę do swego
ulubionego płynu alkoholika (czuje on się wtedy jak zdradzona kochanka
co najmniej),
następuje okres spotęgowania złych stanów pod wpływem
nadużycia C2H5OH. Jest to
czas, w którym bezwzględnie należy przestać pić, gdyż dalsze
brnięcie w nałóg grozi już
nie tylko coraz gorszą „glątwą” i pomniejszymi
cierpieniami otoczenia, ale także odpowiedzialnością karno —
sądową za różne, nie tylko moralne, uszkodzenia otoczenia.
Rozpoczyna się okres złości — alkohol dojechał do dna, na
dnie zaś jest pustka stworzona przez ciągłe życie z kapitału, zalewany
systematycznie upadek ducha i zdawanie
się na rozwiązanie tych problemów przy pomocy
„paru wódeczek”. Alkoholik już pod
wpływem paru kieliszków staje się zły. Znikły dawne
„kordialne” przeżycia i idealizacja ludzi i świata
pod wpływem — zalania ganglionów straszliwą
cieczą. Wszystko, co
najgorsze, wychodzi z człowieka, który przecie jest tylko
tresowanym bydlęciem i niczym więcej. Rolę pogromcy odgrywa
społeczeństwo, które nawet wbrew daleko sięgającym swym
instynktom (to twór, który ma swoje formalne
instynkty od najdawniejszych czasów, od epok totemicznych
klanów począwszy) toleruje umiarkowany alkoholizm dla
doraźnych celów uspokojenia metafizyczno —
bydlęcych stanów swoich „obywateli”. A
więc przyjaciele zamieniają się na wrogów,
których złe traktowanie zaczyna
się od mówienia im tzw.„gorzkich
prawd”,których dla ich dobra jedynie nie szczędzi
im
zagorzały pijak, pozorny obrońca prawdy i wróg wszelkiego
zakłamania się, on, zakłamany po uszy przez swój
nałóg, nieszczęsny ochłap człowieka, nie mający prawa
spojrzeć w oczy trzeźwemu indywiduum. Najświętsze uczucia przetwarzają
mu się w symbole upadku, nie oszczędza najbliższych, a nawet oni stają
mu się głównymi przyczynami jego nieszczęścia i rozkładu. A
więc przede wszystkim cierpią Bogu ducha winne
często (nie zawsze) kobiety. Traktuje je pod psem, do bicia (i ubicia)
włącznie, przekonany o swojej bezwzględnej wyższości.A potem idzie
społeczeństwo,które zabiło „wielkiego
indywidualistę”. I tego rodzaju objawy zdarzają się nie tylko
u nędzarzy, ale na
szczytach społeczeństwa, w czasie nawet obiektywnego powodzenia. Bo
zrodzona z alkoholu megalomania i egoizm nie znają granic swego
nasycenia. Wójt małej wsi nie nasyci swej żądzy panowania,
póki nie stanie się co, najmniej królem
syjamskim, mały
gryzipiórek musi być Wielkim i sławnym na cały świat
pisarzem, byle oficerek — wielkim wodzem, na
którego tupnięcie buta muszą ginąć miliony ludzi, mała
świnka biznesowa — wielkim transaktorem wszechmamony,
który dopiero wtedy obsypałby ludzkość dobrodziejstwami.
Świat jest za mały dla takiego pana. On chciałby wszystko pożreć,
wszystko wyrzygać i jeszcze raz pożreć, a zamiast zębów w
paszczy ma tylko plugawy ozór i jadowitą ślinę,
którą z zawiści opluwa wszystko to, co jeszcze niedawno
mogło być dla niego świętością, a dziś jest tylko przedmiotem
niezdrowej żądzy zblazowanego impotenta. Najmniejsze objawy podobnego
rodzaju, które można obserwować
od najgorszych, narożnych szynków (koniecznie narożnych
— szynczki lubią rogi) aż
do pałaców i miejsc posiedzeń największych
mogołów i główniarzy rządzących danym
krajem, powinny być ostatnim sygnałem dla alkoholika, aby bezwzględnie
pić przestał
i przez męczarnię kilkomiesięcznej abstynencji wyrwał się z macek
ssącego go polipa.
Ale on zna jeden tylko ratunek: zachlanie się aż do zupełnego
skretynienia, o ile przedtem nie dobierze się do niego prokuratura. A
potem jest już koniec. Wyleczony, może
nawet taki łachman nieszkodliwie żyć — niczego ani dobrego,
ani złego nie dokona
— jest już zupełnym flakiem, chyba że jest artystą (brrrr!).
Wtedy może jeszcze na gruzach swej jaźni dokonać ostatniego
interesującego szpryngla w nicość. Ale są artyści,
którzy się niszczą twórczo, i są tacy,
którzy zapijają tylko własną nicość, prócz
dziwnego gatunku takich, którzy się sami jako ludzie w
związku ze swoją twórczością tworzą.
Co do wydajności pracy w stanie alkoholizacji, to stanowczo na razie
będzie ona większa. Ale alkohol daleko bardziej zużywa ośrodki nerwowe
niż nikotyna i reakcja
następująca po takim zużyciu będzie tak wielka, że na dalszy dystans
nie opłaca się bezwzględnie. Jest mnóstwo innych
środków, które mogą w nagłej potrzebie wykonania
w danym, krótkim czasie gwałtownej i wymagającej ciężkiego
umysłowego czy nawet
fizycznego wysiłku pracy zastąpić zupełnie zabójczy,
przeźroczysty płyn, nie wywołując
następnie oklapnięcia zmęczonych centrów, a nade wszystko
nie wytwarzając przyzwyczajenia: kola (szczególniej przy
kombinacji wysiłku fizycznego z umysłowym), strychnina, a nade wszystko
glicerofosfat czy fosfit. Wszystkie te środki wypróbował
autor
osobiście ze znakomitym skutkiem. Są one nieszkodliwie dopingujące, a
preparaty fosforowe odżywiają po prostu odfosforzone pracą gangliony,
nie wywołując żadnego podniecenia. Oczywiście używanie ich stałe
musiałoby też doprowadzić do skutków ujemnych —
niemożności wysiłku bez podniety zewnętrznej, Mowa jest tu o wypadkach
nagłych, z których wybrnąć trzeba z minimalną szkodą dla
organizmu. Poleca się też wymienione specyfiki dla ludzi
odzwyczajających się od palenia i picia. Praca „pod
alkoholem” jest gospodarką rabunkową na krótki
czas — a występująca potem niezdolność
wysiłku bez podniety zewnętrznej mści się w sposób potworny
i wplątuje nieszczęsnego pracownika, chcącego oszukać najistotniejsze
prawo funkcjonowania jego maszyny, w to błędne koło, z
którego nie ma już innego wyjścia, jak zachlanie się na
śmierć
lub, co gorzej, do obłędu. Stany obłędowe, tak podobno przykre w
rozwiniętej formie,
można obserwować w elegancko wykonanym, miniaturowym wydaniu w stanie
lekkiej
choćby „glątewki” po małej, rozkosznej
„popojce”. Drżenie całego ciała, które
nie wiadomo, czy kończy się na ciele — są to raczej drgawki
duszy, nie mogącej pozbierać do
kupy zdyzlokowanych części, niemożność mówienia —
jakieś miamlanie bez związku,
którego człowiek wstydzi się, łypiąc dookoła bolesnym
wzrokiem, jakby szukał ratunku
w nieczułym dookolnym świecie. Nieokreślony lęk przed jakimiś
potwornymi klęskami, które zdają się czaić zza każdego węgła
(koniecznie węgła — coś jest demonicznego
w węgle domu — nieprawda?) i który wywołuje to
specyficzne oglądanie się na boki
i za siebie i błędny wyraz bezradnego zakłopotania. Niepokój
wywołujący nieskoordynowane ruchy — to charakterystyczne
rzucanie się gdzieś przed siepie i oklapywanie natychmiastowe w tym
poczuciu, że nie ma ratunku znikąd, chyba w nowej dawce
alkoholu lub w środkach uspakajających, które przecie dłużej
używane (nawet najniewinniejsze: waleriana, bromural itp.) wywołują
stałe ogłupienie, a w razie przestania ich
zażywania — niepokój i bezsenność, na
które już może nie być ratunku, chyba leczenie
zakładowe, na które nie każdy pozwolić sobie może. Na
podstawie wyżej opisanych objawów widać już ten stan, w
którym znalazłby się alkoholik, gdyby pić przestał
— widać
oczywiście w niesłychanym pomniejszeniu. Zgroza przejmuje, gdy się
widzi alkoholika zalewającego systematycznie ten potęgujący się z każdą
chwilą stan rzeczy, żyjącego ciągle jakby nad otchłanią
najstraszliwszych stanów ducha, pokrytych cienką warstewką
nikłego oparu alkoholowych złudzeń. Ale specyficzna lekkomyślność,
którą wywołuje dłuższe używanie alkoholu, nie pozwala mu
widzieć tej sieci lepkiej, koło której
krąży beztrosko, jak tęczowa muszka w ciepłych promieniach sierpniowego
(koniecznie sierpniowego — inaczej ani rusz) słońca i w
którą musi czy prędzej, czy później wlecieć, by
do końca życia czasem miotać się bezsilnie w jej pozornie lekkich, a w
istocie
mocniejszych od stalowych lin zwojach. Najstraszniejsze jest w
nikotynie i alkoholu to
nieznaczne, podstępne okrążanie ofiary, która złudzona
dłuższy czas trwającym okresem pozornej swobody cieszy się nowymi
wrażeniami i pozorami siły, nie zwracając
uwagi na charakterystyczne ostrzegawcze objawy
„glątwowe”, nie czując, że koło zacieśnia się i że
bezmierne horyzonty, które pozornie otwiera trucizna,
zwężają się w czar-
ną, cuchnącą norę, w której czatuje obłęd i rozkład. A potem
nagle przychodzi świadomość grozy położenia, kiedy przeważnie jest już
za późno. I mamy te tysiące czy miliony ludzi,
którzy tylko „dożywają” życia do końca,
nie wierząc w istocie w jego sens
i sens własnej pracy i złudnych zamiarów poprawy.
Społeczeństwo, w którym panuje ta
psychoza tymczasowości, udzielająca się ludziom nawet nie zatrutym
żadnymi jadami,
nie ma przed sobą przyszłości. Wychowane w atmosferze takiej nawet
zdrowe osobniki
przejmują się nią i stają się niezdolne do życia.
Trudno jest przestać pić zupełnie ludziom używającym alkoholu stale, w
małych
dawkach,ale jeszcze trudniej tym
tzw.„Quartalsalifer”,pijakom okresowym,na
których
co pewien czas nachodzi konieczna potrzeba zachlania się na śmierć
— tak zwanego po
rosyjsku „zapoja”. Jestem za przestawaniem
gwałtownym, bezapelacyjnym, wszelkie te
stopniowe odzwyczajania się są tylko okłamywaniem siebie przez
nieszczęśników nie
mających siły na bezwzględne postawienie kwestii. Łatwiej jest wykonać
postanowienie
takie alkoholikowi chronicznemu. Periodyczny powinien na czas ataku
skumulować na
początku walki wszystkie środki odżywcze (fosfity) i nawet lekko
uspakajające (waleriana, bromural itp.) — cel opłaci te małe
nadużycia. Ale nade wszystko, o ile pali, powinien jednocześnie
absolutnie przestać palić. Objawy abstynencji przy wyrzeczeniu się
nikotyny znakomicie pomagają przeciw jej nierównie
potężniejszemu koledze, stwarzając przy tym dodatkowy motorek dla
wytwarzania woli. W ogóle wszelkie programowe
przemiany wewnętrzne i zewnętrzne u ludzi palących i pijących powinny
zaczynać się
od wyrzeczenia się tych dwóch najszkodliwszych, bo
najpowszedniejszych i najbardziej
nieznacznie opanowujących narkotyków. Na zupełne poddanie
się kokainie czy morfinie może sobie pozwolić tylko najwyższa
arystokracja wśród degeneratów. Są to poniekąd
ludzie i tak, i tak zgubieni. Oczywiście walka z tymi specyfikami musi
być tak samo
bezwzględna jak z tytoniem i alkoholem, ponieważ mogłyby one przy
dalszej degeneracji ludzkości zdemokratyzować się i stać się
przedmiotem takiego codziennego użytku, jak
„papierosik” i
„wódeczka”, te dwa pozorne niewiniątka,
kryjące pod maskami
przyjemnych dziewczynek zgniłe mordy najbardziej zakazanych
prostytutek. Ale trochę śmieszny jest dla mnie ten wszechświatowy
hałas, jaki się wytwarza dookoła arystokratycznych „białych
obłędów” wobec mnożących się bez końca
(szczególniej u nas,
zdaje się) sklepów o zachęcających wystawach, w
których zupełnie bezkarnie sprzedaje
się dwie najpotworniejsze trucizny, doprowadzające do ruiny nie tylko
garstkę ginących niedorodków, ale ogół
społeczeństwa i jego najcenniejsze jądro, z którego ma
wykwitnąć Nowe Życie.Walka,którą tu rozpoczynam,opierając
się na własnych,smutnych
doświadczeniach, z nadzieją osobistej poprawy i poprawy tych,
którzy mnie wysłuchają, może być tylko wtedy skuteczna, o
ile weźmie się do niej jakaś potężna organizacja
i jeśli poprze ją państwo zamiast opierać większą część swych
dochodów na powolnym truciu swych obywateli. Może pod
wpływem słów tych paru cennych skądinąd palaczy i
pijaków przestanie palić i pić do końca życia, ale
wychowanie następnych, zdrowych pokoleń będzie możliwe jedynie przy
przeprowadzeniu bezwzględnej prohibicji
tytoniowo — alkoholowej. I have spoken. Jeszcze jedno: pijak
przestający pić nie powinien stanowczo pozwolić sobie nawet na tzw.
„kieliszeczek winka” ani na „małe
piwko”
lub „porterek”. Koniec — szlus. Sam
piekielnie lubię piwo tylko dla jego smaku, ale zaznaczam, że raz
szklanka porteru była przyczyną upadku autora po czternastomiesięcznej
zupełnej abstynencji. Tylko prawdziwy tytan woli może sobie pozwolić na
smakowe
przyjemnostki na tle napojów wyskokowych. Jest to pochyłość,
po której można zjechać łatwo na samo „dno
nędzy”, mając już w tym kierunku pewne predyspozycje, dlatego
że każdy łyk nie tylko rozsmakowuje do dalszych (nawet przy wstręcie do
samego
smaku wódy, jak to jest np. u autora), ale świadomość
niestety staje się coraz mniejsza:
następuje odhamowanie, specyficzny nastrój
„ostatniego razu”, tak przyjemny dla
schizoidów, którzy lubią żyć w zawieszeniu między
zamiarem a wykonaniem, między wstrętem a pożądaniem, na samej granicy
spełnienia się najistotniejszych pragnień. Co innego te
„pyknisie” — ale i tym to dobrze nie
zrobi. A propos: pewien krytyk mojej powieści narzekał na zbyt wielką
ilość terminów psychiatrycznych, których używam.
Otóż myślałem, że zdołam go (i innych też) zainteresować
rzeczami, których nie znają,
a poznać by powinni. Jest dla mnie skandalem, że dotąd wspaniałe,
epokowe dzieło
Kretschmera Korperbau und Charakter nie zostało, jak i wiele innych
cennych książek,
przetłumaczone na polski język. Rosjanie mają natychmiast wszystko, co
jest wartościowym na świecie, w swoim własnym języku. Jest to coś, co
doprowadzić może do ostatniej cholery, jeśli ktoś powinien coś
wiedzieć, a jest ostatnim nieukiem, jak większość
naszej inte — i pseudointeligencji.
Otóż mały wykład teorii Kretschmera na zakończenie. (Uwaga:
niektórzy zarzucają
jej, że nie obejmuje, wszystkich typów, że jest niedokładna
itp. i odrzucają ją zupełnie.
Jest to pierwszy krok na drodze do klasyfikacji i gdyby zawsze wszyscy
byli tak wymagający, toby ludzkość nie zrobiła ani kroku
naprzód. Ale nasi inteligenci są bardzo wymagający, tylko
nie od siebie. Uczcie się, a potem gadajcie, ile chcecie. Za mądre
artykuły, za mądre sztuki, za mądre powieści. Wszystko dla nich za
mądre, bo nie chcą się niczego nauczyć, psie — krwie. Weźcie
pod uwagę ilość popularyzujących dzieł w Niemczech. Tam byle robociarz
wie więcej od naszego niejednego filaru krytyki. A tym ciągłym
obniżaniem poziomu do gustów przeciętnej publiczności danego
okresu wychowujecie pokolenia kretynów, dla
których i Dzikuska będzie za mądra. Co się dzieje z naszą
literaturą i teatrem — to skandal. Ja nie przedstawiam siebie
bynajmniej za ostateczny ideał mędrca, ale mogę powiedzieć, że zrobiłem
nieomal wszystko, aby się na
możliwie najwyższym poziomie umysłowym utrzymać. A tego nie mogą
powiedzieć
niektóre tzw. „filary”. Możliwe, że moja
filozofia okaże się w pewnych punktach błędna.
Rzeczowa krytyka to wyjaśni. Ale nawet w błędnych rozwiązaniach
zagadnień ludzi piszących choćby tylko z pewnym zrozumieniem istoty
zasadniczych problemów filozofii mogą znaleźć się możliwości
prawdziwych odkryć dla innych, którzy potrafią znaleźć
wyjście z zaznaczonych przez tamtych trudności.).
Otóż tezy Kretschmera są następujące: ludzkość dzieli się
zasadniczo na dwa typy,
których psychika jest ściśle związana z budową ciała. Każdy
typ ma swoje dwa nieomal
przeciwne bieguny. To na razie dla ogólnikowej klasyfikacji
zupełnie wystarczy. (Druga
teza Kretschmera jest następująca: szpital wariatów uważa on
za szkło powiększające, przez które patrzeć można na
społeczeństwo normalnych ludzi, widząc tam wszystkie typy ludzkie
rozwinięte w ich ostatecznych możliwościach, aż do zupełnej
karykatury.) A więc są: astenicy, — długa, łodygowata szyja,
profil trójkątny, pierś zapadnięta, duże kończyny, grube
kości i wiązania, budowa szczupła. Typ psychiczny — schizoid;
w ostatecznym rozwoju — schizofrenia: rozszczepienie jaźni
— oddzielenie się od
życia; rozdwojenie; przeciwne pragnienia. Fanatyzm, formalizm. Typy
biegunowe: przeczulenie i obojętność. Artyści, twórcy
religii, ludzie nie zadowoleni, nienasyceni, metafizycy, wielka
różnorodność. Krótkie spięcia. Nagłe zmiany
nastrojów. Bezwzględność.
Zamknięcie w sobie. Brak silnych uczuć.
Pyknicy: krótkie szyje, głowa nisko osadzona w kierunku
piersi, grubi, tędzy, cienkie
przeguby, małe kończyny, profile dobrze wyrobione. Typ psychiczny
— cykloid; w ostatecznym rozwoju — cyklotemia:
psychoza cyrkularna od manii do melancholii i na powrót.
Biznesmani, organizatorzy, ludzie dążący do kompromisów,
pogodzenia sprzeczności. Pogoda ducha. Stosunek do życia otwarty.
„Dusza na razpaszku” itp. Bieguny:
maniak podniecony i melancholik. Usposobienie długofaliste —
zmienność łagodna
o długich okresach. Wielkie radości i wielkie smutki. Uczuciowość. Do
tego dochodzą
jeszcze typy: atletyczny i dysplastyczny i kombinacje ich z
poprzednimi.
Może niezupełnie dokładnie streszczam. Raz czytałem tę książkę, ale
będę czytał jeszcze. Książka ta daje zupełnie nowe ustosunkowanie się
do siebie i do drugich. Powinna
być czytana absolutnie przez wszystkich. Może tylko jedynie muzycy,
jako tacy, mogą
z niej nic nie skorzystać, ale w życiu i im się przydać może.
KOKAINA
Zdaje się, że chyba jednym z najgorszych świństw spomiędzy tzw.
„białych obłędów”, czyli
narkotyków „wyższego rzędu”, jest
kokaina. Nie będę opisywał tu przyjemnych skutków tego jadu,
ponieważ opis takowych znajdzie czytelnik niestety w powieści mojej pod
tytułem Pożegnanie jesieni, która doczekała się z tego
powodu krytyki
aż w „Wiadomościach Farmaceutycznych”, czym nie
każdy, „młody” do tego, autor poszczycić się może.
Niech nikt nie myśli, że lekceważę tu ten dział wiedzy — sam
w dzieciństwie, kiedy zajmowałem się chemią, marzyłem o zawodzie
aptekarskim i dotąd jeszcze pozostała we mnie utajona sympatia do
przedstawicieli tego fachu.Ale tym niemniej
jest w tym jakaś odrobina niezupełnie „tak znowu”
analitycznie zrozumiałego humoru. Otóż w artykule drukowanym
w wyżej wspomnianym organie pod tytułem Rośliny
prorocze i nowy narkotyk roślinny, peyotl profesor farmakognozji
Uniwersytetu
Wileńskiego, dr Muszyński, w te odezwał się słowa: „Miast
opisywać własnymi słowami
działanie kokainy, pozwolę sobie zacytować wyjątki z jednej z
najnowszych powieści polskich Stanisława Witkiewicza (czemu bez
Ignacego? Poza tym muszę dodać, że
w innym języku, jak w polskim powieści nie pisałem.) pod tytułem
Pożegnanie jesieni
— 1927. Nie jestem krytykiem literackim (chwała Bogu!) i nie
mogę opiniować o war-
tości tego utworu, jeśli jednak chodzi (komu?) o moje wrażenia
osobiste, to nazwałbym
ją powieścią plugawą. Nie wspomniałbym również o niej, by
nie wzbudzać niezdrowej
ciekawości, gdyby nie to, że jest to jedyna znana mi powieść polska, w
której odmalowane są z niezwykłą precyzją wrażenia
kokainomana. Oto treść jednego z rozdziałów
tej powieści: Anastazy Bazakbal bierze udział w orgii kokainowej,
poprzedzonej orgią
alkoholową, u swego przyjaciela hr. Łohojskiego i przeżywa takie
wrażenia...” Tu następuje trzydziestoczterowierszowy dosłowny
cytat z mojej powieści. (Nawiasy w cytacie
z prof. Muszyńskiego są moje.) Czemu prof. Muszyński nie zacytował
jakiej powieści
„zagranicznej”, chociażby we własnym swym
przekładzie — nie wiem. W każdym razie
decyduje się nawet obudzić „niezdrową ciekawość” w
czytelniku za cenę możności zacytowania mojego opisu wizji świata
początkującego kokainisty. Gwarantuje to chyba
dobroć tego opisu. Nie jestem farmakologiem i fizjologiem, ale zgadzam
się z opinią
prof. Muszyńskiego — opis jest dobry. Jeśli nie krępował się
żadnymi względami w odesłaniu czytelników do mojej powieści
prof. Muszyński, mogę nie krępować się i ja sam,
tym bardziej że po opisie „sztucznego raju” tam
zamieszczonym następuje dokładny
wykaz złych skutków przebywania w tym raju, o
którym to ustępie prof. Muszyński zapomniał, a
który może odstraszyć niejednego od próbowania
otwarcia złudnych sezamów „białego
obłędu”. Przepraszam, że babrzę się tak długo w tym
problemie, ale nie
wiem, czemu fakt skrytykowania przez prof. Muszyńskiego mojej powieści
(niestety
niezmiernie mało tego było) jest dla mnie przed., miotem dzikiej wprost
rozkoszy.
A więc muszę jeszcze dodać, że początkowe wrażenia od kokainy są złudne
i że następnie nie wypełnia ona tych obietnic, które robi.
Możliwe, że jak twierdzą niektórzy,
długie używanie jej, które w 95% kończy się paskudnymi
męczącymi wizjami, zupełną
ruiną, obłędem i samobójstwem, daje coś innego. Jednak nie
życzę nikomu próbować
tego procederu na podstawie skutków nałogowego kokainizmu,
które obserwowałem
na paru moich znajomych. Zażyć na próbę może człowiek
wyjątkowo odporny na nałogi (do jakich, wbrew opinii, muszę zaliczyć
siebie samego), i to człowiek, któremu
to coś dać może w innych wymiarach, artystycznych np. Ale
próbowanie tego niebezpiecznego środka dla zabawy uważam za
wielką lekkomyślność, a ludzi, którzy użyczają
go niepowołanym i powiedziałbym „niegodnym” tej
próby, mam za szaleńców. Niestety
człowiek zakokainowany (jak każdy zresztą nałogowiec, przypomnijmy
sobie te ohydne
„gwałcenia” na „jeszcze jedną
wódeczkę”, to zawzięte częstowanie się
„papierosikami”)
ma skłonność do podnoszenia wszystkich na poziom jego
„paradis artificiel”. I to może
popełnić ktoś, który na samą myśl tę na trzeźwo wzdrygać się
będzie ze wstrętu i oburzenia. A jest tak dlatego, że: 1. pewne chwile
kokainowego odurzenia są rzeczywiście
bardzo przyjemne i bez żadnej chęci demonicznego szkodzenia komuś można
chcieć
mu to wątpliwe dobro wyświadczyć i 2. kokaina paraliżuje wszelkie
ośrodki hamujące, zmuszając często do czynów,
które nazywają się nieobyczajnymi, a którego to
terminu używa prof. Muszyński w znaczeniu
„niezwykły”. Oczywiście nie dowodzi to, że ja
byłem zgwałcony pod kokainą przez jakiegoś hrabiego — w
ogóle nie tylko przez hrabiego, ale w ogóle,
powtarzam, zgwałcony nie byłem, jako że wbrew opinii do homoseksualizmu
mam wstręt nieprzezwyciężony. Ale przez dziwną intuicję opisałem tę
scenę
w powieści, kiedy w normalnym stanie nic w sobie homoseksualnego nie
mający osobnik daje się uwieść człowiekowi o wrodzonej inwersji. Jak mi
mówił potem pewien mój
znajomy, znający monografię o kokainie Meyera, są tam cytowane realne
wypadki tego
rodzaju, o których nigdy nic nie słyszałem.
Niebezpieczeństwo kokainy polega nie tyle na przyjemnościach,
których dostarcza, co na nieproporcjonalnie przykrzejszej
reakcji, która po jej używaniu następuje.
Twierdzę, że ludzie, którzy stają się nałogowcami, nie
starają się przy następnych użyciach tej ohydnej trucizny
„dostąpić” znowu ekstazy, nieosiągalnej już zresztą
w pierwotnej formie, tylko chcą za jaką bądź cenę usunąć gniotącą ich
„glątwę”. Kokaina ma zdolność stwarzania depresji
tak realnej, że żadnym sposobem nie można sobie wytłumaczyć jej
pochodzenia i przez to jej unieszkodliwić. Jeszcze przy
„glątwie” alkoholowej jest to w pewnym stopniu
możliwe. Można odróżnić realne nieprzyjemności,
które
znacznie się wtedy potęgują, od samego tła rozpaczy i pesymizmu
ogólnego, który jest
wynikiem ubocznych skutków nadużycia narkotyku. Z kokainą
nie udaje się to rozróżnienie: jest się w samym centrum
ohydy świata i istnienia w ogóle. Nic nie jest w stanie
przekonać o tym nieszczęsnego „glątwiarza”, że
ostatecznie w wyjątkowych tylko
wypadkach życie jest jednym wielkim pasmem udręczeń. Najdrobniejsze
przeciwności urastają do rozmiarów nieprzezwyciężonych
zwałów niepowodzeń, małe przykrości stają się prawdziwymi
nieszczęściami, a cień teraźniejszości tak zohydzonej i zdeformowanej
pada na całą przeszłość, czyniąc z niej serię potwornych pomyłek i
bezsensownych cierpień, myśl zaś o przyszłości w tym oświetleniu,
raczej zaciemnieniu, staje
się torturą nie — do — wytrzymania. Stan jest
wybitnie samobójczy. Odwartościowanie
rzeczy, które dotąd stanowiły jedyny cel życia,
uobrzydliwienie nawet najszlachetniejszych zajęć i rozrywek,
zgangrenowanie samego rdzenia istoty ludzkiej — oto zwykły
kompleks wrażeń składających kokainową „glątwę”. O
ile podczas trwania działania jadu, na skutek osłabienia wszelkich
wrażeń ujemnych, wszystko wydaje się łatwym
do spełnienia, a każde najdrobniejsze wrażenie (od sęka w ścianie
począwszy do dzieł
sztuki) przesycone jest jakąś niesamowitą doskonałością,
którą w normalnym stanie
posiadają tylko wyjątkowo udane układy artystyczne czy życiowe, o tyle
potem następuje (i to często przy potęgowaniu dawek trucizny podczas
tego samego okresu zatrucia) nagłe przekręcenie wszystkich wartości
dodatnich na ujemne, tylko w niesłychanie
wyolbrzymionej proporcji. Ten stan rzeczy narzuca się z siłą tak
straszliwą; że mowy
nie ma o wytłomaczeniu go sobie jako czegoś chwilowego — jest
to prawdziwy światopogląd o takiej logice struktury, wskutek
zaatakowania absolutnie wszystkich sfer psychiki, wszystkich uczuć i
zainteresowań, że walka z tym zdaje się być czymś nadludzkim, a wobec
metafizycznej wprost konsekwencji tego gmachu ohydy logicznie
bezsensownym. Albo wgryźć się w ziemię, albo kropnąć nową dawkę jadu
— oto dwa jedyne możliwe wyjścia. Można ominąć je kolosalną
dawką bromu czy czegoś podobnego i ocknąć się w stanie dalekim od
pogody ducha i radości życia, ale w każdym razie
znośnym: stanie szarej codzienności — coś jakby
nastrój w poczekalni jakiegoś urzędu
czy stacji kolejowej: czeka się przynajmniej na coś, a to już jest
wiele. Kokainowa „glątwa” wyklucza nawet
oczekiwanie: zasadniczym motywem stanu tego jest chęć jak najszybszego
zakończenia potwornego nonsensu, jakim jest życie. Jeśli wyobrazimy
sobie
teraz taki stan, spotęgowany do siły ostatecznej, przypuśćmy, po kilku
miesiącach używania towarzystwa „białej
wróżki”, to możemy na podstawie tych danych po
jednorazowych zatruciach wyobrazić sobie w przybliżeniu, co się dzieje
w duszy nałogowego kokainisty, chcącego uwolnić się od bezecnego
przyzwyczajenia. Poza tym wyobrażeniem nie jestem w stanie podać
żadnych danych więcej, ponieważ, jak to już wspomniałem,
dwa razy tylko pozwoliłem sobie na eksperyment
„dwudniówki” i nigdy bym więcej
na to, jak i na jednorazowe zresztą użycie „śniegu”
sobie nie pozwolił, mimo iż muszę
skonstatować, że w rysunkach robionych pod wpływem kokainy w małych,
dziecinnych
wprost z punktu widzenia nałogowego narkomana, dawkach — i to
zawsze w kombinacji z dużymi stosunkowo dawkami alkoholu —
dokonałem pewnych rzeczy, których
bym w normalnym stanie nie dokonał. Jeśli się jednak weźmie pod uwagę
te szalone
spustoszenia umysłowe, które wywołuje nałogowy kokainizm,
rzecz jest niewarta po
prostu funta kłaków. Chyba że ktoś uzna, że pewien charakter
kreski w rysunku lub że
pewna, nie dająca się inaczej dokonać deformacja twarzy ludzkiej czy
harmonia barw
lub układ całości jest dla niego czymś naprawdę najważniejszym, bez
czego życie jego
jest istotnie diabła warte. Ale myślę, że coraz mniej jest
osobników, nawet między artystami, którzy by w
ten sposób myśleli. Ja, który byłem do pewnego
stopnia idealnie
w tym kierunku predysponowanym, przezwyciężyłem ten światopogląd
„artystycznego
zatracenia się w życiu” i to powinno być ostrzeżeniem dla
młodych ludzi, których może
skusić tego gatunku
„usprawiedliwianie”„białych
obłędów”.Lepiej nie wykonać pewnej
ilości pewnego gatunku zdeformowanych bohomazów niż zatracić
to, co jest w dzisiejszym człowieku jeszcze najistotniejszego, to jest
prawidłowo funkcjonujący intelekt. Bo
pod tym względem kokaina jest jeszcze większą złudą niż alkohol. Nie
tylko nie stwarza
rzeczy nowych, ale nawet nie wywołuje nowych wartościowych połączeń
elementów
w istocie znanych. Przeciwnie — pod pozorami objawień
przedstawia naiwnie zachwyconemu „śmiałkowi” rzeczy
dawno dokonane, a nawet pogrzebane, tylko odświeżone,
uszminkowane, wystrojone w skombinowane stare łachmany i fatałaszki,
udające nowe,
specjalnie dla nich stworzone suknie. Bo nawet strojów
nowych nie jest w stanie stworzyć piekielna „fee
blanche”. Niszcząc wszelką kontrolę, nie dając żadnych
naprawdę nowych stanów i ujęć metafizycznych, zmusza tylko
omamionego, aby podziwiał jako cud
niebywały najgłupszą i najpospolitszą rzeczywistość. Nie odmawiam tu
wartości jedynej naszej rzeczywistości
świata,stworzeń,przedmiotów i nas samych.Ale chodzi o
wybór — są przecież jakieś kryteria wartościowania
w stanie normalnym. Kokaina odejmuje możność sądu, pojmowania
różnic i zmniejsza zdolność wartościowania: niszczy wszelkie
kryteria. Zostajemy bezbronni i naiwni jak kretyni (nie jak dzieci) i
podziwiamy kilka godzin jakąś plamkę na obrusie jako najwyższą piękność
świata, aby
potem być rzuconymi na pastwę najstraszliwszych zwątpień w samą esencję
Istnienia
i najpiękniejszego, najwznioślejszego życia. Z daleka tylko słyszymy w
bezsilnej wściekłości piekielny chichot „białej
wróżki”, szydzącej z nas i wabiącej nas do jeszcze
dalszych orgii w jej piekielnym towarzystwie. Nie dać się temu
— choćby za cenę porządnego otrucia bromem czy innym
ratowniczym świństwem w tym rodzaju, nie dać się
i zapomnieć na zawsze — a nade wszystko nie dać się skusić na
ten pierwszy raz. Zbyt
drogo to można okupić.
PEYOTL
Teraz czeka mnie zadanie specjalnie trudne: nie być fałszywie
zrozumianym, co przy
wyjątkowym stanowisku, które muszę zająć w stosunku do
peyotlu, jest bardzo możliwe. Mogę być posądzonym o to, że odsądziwszy
od czci i wiary trzy wyżej opisane jady,
chcę udowodnić, że jedynie godnym używania jest właśnie ten czwarty i
że uratowałem się od trzech nałogów przy pomocy oddania się
innemu. Ludzie są bardzo sceptyczni na ten temat i poniekąd mają rację.
Kiedy przy pomocy peyotlu przestałem zupełnie pić na czas dłuższy
(około półtora roku), a w ogóle nie
wróciłem już — przed definitywnym wyrzeczeniem się
alkoholu i innych trucizn, których przeważnie dla
eksperymentów rysunkowych sporadycznie używałem (eukodal,
harmina, czyli syntetyczna
banisteryna Mercka, lub tak zwane ya — yoo, eter i meskalina,
syntetycznie otrzymany
jeden z pięciu składników peyotlu) — do dawek
alkoholu, których używałem przedtem,
otóż w tym okresie spotykałem się często z następującymi
powiedzeniami, w których
zawierała się wątpliwość w zaprzestanie picia i innych
procederów, o których nałogowość byłem
najniesłuszniej posądzany: a więc mówiono mi: „oto
wyrzekłeś się picia,
aby wpaść w nałogowy peyotlizm”, albo: „ho, ho,
więc to tak: z deszczu pod rynnę” itp.,
itp. Otóż przede wszystkim: nie ma prawie na świecie całym
nałogowych peyotlistów. Są
podobno w Meksyku nieliczne, wyjątkowe zdegenerowane indywidua,
które żują stale
tzw. „mescal — buttons”, czyli kawałki
suszonego peyotlu. Są to ostatnie wyrzutki spośród ginących
niestety szczepów czerwonej rasy, bardzo nieliczne i
widocznie tak do
upadku predestynowane, że nawet peyotl, do którego
przyzwyczajenie się jest niesłychanie trudnym, uczynić mogły swoim
nałogiem.
Nie będę tu powtarzał rzeczy, które każdy znaleźć może w
specjalnej literaturze
naukowej, zaczynając od dzieła dr Aleksandra Rouhier Peyotl, la plant e
qui fait les
yeux emerveilles, aż do ostatnich badań prof. Kurta Beringera nad
syntetyczną meskaliną Mercka pod tytułem Meskalinrausch. Opowiem tylko
o moich osobistych doświadczeniach z peyotlem, który uważam
za obsolutnie nieszkodliwy przy sporadycznym używaniu, a dający poza
niebywałymi wizjami wzrokowymi tak głębokie wejrzenie w ukryte pokłady
psychiki i tak zniechęcający do wszelkich innych narkotyków,
a przede wszystkim do alkoholu, że na tle prawie absolutnej niemożności
przyzwyczajenia się doń powinien być używany we wszystkich sanatoriach,
gdzie leczą wszelkiego rodzaju nałogowców. Zaznaczę tylko na
dowód niemożności przyzwyczajenia się
do peyotlu, że Indianie meksykańscy używający tej rośliny, czczonej
przez nich jako
Bóstwo Światła, od tysięcy lat nie zażywają jej inaczej, jak
w czasie religijnych uroczystości, które razem ze zbiorem
kaktusa w pustyni — wyprawa przeciąga się czasem do
paru tygodni — trwają niecałe dwa miesiące, przy czym nie
można na jej czcicielach
stwierdzić jakichkolwiek skutków szkodliwych, jak to ma
miejsce np. u peruwiańskich
czcicieli koki, której żucie wywołuje zupełnie regularny
kokainizm i tak moralną, jak
i fizyczną degenerację.
Oczywiście, od czasu kiedy posłyszałem o peyotlu i wizjach,
które wywołuje, marzeniem moim było spróbowanie
cudownego drogu. Niestety uważany był w Europie
za rzadkość tak wielką, że nigdy nie miałem nadziei dostąpienia tej
łaski. Opowiadanie
o wizjach uważałem oczywiście za przesadzone, jak każdy,
który nie mając pojęcia
o peyotlu, słucha nawet tego, który osobiście przeżył
nieporównaną chwilę oglądania na własne oczy innego nie
współmiernego z naszą rzeczywistością świata, z
niedowierzaniem, a nawet z posądzaniem na dnie już nie o przesadę, ale
po prostu o blagę.
Dodać należy, że o „umoralniającym” działaniu
„świętej” (w każdym razie dla Indian)
rośliny nie wiedziałem nic i nic poza broszurką Czciciele św. Kaktusa,
o niej nie czytałem. Wszystko co nastąpiło było piekielną wprost
niespodzianką.
Dostałem maksymalną dawkę peyotlu: siedem piguł wielkości grochu,
zupełnie
nieoczekiwanie od p. Prospera Szmurły za co do końca życia będę miał
dla niego niczym nie dającą się wyrazić wdzięczność. A trzeba dodać, że
był to oryginalny peyotl
meksykański, pochodzący z niewielkiego zapasu dr Osty, prezesa
Międzynarodowego
Towarzystwa dla Badań Metapsychicznych. Preparaty, które
dostawałem następnie od
dr Rouhier, wydobyte z kaktusów hodowanych zdaje się na Cote
d’Azur, nie dorównują
mu co do zdolności wywoływania wizji, a przewyższają znacznie co do
skutków ujemnych. Z powodu pewnych zajęć nie mogłem zażyć
tajemniczych pigułek tego samego
dnia i przeżyłem dwadzieścia cztery godziny w naprężeniu nerwowym,
graniczącym
z gorączką, tym bardziej że p. Szmurło opowiedział mi pobieżnie o
swoich wizjach nie
zachwalając ich jednak zbytnio. Ale nawet jego opowiadania uważałem za
lekką „koloryzację”. Znane są przesadzone
opowiadania o snach u ludzi, nie mających nic wspólnego z
rzeczywistą blagą — przyparci do muru odwołują czasami wiele
znaczących
szczegółów. Ale sen to dla niektórych
coś nic wspólnego nie mające z rzeczywistością
życia. Inaczej twierdzi Freud, dla którego nawet zmiany
czynione w snach przez opowiadającego są wyrazem istotnych
stosunków panujących w warstwach podświadomych. Twierdzę, że
to samo stosuje się do wizji peyotlowych, które ukazać mogą
człowiekowi to co sam przed sobą starannie ukryć się stara. Opiszę
wizje z maksymalną do-
kładnością, a zamiast deformować odpowiednio rzeczy zbyt osobiste,
opuszczę je zupełnie.
Pierwszą dawkę dwie pigułki. zażyłem o godzinie szóstej
wieczorem. Ponieważ nic
nie czytałem o objawach wywołanych działaniem peyotlu miałem zupełnie
czysty
obraz całego przebiegu zjawiska, bez najmniejszej autosugestii. Około
pół godziny po
pierwszej dawce, tuż przed zażyciem następnej, doznałem uczucia
lekkiego podniecenia — coś jakby po dwóch
kieliszkach wódki albo po małej dozie kokainy. Uważałem to
podniecenie za zdenerwowanie wskutek oczekiwania mających nadejść
wizji. Okazało
się później że był to już objaw peyotlowy. Przez cały czas:
męczyła mnie obawa przed
torsjami — bałem się utracić drogocenny preparat zanim zdąży
wessać się w krew. Na
szczęście tak się nie stało. Mogę powiedzieć że siłą woli pokonałem
nudności ze strachu przed zmarnowaniem jedynej ostatniej dawki peyotlu,
na którą zupełnie przypadkowo natrafiłem. Pozasłaniałem
szczelnie okna ponieważ światło zaczęło mnie
z lekka razić i przechadzałem się po pokoju odczuwając przyjemne
ogłupienie i lekkość. Zmęczenie po trzech seansach portretowych
zniknęło zupełnie. O godz. 6.50 zażywam trzecią dawkę i kładę się na
łóżku z obawy przed torsjami. Samopoczucie dziwne. Bez
rezultatu oczekuję na wizje i z nudów, nie mając istotnej
potrzeby, zapalam papierosa. Ale po paru pociągnięciach rzucam go ze
wstrętem. Od tej chwili aż do piątej
po południu następnego dnia nie paliłem bez żadnego wysiłku odczuwając
obrzydzenie i pogardę dla papierosów. O 7.20 wstałem już z
pewnym trudem i zażyłem ostatnią
siódmą pigułkę. Bezwład i zniechęcenie. Puls osłabiony i
rzadki z normalnych osiemdziesięciu kilku spadł na siedemdziesiąt.
Samopoczucie coraz gorsze. źrenice rozszerzone. Wypiłem filiżankę kawy
i leżę. Jak tylko próbuję się podnieść czuję się dość
fatalnie: zawrót głowy nudności i dziwne poczucie własnego
ciała — jakby nie było zupełnie tożsame ze sobą i z lekka
rozluźnione. Muszę zaznaczyć. że nigdy prawie (dwa razy
może i to bardzo słabo) nie miewałem tzw.
„hipnagogów” to jest przedsennych wizji
przy zamkniętych oczach co jest zresztą zjawiskiem u bardzo wielu ludzi
dość częstym,
nieomal codziennym. Czuję coś w rodzaju spotęgowania wyobraźni ale nie
mogę jeszcze nazwać — tego wizjami. Są to obrazy płaskie
— coś w rodzaju widzeń hipnagogicznych. Wiry jakby z cienkich
drucików, jasne na ciemnym tle, czasem z lekka tęczowo
zabarwione. Z początku płaskie — potem zaczęły powoli
dostawać trzeciego wymiaru,
rozkręcając się to ku mnie, to ode mnie, w przestrzeni czarnej,
która z płaskiego normalnego tła, które się widzi
zwykle przy zamkniętych oczach, staje się głęboka i ruchoma, nawet
wtedy, gdy nie widać na niej wcale drucikowatych wirów
— jest taka niewiadomym sposobem, sama w sobie mimo że się w
niej nic nie zmienia. Zjawisko to
jest tak nikłe i subtelne, że trudno je zanalizować w czasie jego
trwania, a następnie
trudno odtworzyć ten paradoksalny stan rzeczy w pamięci — wie
się, że tak było i koniec — nic na ten temat więcej nie da
się powiedzieć. Hipnagogiczne obrazy potężnieją, ale ciągle jeszcze nie
uważam ich za wizje we właściwym tego słowa znaczeniu,
którego naprawdę nie znam — ale wyobrażam sobie,
że musi to być coś zupełnie innego,
bardziej realnego.
Godzina 8.20 — Zaczynają się pojawiać coraz wyraźniejsze
obrazy, ale prawie bezbarwne, występujące zaledwie z czarnego tła.
Przypomina to przekopiowane i wyblakłe
następnie odbitki fotograficzne z niedoeksponowanych klisz. Ktoś ubrany
w szeroko
rondowy kapelusz z czarnego aksamitu wychyla się z włoskiego balkonu i
przemawia
do tłumu na dole. Skąd wiem, że ten balkon jest włoski, nie mogę pojąć,
ale wiem — to
wystarcza. W ogóle charakterystyczną rzeczą przy wizjach
peyotlowych jest fakt podpowiadania jakby przez jakiś tajemny głos,
wychodzący z jakichś „piwnic jaźni”, znaczenia
widzianych obrazów i uzupełniania tego, czego w samym
obrazie nawet śladu
nie ma. Ale to zjawisko wystąpiło u mnie tylko na początku uwyraźnienia
się hipnagogów, a następnie czasami, prawie w pełni
działania preparatu dr Rouhier, który działał o wiele
słabiej, jak to już zaznaczyłem. Wtedy miałem dziwne wrażenie,
szczególniej na początku seansu, że wiem o widzeniu rzeczy,
których właściwie nie widzę, ale
tym niemniej mógłbym dokładnie je opisać, tak jakbym je
widział rzeczywiście. Jest to
jedno z tych wrażeń peyotlowych, które niezmiernie trudno
wyrazić słowami i jeszcze
trudniej dać do zrozumienia czytelnikowi, o co właściwie chodzi.
Podobnie rzecz się
ma z psychopatycznymi stanami przy zażyciu czystej meskaliny,
które opiszę później.
Peyotlowe sensacje i dziwniejsze wizje — bo są
„niektóre zupełnie realistyczne — są
tak trudne do zrekonstruowania, jak niektóre sny, w
których nie wiadomo, o co chodzi
i co się dzieje i których żadnymi porównaniami
nawet w przybliżeniu ująć nie można,
a mimo to, szczególnie zaraz po obudzeniu się —
uczuciowo jakby — ma się zupełnie
dokładne o ich treści pojęcie. Obrazy łączą się w dziwne sploty z
uczuciami muskularnymi, z czuciami wewnętrznych organów i
tak powstaje nie dająca się rozplątać całość,
o niesłychanie subtelnym nastroju ogólnym, która
wymyka się wszelkiej analizie i rozsypuje się w gruzy, w nieokreślony
chaos przy najmniejszym wysiłku w celu jej skonsolidowania. W
ogóle między normalnymi hipnagogami i snem a peyotlową wizją
jest
ścisły związek — ten sam materiał podświadomy jest tu i tam
symbolicznie opracowany. Tylko że peyotl odznacza się wyraźnymi
czterema stadiami w całym przebiegu
transu, które u wszystkich prawie są jednakowe, a następnie
daje pewne specyficzne bogactwo widzenia w związku z artystyczną,
dekoracyjną stroną rzeczy, która ma przeważnie cechy
podobieństwa z wielkimi stylami sztuki minionych epok.W tym leży
niedocieczona dotąd tajemnica, co do której pewne, dość
fantastyczne zresztą przypuszczenia przedstawię później.
Domysły te powstały w czasie samego transu, kiedy przygnieciony wprost
nawałem i przepychem wizji, starałem się w stanie oszołomienia nie
tyle psychicznego, co wzrokowego wytłomaczyć sobie choć w przybliżeniu,
czemu to
właśnie widzę, a nie co innego. Hipoteza moja konstatuje jednak raczej
specyficzność
peyotlowego widzenia, a nie tłumaczy jego istoty, która
wątpię, aby kiedykolwiek zbadaną być mogła. Fizjologia i toksykologia
będą tu absolutnie bezsilne, aż po krańce naszego istnienia, a
psychologia będzie mogła podać tylko teorię związków
zjawisk, ale
nigdy nie wytłumaczy ich pochodzenia i istoty.
Samopoczucie trochę lepsze, ale gdy wstałem, zawołany do telefonu,
poczułem się
dość „głupio”. Na brzegach mebli i drzwi widzę
świetliste obwódki czerwone i fioletowe, ale ani mnie to
cieszy, ani dziwi. W tej chwili, zbłądziwszy w podwórzu i
wszedłszy przez tylne schody, wchodzi do przedpokoju nieoczekiwanie i z
nieoczekiwanej
strony p. Szmurło w pelerynie. Wrażenie jest spotęgowane —
doznaję lekkiego przerażenia, jakbym zobaczył widmo, ale mija to szybko
— kładę się znowu i czuję się gorzej.
Puls spada z siedemdziesięciu trzech na sześćdziesiąt kilka i jest
bardzo słaby, nitkowaty. Czuję się tak, jakbym miał ochotę umrzeć, i
mówię to panu Szmurle, który twierdzi,
że przykre te subiektywne wrażenia są zupełnie nieniebezpieczne.
Pojawiają się zjawy
zwierzęce, morskie potwory, jakiś jakby znany mi brodacz. Wszystkiego
tego nie uważam jeszcze za wizje właściwe — oczekuję jakiegoś
cudu i „robię wyrzuty peyotlowi”,
że daje zbyt przykre wrażenia fizyczne za zbyt małą cenę. Jeśli to mają
być te osławione
wizje, to wolałbym nic nie zażywać i jeść w tej chwili dobrą kolację
zamiast mieć ochotę
na torsje i puls zredukowany jak się zdaje tylko do stopnia
koniecznego, aby w ogóle
żyć. Na tle tych spotęgowanych hipnagogów przesuwają się
czasem smugi kolorów:
czerwony, fiolet, niebieski i cytrynowo żółty. Są one jakby
w innej płaszczyźnie niż widzialne postacie — trochę bliżej i
pochodzą „z innego widzialnego świata”. Czuję
stanowczo szalone spotęgowanie wyobraźni, ale jeszcze nic znowu tak aż
nadzwyczajnego. Kiedy otwieram oczy — bo trzeba nadmienić, że
rzadko widzi się coś przy oczach
otwartych — świat jest prawie normalny. Tylko jakby jakaś
lekka deformacja i to samej
przestrzeni, a nie przedmiotów i pewna
„niesamowitość rzeczywistości”, słabo
przypominająca stan zatrucia kokainą. Tylko o ile alkohol i kokainę
zaliczyć można do jadów
realistycznych — potęgują świat nie dając nastroju
niesamowitości — o tyle peyotl nazwałbym narkotykiem
— metafizycznym, dającym poczucie — dziwności
Istnienia,
którego w stanie normalnym doznajemy niezmiernie rzadko
— w chwilach samotności w górach, późno
w nocy, w okresach wielkiego umysłowego przemęczenia, czasem
na widok rzeczy bardzo pięknych lub przy słuchaniu muzyki, o ile nie
jest to po prostu normalnym wrażeniem metafizyczno —
artystycznym, pochodzącym od pojmowania bezpośrednio samej Czystej
Formy dzieła sztuki. Ale wtedy ma to inny charakter:
nie jest przerażeniem nad dziwnością bytu, tylko raczej łagodnym
usprawiedliwieniem
metafizycznej jej konieczności.
9.30 — Chęć zapomnienia o rzeczywistości. Rozmowa —
przyciszona zresztą
— między p. Szmurło a moją żoną męczy mnie. Kiedy p. Szmurło
pochylił się cicho
nade mną, chcąc zbadać, czy mam rozszerzone źrenice, i ujrzałem nagle
jego twarz tuż
przy mojej, wydał mi się jakimś dziwnie spotworniałym i nieomal
odepchnąłem go od
siebie. Wszystko co działo się dotąd, odbywało się jakby przed jakąś
kurtyną. Później
dopiero dowiedziałem się o tym, zażywając peyotl kilka razy. Zjawisko
to powtarzało
się zawsze, ale wtedy nic nie wiedziałem jeszcze, że kurtyna odsłoni
się. Nareszcie stało się. A wszystko zaczęło się od małego złotego
posążka faunowatego Belzebuba! Skąd
wiedziałem, że to Belzebub, nie wiem i nigdy się nie dowiem. Tajemny
głos mówił tytuły obrazów, które
gdybym w normalnym stanie widział, nigdy bym się ich znaczenia nie
domyślił. Ale — zapomniałem: pierwsze poczucie tego, że to
już jest wizja, przyszło a propos obrazka, który wytworzył
się w sposób ciągły z drucikowatych wirów,
powtarzających się stale w przerwach między zjawami
potworów. Druciki zaczęły się
konsolidować w przedmioty: powstały z nich pióropusze,
które zmieniły się w drzewa.
Wśród nich również z zupełną ciągłością
przetwarzania się kształtów jednych w drugie,
która odtąd — trwała przez cały czas seansu,
powstały stylizowane, zrobione z tęczowych już teraz wyraźnie
drucików na ciemnym tle strusie. Te zmieniły się w
plesiosaury i przez chwilę nieruchomy obraz trwał zasadniczo
niezmiennie. Plesiosaury
poruszały szyjami nad jakąś sadzawką, a wokół chwiały się
strusio — ogoniaste krzewy. Powiedziałem głośno:
„Teraz mam, zdaje się, pierwszą wizję.” Zacząłem
dyktować
mojej żonie treść niektórych obrazów, aby je
zapamiętać wśród straszliwego wzrokowego zamięszania,
które się odtąd zaczęło i trwało 11 (jedenaście!) godzin z
krótkimi
przerwami, gdy otwierałem oczy, aby odpocząć, coś zjeść lub narysować.
A więc wracając do Belzebuba; nagle rozdarła się zasłona, „le
grand rideau du peyotl s’est dechire”
(koniecznie po francusku) i z ciemności wychyliła się ku mnie pierwsza
wizja realna. To
nie były już żadne hipnagogi, żadne płaskurki i złudy: to była nowa
rzeczywistość. I do
tego to poczucie, że teraz jestem zdany na łaskę i niełaskę narkotyku,
że choćbym nie
wiem, co zrobił, nie powstrzymam tego prądu dziwacznych zdarzeń,
który był przede
mną w przyszłości. Chyba siedzieć całą noc z otwartymi oczami. Ale i
to, jak się przekonałem później; niewiele by pomogło, gdyż
przy wpatrywaniu się rzeczywistość codzienna też deformuje się, i to w
sposób tak przerażający, że z ulgą wraca się do
„świata
zamkniętych oczu”, bo właśnie to zamknięcie daje nam pewną,
ale nie całkowitą jednak
pewność co do jego nierealności. Chociaż i to zawodzi. Mają rację
Indianie twierdząc,
że kto niegodny ośmieli się zażyć peyotlu, nie oczyściwszy się
wprzód ze swych grzechów, strasznie może być
ukarany. Sprawdziło się to na mnie. Nie powinienem był tego
robić, a właśnie na kilka dni przed peyotlowym świętem upiłem się i
zażyłem przeklęte
„coco”.„Masz za swoje — teraz
skacz!”Z początku niby nic.Ale co się działo potem! Nie
wszystko będę mógł opisać — nie tylko ze względu
na siebie samego, ale i na czytelników. A chcę, aby ta
książka mogła być czytana przez wszystkich. Nie wiem tylko, czy
zdołam „przelać” w czytającego te słowa całe piękno
i całą okropność tego, co widziałem. Co innego jest fikcja w powieści,
a co innego rzeczywistość. Z fikcją nie robi się
ceremonii — można „walić na całego” i
zawsze jest za mało. Przynajmniej moim zdaniem — bo są
ludzie, którzy skarzą się na intensywność stylu w
Literaturze: wolą kaszkę
na mleku niż abisyńskie suki prażone żywcem na bringhauserach i
podlewane sokiem
ya — yoo. Ale mnie się zdaje, że każdy powinien pisać jak
najintensywniej, na ile go tylko stać, i to tak samo w subtelnościach,
jak i w brutalnościach. Nie twierdzę bynajmniej, że „zły
język” (bad language w znaczeniu angielskim: ordynarny,
świński i brutalny) jest warunkiem dobrej literatury. Jedni muszą tak
pisać, inni mogą tego sposobu nie
używać. Chodzi o natężenie tak w anielstwie, jak i w diabelstwie
— a tego brak jest naszej literaturze. Ach, dosyć dygresji
— tego też nie lubią niektórzy, a dla mnie
dygresje
to czasem cały smak powieści — chodzi oczywiście o ich
intelektualny poziom. A więc
Belzebub... Nigdy nie zapomnę tego piekielnego wrażenia, gdy będąc
zupełnie zdrowym
na umyśle (z chwilą kiedy nie patrzyłem na rzeczywisty świat, nie było
we mnie prawie śladu niesamowitości, tej „etrangete de la
realite”, o której pisze Rouhier) i gdy zdawałem
sobie dokładnie sprawę z tego, że mam silnie zamknięte oczy, zobaczyłem
o jaki
metr ode mnie małą rzeźbę ze szczerego złota (aż czułem jej ciężar) tak
wycyzelowaną, wyrobioną, wy — passez moi
l’expression grotesque — pichconą (wyrażenie
pewnych malarzy na „wylizanie”), że zdawała się być
dziełem jakiegoś naprawdę belzebubicznego zminiaturzałego Donatella nie
z tego świata albo jakiegoś zeuropeizowanego
Chińczyka, który całe życie swoje strawił na wykucie tej
jednej jedynej rzeczy. Cud stał
się.„Widzę to,widzę to”— powtarzałem
sobie w myśli.Ile czasu trwała ta chwila szczęścia (bo jednak te
pierwsze „razy” to są zawsze najlepsze, to nie ma
co gadać: potem
są rzeczy większe, potężniejsze, wszystko jest rozwinięte, wykończone,
ale to już nie to
— ten smak nie da się już nigdy zreprodukować) —
nie wiem. Ale potem przekonałem
się, jak złudna jest ocena trwania podczas peyotlowych wizji. Nazwałem
to w „języku
peyotlowym” — „spuchnięciem
czasu”. Bo trzeba jeszcze zauważyć, że peyotl, może
wskutek chęci ujęcia w słowa tego, co się ująć nie da, stwarza
neologizmy pojęciowe
sobie tylko właściwe i zdania nagina w ich składni do swoich
straszliwych wymiarów
niesamowitości (świetny wyraz i będę go właśnie w tym znaczeniu używał,
choćby stu
profesorów powiesiło się na własnych kiszkach —
język jest rzeczą żywą, gdyby zawsze uważano go za mumię i myślano, że
nic w nim zmienić nie wolno, to ładnie wyglądałaby literatura, poezja,
a nawet to kochane i przeklęte życie). A może ta chęć tworzenia nowych
kombinacji znaczeniowych to jest owo słynne „schizofreniczne
przesunięcie” — Schizophrenische Verschiebung, o
którym pisze Beringer a propos meskaliny
Mercka. (Merck to jednak piekielne jest nazwisko dla tych,
którzy zadawali się z białymi
jadami. A propos — ekstrakt peyotlowy jest czarno —
brunatno — zielony jak asfalt
zmięszany z gęsimi ekskrementami i ma smak wstrętny: gorzki, ostry i
przy tym rzygliwy.) Podobno nawet pyknicy doznają lekkiego schwiania w
kierunku schizofrenicznej psychostruktury — a cóż
dopiero mówić o prawdziwych „schyziach”
pod wpływem
peyotlu. Ale o tym później w związku z meskaliną.
I nagle („o cudzie wyższego rzędu!”, jak by
wykrzyknął poeta) — Belzebub ożył,
nie przestając być martwym złotym Belzebubem, uśmiechał się, strzygł
oczami i nawet kręcił głową. Mimo to dobrze wiedziałem, że to, co widzę
przed sobą, jest tylko kawałem szczerego złota. Są w wizjach
peyotlowych trzy gatunki przedmiotów: martwe, martwe
ożywione i stworzenia żywe. Te dzielą się na realne i fantastyczne
— realne mogą być: 1. znane, proste i 2. skombinowane ze
znanych elementów, w połączeniach nie odpowiadających żadnej
rzeczywistości. Fantastyczne „urągają” po prostu,
jak się to pisze (ale nigdy się niestety nie mówi), wszelkim
wysiłkom ich adekwatnego
opisu: pojmuje się je jedynie w chwili widzenia, a i to nie bardzo. Z
chwilą gdy znikną
z peyotlowej rzeczywistości, żadna siła nie potrafi ich zrekonstruować.
Spróbuję później dać mniej więcej przynajmniej
poznać, do jakiej kategorii mogą one należeć. Kto
tego typu stworów nie widział, ten nigdy nie potrafi ich
sobie odtworzyć. A do tego to
piekielne wprost wykończenie wykonania! Rzeczywistość peyotlowa robi
wrażenie naszej oglądanej przez mikroskop, oczywiście tylko co do
dokładności „odrobienia!”. Pole
widzenia jest początkowo małe — wizje zaczynają się mniej
więcej w jego środku. Ale
jeśli się nie otwiera oczu przez czas dłuższy, to pole rozszerza się i
czasem nawet prawie, — „obejmuje”
zapeyotlowanego tak, jak normalna rzeczywistość — zachodzi
bokami, a nawet daje dziwne specyficzne wrażenie: widzenia plecami.
Przy tym zaznaczyć
trzeba (koniecznie), że pole widzenia peyotlowe ma jednakową ostrość na
całej swojej
przestrzeni: nie ma w nim ostrego widzenia w punkcie rzucającym i coraz
bardziej rozwianego w miarę zbliżania się do krańców
— całe posiada ostrość najbliższego sąsiedztwa punktu
rzucającego przy zwykłym patrzeniu. Następnie muszę jeszcze zaznaczyć,
że to, co tu jest opisane, stanowi może — jedną dwutysięczną
całości wizji tej niezapomnianej dla mnie nocy. Prawie wszystko to,
czego nie zanotowałem w ciągu samego
transu, zginęło bezpowrotnie w szalonym nawale obrazów,
ciągle zmiennych i przechodzących jedne w drugie w sposób
nieuchwytny i nie znaczny, przy niebywałych jednocześnie kontrastach
obrazów między sobą.
Widzę wielki gmach z czerwonej cegły, zwrócony do mnie
kantem. Z każdej cegły
wyrasta jakaś twarz dziwaczna, karykaturalna. Twarze te potwornieją i
po chwili cały
gmach jest najeżony towarzystwem przypominającym gargule na Notre Dame
w Paryżu. Potworny Negr, którego czaszka powiększa się i
otwiera. Widzę mózg wewnątrz
— powstają na nim wrzody, które zjadają go z
szaloną szybkością. Całe lata procesu
tego widzę w sekundach. Z wrzodów zaczynają wytryskiwać
snopy iskier i po chwili
cały mózg i głowa Negra spalają się w kolorowych wytryskach
płomieni, jak niektóre
przyrządy do ogni sztucznych. Zjawy stają się coraz bardziej
nieprzyjemne. Ale nie odczuwam na razie żadnego strachu. Dzieje się to
w obecności mojej żony i p. Szmurło,
więc mimo dziwności przeżyć czuję się dość bezpiecznie. Objawy sercowe
ustępują, jako
też skłonność do torsji i osłabienie. P. Szmurło twierdzi, że w czasie
transu peyotlowego
bardzo łatwym jest poddanie sugestywne obrazów nawet ludziom
w ogóle niezdolnym
do podlegania sugestii.Wszystkie próby hipnozy i narzucenia
mi jakichś wyobrażeń czy
czynności były zawsze w normalnym stanie bezowocne. Zgadzam się z
wielkim zainteresowaniem na propozycję p. Szmurły, który
mówi mi, abym się przeniósł w wyobraźni
do Hadesu. Momentalnie widzę podziemie oświetlone w głębi purpurowym
blaskiem.
U sufitu skłębione czarno — zielone łby bawołów z
ogromnymi rogami — głowy bawole, a rogi jak u
wołów włoskich. Z tych łbów wyrastają powoli
ogromne nogi żabie,
które zwisają prawie aż do ziemi. Chwilami fikają dziko,
jakby wstrząsane elektrycznym
prądem, potem wciągają się znowu w łby u sufitu, jakby były zrobione z
protoplazmy. P.
Szmurło proponuje mi dla odmiany dno oceanu. Wizja następuje wprost
natychmiast
— u mnie, który nigdy, nawet z maksymalną dobrą
wole, nie mogłem się poddać najmniejszej sugestii wyobraźniowej, co
najwyżej pod wpływem nakazu najlepszych sugestionerów nie
mogłem otworzyć oczu lub musiałem wymawiać jedno i to samo słowo
w odpowiedzi na wszelkie pytania. Jestem wśród zielonkawej
wody. Widzę cień rekina
nad głową, a potem jego samego przepływającego tuż nade mną, z brzuchem
odwróconym do mnie i ruszającą się górną szczęką.
Realność i dokładność widzenia jest nieporównanie większa
niż w rzeczywistości i niż w fantazji. Jeżeli to, co widzę, jest
syntezą i przeróbką obrazów widzianych jeśli nie
w rzeczywistości, to w kinie czy w jakichś
atlasach, to czym wytłomaczyć niesłychaną wyrazistość wizji peyotlowej,
jej trójwymiarową namacalność w stosunku do zawsze bardzo
lotnych, nikłych i nie dających się
wyobraźniowo nigdy, poza pewien stopień realności, spotęgować
obrazów pamięciowych i ich kombinacji. Na lewo ciemne skały,
pokryte czerwonymi ukwiałami i polipami. U ich stóp walczą
czarne głowonogi.
Godz. 10.00 — Ociężałość i ogłupienie. Pewna
„deformacja przestrzenna” przy
otwartych oczach.Walka rzeczy bezsensownych i nie dających się
określić.Szereg komnat, które zmieniają się w cyrk
podziemny.. Dziwne bydlęta pokazują się w lożach.
Towarzystwo mięszane — ludzko — zwierzęce jako
publiczność. Loże zmieniają się
w wanny, połączone z jakimiś dziwacznymi pisuarami w stylu
meksykańskim, azteckim. Chwilami poczucie dwóch warstw
widzialności: obrazy w głębi przeważnie czarno
— białe, na ich tle przepływające ukośnie pasy zgniłej
czerwieni i brudnego cytrynowożółtego. W wizjach przeważają
potwory lądowe i morskie i straszne mordy ludzkie.
Żyrafy, których szyje i głowy zamieniają się w węże
wyrastające z żyrafowatych korpusów. Baran z nosem flaminga,
ze zwieszającym się różowym flaczkiem. Z tego barana
powyłaziły okularniki — w ogóle cały rozlazł się
na masę węży. Foka na plaży — pejzaż
morski zupełnie realistyczny, słoneczny. Morda foki staje się
„twarzą” perkoza dwuczubego (jak się w
ogóle mówi o ptakach? Morda, pysk, gęba
— wszystko wydaje się nieodpowiednie), wyrastają jej czarne
czuby na łbie. Po czym z tej uptasionej foki w sposób
ciągły powstaje Hiszpan, jakby z obrazu Velasqueza, w kapeluszu z
ogromnymi czarnymi piórami. Te wszystkie wizje są wielkości
„naturalnej” albo nawet jakby trochę pomniejszone.
Pierwsza wizja „brobdignagiczna”, jak nazywa
widzenie o powiększonych
rozmiarach dr Rouhier, w przeciwieństwie do
„liliputycznych”, w wymiarach
miniaturowych.Olbrzymia,„bezimienna
paszcza”.(Wyrazy lub zdania w cudzysłowach są cytowane
dosłownie z protokołu seansu, który pisałem sam w przerwach
od wizji. Raczej
przerywałem wizje sam, otwierając oczy, ponieważ bałem się, że w
natłoku zjaw zapomnę o tych, o które specjalnie mi
chodziło.) Paszcza jest tak olbrzymia, że nie mieści mi
się cała w polu widzenia. Pęka i drze się w strzępy.
Przekrój ziemi, ale ustawiony prostopadle do poziomu. Widzę
warstwy najrozmaitszych kolorów i niesłychanie bujną, jakby
tropikalną roślinność. Znowu walka „bez. przedmiotowych
potworów” — staram się na
próżno zapamiętać ich kształty zmieniające się co chwila. Są
one maszynowate, ale
żywe.Wyciory,cylindry,rodzaj karykatur maszyn i lokomotyw,zmięszanych w
jedno ze
spotworniałymi owadami w rodzaju koników polnych, szarańczy
i modliszek. Maszyny
porosłe włosami. Cylindry stalowe olbrzymie, kręcące się z szaloną
szybkością, porosłe
w pewnych miejscach niesłychanie delikatnym, rdzawym futerkiem. Maszyny
potężnieją i zamieniają się w potwornej wielkości turbiny,
które tajemny głos nazywa „moto-
rem centrum świata”. Szybkość obrotu jest wprost niepojęta.
Nie rozumiem, czemu
mimo tej szybkości widzę wszystko wyraźnie. Chcę, żeby
„turbina świata” szła wolniej.
Pojawiają się hamulczyki zrobione z tego cudownie delikatnego ryżego
futerka i olbrzymie wały stalowe pod wpływem tarcia o nie zwalniają
powoli, tak że mogę dokładnie
obserwować ich dziwnie prostą, a przy tym potężną maszynerię. Są to
„brobdignagi”
wymiarów nieomal astronomicznych. Nie mogę zdać sobie sprawy
z odległości, z jakiej
je oglądam. Pojawia się pejzaż górski, wulkaniczny. Oglądam
go jakby z aeroplanu.
Kratery zioną czerwonym, nie świecącym ogniem. Ich brzegi zaczynają się
wyginać
i wykręcać i nagle widzę, że to nie są w ogóle wulkany i
kratery, tylko olbrzymie ryby
sterczące głowami do góry. Są teraz zielone, a ich czerwone
paszcze cmokają i mlaskają,
a wyłupiaste oczy łypią na wszystkie strony.W ogóle łypiące
ze wszystkich stron oczy są
zasadniczą cechą peyotlowych wizji, a ich spojrzenia są tak szatańsko
spotęgowane, że
żadne oczy żadnych ziemskich stworów nie są w stanie, nawet
w najwyższym natężeniu
najdzikszych pasji czy napięcia myślowego, dorównać im co do
potęgi wyrazu. Cała
skala uczuć, od najsubtelniejszych do najpotworniejszych, ale jakże
dziko spotęgowana.
Uplastycznienie wyrazu od anielskich twarzy aż do mord przeokropnych
doprowadzone jest do ostatecznych granic możliwości. Peyotlowe oczy
zdają się pękać od niewyrażalnego żaru skondensowanych w nich, jak w
jakichś piekielnych pigułkach, uczuć
i myśli. Przestają one być martwymi gałkami, poza obrotami i wykrętami,
[w] których
— cały wyraz jest przecie tylko w oprawie i jej zmianach
— przez odwieczną konwencję widzimy niby psychiczną
rzeczywistość tajemniczej, niezgłębialnej osobowości. To
są prawdziwe „zwierciadła duszy” —
zwierciadła piekielne, którymi łudzi nas demon
peyotlu, wmawiając w nas, że może i w życiu możliwym jest poznanie
obcej psychiki,
stopienie się z nią w jedność w żarach jakiejś straszliwej miłości, w
której naprawdę
ciało z duchem stanowi absolutną jedność, choćby za cenę unicestwienia.
I dobra jest przy tym ta aż dźwięcząca sobą cisza wizji stwarzanych
przez azteckiego Boga Światła
— cisza spotęgowana niewiarygodnym korowodem zdarzeń,
który w jej objęciach
przepływa przed nami w nicość.A jednak nicość ta nie jest zupełna.Coś
zostaje po peyotlowym transie niezniszczalnego, coś wyższego stwarza w
nas ten prąd widzeń, z których wszystkie prawie mają głębie
ukrytego w nich symbolizmu rzeczy najwyższych,
ostatecznych. I niech nikt nie myśli, że wychwalam tu nowy narkotyk,
niby wyrzekłszy
się tamtych, podobnych mu, tylko niższych w działaniu. Są to rzeczy
jakościowo różne
w duchowej skali, a nie tylko co do samej wartości obrazów
wzrokowych, poza tym już,
że stanowią pewien bezpośredni sposób widzenia siebie i
swoich przeznaczeń, dając po
jednorazowym użyciu drogowskazy na dalekie przestrzenie przyszłości.
A o przyzwyczajeniu się, w tym znaczeniu jak do innych
jadów, nie ma nawet mowy:
peyotl nie daje fizycznej, bydlęcej euforii, którą tamte
„białe wróżki” wciągają powoli do
swych zakazanych rajów, niszcząc przy tym wolę i
odwartościowując rzeczywisty świat
i życie, Peyotl jest fizycznie nieprzyjemny w swym działaniu: poza
krótkimi okresami
dość słabego „błogostanu” nie ma się do niego
żadnego „cielesnego” pociągu. Za to psychicznie,
ale nie w formie złudy i chwilowego omamienia, daje niezmiernie wiele i
to
zdaje się tylko za pierwszym razem lub przy rzadkim bardzo użyciu.
Znane są te pierwsze widzenia i jasnowidzenia, które przy
następnych próbach już się nigdy w tej sile, co
pierwotne zjawisko, nie powtórzyły. Ja sam zażywałem peyotl
kilka razy — za każdym
razem miałem wizje coraz słabsze, działanie wizyjne uświadamiające co
do siebie za następnymi próbami prawie żadne, a pociągu tego
prawdziwie narkotycznego nie uczułem nigdy. Zresztą zależało tu dużo co
do dwóch pierwszych punktów od wartości samego
preparatu. Ale począwszy od samego pierwszego razu nigdy nie chciało mi
się
peyotlu tak, jak czasem alkoholu lub niestety prawie całe życie
nikotyny. Może na podstawie tego, co dotąd opisałem, można by wątpić w
tę całą zachwalaną przeze mnie
„moralną” wartość peyotlu. Bo ostatecznie, że ktoś
widział kombinację modliszki z lokomotywą walczącą z wyciorem do lampy,
jakimś dziwnym cudem uhipopotamionym,
to jeszcze nic nie mówi o jego możliwościach moralnego
udoskonalenia. Postaram się
rzecz tę wyjaśnić nieco później. Na razie opiszę jeszcze
dalsze wizje. Boję się tylko, że
czytelnik będzie miał ich niedługo dość, tak jak ja gdzieś koło piątej
nad ranem, kiedy
błagałem niewiadome potęgi o to, aby zwiały z mego umęczonego
mózgu ten bezlitosny korowód potworów
i potwornych zdarzeń. P. Szmurło probuje ze mną jasnowidzenia. Zapytuje
mnie, co robi w tej chwili dr Tadeusz Sokołowski. Od razu widzę go
opartego o kominek, na którym stoją ozdobne chińskie wazy.
Przed nim pochylona na krześle siedzi kobieta, której twarzy
nie widzę. Szmurło telefonuje do Sokołowskiego — okazuje się,
że stał oparty o pianino i rozmawiał z siedzącą przed nim na krześle
kuzynką.
Rzeczywistość, ale w pewnej wariacji — podobnie jak
rzeczywistość widziana wprost
otwartymi oczami i zdeformowana przez nakładanie się na nią wizji
wewnętrznej. Po wyjściu p. Szmurły ogarnia mnie szalony apetyt
— cały dzień nie jadłem nic prawie,
stosując się do przepisów co do zażywania
„świętego ziela”. Wstaję i zabieram się do sałaty.
Ale odczuwam przy tym takie lenistwo i ruchy moje są tak powolne, że
zjedzenie
kilku pomidorów zajmuje mi przeszło pół godziny
czasu. Żując powoli jak krowa, rozwalony w fotelu, zamykam oczy i widzę
w tej samej prawie chwili brzeg jeziora, pokryty
tropikalną roślinnością.. Wiem, że to jest Afryka. Jako też pokazują
się na brzegu
Murzynki i rozpoczyna się kąpiel Wśród splątanej gęstwy
wyrasta powoli posąg bóstwa
w formie wieży śpiczastej, z obręczowym ornamentem. Posąg rusza oczami,
Murzynki
pluszczą się w błękitno — brudnej wodzie. Widząc to
jednocześnie zdaję sobie dokładnie sprawę, że siedzę w fotelu w moim
pokoju i żuję pomidory. To poczucie „zdrowia na
umyśle” i jednoczesności niewspółmiernych
światów jest jedną z największych rozkoszy peyotlowego
transu. Kładę się znowu. Na tle bezimiennych potworów
ukazuje się
olbrzymia oficerska lotnicza czapka, średnicy jakichś czterech
metrów. Czapka zmniejsza się i pod nią zarysowuje się
zupełnie realistycznie, w żółtym świetle, śmiejąca się
twarz pułkownika lotnictwa p. B., stojącego o trzy kroki ode mnie w
skórzanej kurtce.
Śmieje się, wydając jakieś rozkazy. Tu jasnowidzenie „omyliło
się” — p. B. robił o tej
porze niestety zupełnie co innego. Dalsze widzenia znajomych
osób, które wymuszałem
na sobie autosugestią, nie odpowiadały w ogóle
rzeczywistości, mimo szalonego realizmu obrazów. Jednak
przeważnie widziałem je leżące w łóżkach. Ale po sprawdzeniu
okazało się, że widziane szczegóły niezgodne były z
faktycznym stanem rzeczy.
Dalej będę prawie dosłownie cytował protokół wizji pisany w
przerwach przeze
mnie samego. A więc: na tle dzikich bezładnych splotów
„czegoś niewiadomego” wystąpiła wspaniała plaża. Po
niej wzdłuż morza jedzie mały Murzynek na bicyklu — nie na
rowerze, tylko na takiej dawnej machinie o jednym ogromnym, a drugim
małym kółku.
Murzynek zmienia się w śmiesznego pana z bródką. Wiezie on
na kolanach mnóstwo
zabawek, które powoli zmieniają się we wspaniale wykonane
azteckie rzeźby. Zaczynają
one wspinać się w górę po sznurowych drabinkach, łypiąc na
mnie oczami. Wykręcają
przy tym śmieszne głowy w moją stronę. Widzę je z tyłu. Albo z tego
powodu, że „przyjąłem” peyotl w stanie
„niegodnym”, albo dlatego że zbyt często zmuszałem
się siłą do
widzenia pewnych rzeczy, wizje często stawały się potworne z przewagą
najprzeróżniejszych gadów i kombinacji
erotycznych, przekraczających jako fantastyczność wszystko, co w sztuce
całego świata na ten temat wykonanym było. Nie mogę ze względu na
możliwą obrazę przyzwoitości wdawać się w szczegółową
analizę tych widzeń. Lubię
czasem oglądać potworności, ale tu peyotl przewyższył wszelkie moje
oczekiwania. Na
całe życie dość mam tej jednej nocy. Zdaje mi się, że mam dosyć
wyobraźni — jednak
gdybym tysiąc lat żył i co noc zmuszał się do wyobrażenia sobie
najdzikszych rzeczy,
na jakie mnie stać, nie wymyśliłbym jednej milionowej tego, co
widziałem tej nocy letniej. Zaznaczę tylko wizje, nie wdając się w
szczegółowe opisy. Zwracam uwagę, że pod wpływem peyotlu ma
się ochotę na neologizmy językowe. Pewien mój przyjaciel,
pod
względem mowy najnormalniejszy w świecie człowiek, tak określił w
transie swoje widzenia, nie mogąc dać sobie rady z ich przekraczającą
wszelkie normalne kombinacje słów dziwnością:
„Pajtrakały symforowe i końdzioł w trykrętnych
pordeljansach.”
Takich sformułowań stworzył wiele pewnej nocy, gdy sam leżał otoczony
widziadłami.
Pamiętam to jedno tylko. Cóż więc dziwnego, że ja,
który w normalnym czasie miewam
takie skłonności, też czasem musiałem stworzyć jakieś
słówko, aby uporać się z rozplątaniem i rozczłonkowaniem
piekielnego wiru stworów, który walił się na mnie
przez
całą noc z czeluści peyotlowych zaświatów.Widzę szereg
kobiecych organów płciowych
nadnaturalnej wielkości, z których wysypują się flaki i
żyjące robaki. Na końcu wyskakuje z nich zielony embrion wielkości san
— bernarda i fika kozły z niesłychaną uciechą. Cudownej
piękności morze, oświetlone jakimś hipersłońcem. Z boku
„połosate”
potwory ocierające się o siebie — coś w rodzaju
rekinów w kolorach: białym, czarnym
i pomarańczowym. Potem widzę ich przekroje, jakby ktoś w moich oczach
porżnął olbrzymie rekinowate salcesony niewyrażalnej piękności.
Mrówkojady kręcące się z zawrotną szybkością tyłem.
Kolczatki — wśród nich niesłychanie milutki gryzoń
w rodzaju białego stepowego skoczka, pokryty futerkiem o dwa razy
rozwidlających się włosach. Mimo szybkości przemian widzę to z
mikroskopijną dokładnością. Pani Z. — bardzo piękna kobieta,
przedstawia mi się w szalonej deformacji, jak na moich kompozycyjnych
portretach robionych pod wpływem narkotyków; ale mimo to nie
traci nic ze
swej normalnej piękności. Jest to niepojęty cud. Robi przy tym
filuterne oko, co na tle
ogólnego zniekształcenia twarzy stwarza niezmiernie komiczny
efekt.
12.10 — Puls siedemdziesiąt dwa. „Spuchnięcie
czasu” dochodzi do niemożliwych
rozmiarów. Przeżywam całe tygodnie w ciągu kilku minut.
Metalowe, złociste rzeźby
indyjskie, z inkrustowanymi drogimi kamieniami cudownych
kolorów ożywają i wykonują wspaniałe tańce, pełne
artystycznej logiki ruchów. Są to całe kompozycje taneczne,
których cienia nawet nie wymyśliłbym w normalnym stanie.
Piekielne przemiany
stylizowanych mord i pysków zwierzęcych, zakończone
wężowiskiem na Wielką Skalę
— całe kilometry przestrzeni rojące się od węży w cudownych
kolorach: zielonych, złotych, błękitnych i czerwonych.
Niektóre węże łączyły się po kilka naraz w fantastyczne
potwory. „Pramateria żabia” — kupa czegoś
żabiego, z pryszczami jak u ropuch, falująca, dysząca — z
niej łypały żabie oczy i chwilami wyłaniały się jak z roztopionej magmy
zastygające na chwilkę żabie kształty. Moja żona nie mogła już ze
zmęczenia zapisywać wizji i postanowiła pójść spać, ale na
kanapie w moim pokoju z obawy, żeby mi
się coś nie stało, ponieważ puls bywał jeszcze chwilami niewyraźny.
Przy wpatrywaniu się w jej twarz nastąpiły straszliwe deformacje, przy
czym reszta pola widzenia pozostawała zupełnie nie zmieniona. Zamknięte
oczy powiększały się niepomiernie, powieki pękały wreszcie ukazując
oczy wielkości kurzego jaja, łypiące straszliwie jak u gadzinowych
potworów, widzianych przy oczach zamkniętych. Nos zadarł
się, usta rozszerzyły się i z twarzy uśpionej powstała jakby okropna
karnawałowa maska, żywa i robiąca przeraźliwe miny. Dzbanek stojący w
drugim kącie pokoju ożył. Wypuścił białe
macki jak mątwa, ciągnące się ku mnie i wijące się w powietrzu. Z
dwóch czarnych pęknięć w białej emalii powstały oczy o
groźnym i wciągającym wyrazie, które wpatrzyły
się we mnie z jakimś niesamowitym uporem. Wolałem zamknąć oczy, bo
rzeczywistość
przy tym widziana nie była jednak tak przekonywająco realna, jak
zmieniające się prawdziwe przedmioty. Widzę łokieć z przyczepioną
tarczą herbową. Pojawia się człowieczo
— jaszczurcza ręka, żywa, ale zrobiona tak, jakby chińskie
„cloisonne” w kolorach: żółtym i
niebieskim. Tę rękę zdobywa całe mnóstwo rakowatych,
bezbarwnych potworków, odbarwiając ją przy tym całkowicie.
Zielone wężo — światy na brązowym tle,
które powoli przechodzą w chińskie smoki, stylizowane, a
jednak żywe...Miałem wrażenie. że upłynęły dnie, a był to kwadrans. Co
użyć można w tak krótkim czasie.”
12.30 — Rysuję na małych kartkach zwykłego papieru
ołówkiem, mimo wielkiego
lenistwa. Przemagam się, — aby było parę rysunków
markowanych „peyotl” dla paru
przyjaciół zbierających moje bardziej
„dzikie” wytwory. Rysunki bardzo skromne, ale
przedstawiające coś w rodzaju rzeczy widzianych w wizjach. Wykonanie
też inne niż
zwykle i pewna nieobliczalność tego, co ma się zamiar narysować. Ręka
porusza się automatycznie, czego w czasie działania żadnego ze znanych
mi dotąd narkotyków nie
doświadczałem.Ale szkoda czasu na rysowanie wobec tego,co się
widzi.„Jak wykonane
węże! Stylizacja i kolory. Perłowe tanki asyryjskich
królów.” Często przerywani wizje,
aby zapisywać, Tyle rzeczy ginie w tym wirze. Portret Juliusza Kossaka
przez Simmlera,
wiszący na przeciwległej ścianie, ożył, wystąpił z ramy i ruszał się.
Wracam do tamtego świata. „Te ilości kolorowych
gadów są potworne. Akrobatyka wyższa
((metafizyczna”) kameleonów. Że też one nie giną w
tych koziołkach.” Widać tu niejaką naiwność, ale świat wizji
jest tak przekonywający, że można wybaczyć nawet pewne zidiocenie wobec
niewiarygodnych zjawisk, które się ogląda.
„Główniaki na mózgu. Ruchome
masy gadów porcelanowych. Znowu widzę pułkownika B.
— olbrzymia kupa płynnych
świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się
przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na
niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z
piórkiem.” Wypiłem trochę wódki
„dla otrzeźwienia”. Zupełna pogarda dla
papierosów. Wódka była bez smaku, jak woda.
12.55 — Spróbuję nie pisać, tylko bardziej wżyć
się w tamten świat. Gaszę lampę na
próbę. Nie mogę wytrzymać, żeby nie zapisać:
„przekroje gadzinowych maszyn (oczywiście to zaledwie
cząstka). Wysiostrzanie się podwójnych rekinów na
bęcwałowiskach
wodnych.”
1.19 — Druga seria rysunków. Ryczę ze śmiechu.
Rysunki były dość humorystyczne, a podpisy pod nimi jeszcze bardziej.
Niestety rzeczy nie do zacytowania. „Łażę po pokoju i jem
słodycze. Rysunek karykaturalny przedstawiający moich
krewnych.”
Sprawdzić, co robili. Zamykam oczy na sekundę. Widzę zwierza za
rozbitymi pokrywami. Jakieś hiperbydlę włochate, miotające się
wśród skorup niedobitego jaja wielkości
kilku metrów. Przemiany zwierząt w ludzi w sposób
ciągły, ala fourchette.
1.28 — „Gaszę lampę i postanawiam nie zapisywać.
Nie mogę. Upłynęły wieki, a na
zegarze jest 1.37. [...] Hipergenitalia w kolorach rakowych, potem
sceny erotyczne nie
— do — opisania, a następnie obraz przedstawiający
symbolicznie rozkosz w postaci
walczących ze sobą potworków w kolorach rakowatych i
błękitnych. Czasem kobaltowe
oczka migały na jakichś pręcikach. Skończyło się na gadach.
1.40 — Puls sześćdziesiąt osiem. Mam dziwne wrażenie, że
zapisuje nie moja ręka,
tylko jakiś obcy przedmiot, którym nie wiadomo jak poruszam
na odległość. Zamykam
oczy przy zapalonej lampie. Pramateria z wężami. Zaczęło się od sceny z
Makbetem
z boku i od spodu, w szalonym spotęgowaniu. Olbrzymia siostra
miłosierdzia w przecięciu ze straszliwymi bebechami, widziana z dołu.
Trochę chce się palić, ale wstrzymuje
mnie od tego tajemny głos wewnętrzny. Wpatruję się w portret mojej żony
z lat dziecinnych, roboty Wojciecha Kossaka, wiszący nad
łóżkiem. Portret uśmiecha się, rusza
oczami, ale nie chce spojrzeć na mnie. Mam dosyć gadów! Foki
w morzu gęstym jak
maź. Całe serie płaskorzeźb brązowo — zielonych,
przedstawiających sceny peyotlowe
— wysoce artystyczne wykonanie. Klasztor w świetle
księżycowym, podminowany wężami, widziany od morza, nad
którym się unoszę. Potworny żywy organ kobiecy inkrustowany
w skały. W to wali fioletowy piorun i cały klasztor rozpada się w
gruzy.
1.52 — Zdaje się, że wizje słabną. Umyłem się jak zwykle, bez
większych trudności i kładę się do łóżka. Napad wesołości.
Prześladuje mnie pieśń (nie znana zresztą):
„kagda ja pierestanu kuszat’ pamidory!”
2.05 — Upłynęły wieki. Całe góry, światy i tabuny
wizji. Za dużo gadów. Ostatnia:
jaskinia zrobiona ze świń. Jestem w olbrzymiej ruchomej świni,
zrobionej z świniowatych tafelek. Narkotyki stwarzają style w sztuce i
architekturze. Chińczycy musieli znać
peyotl. Wszystkie smoki i całe Indie stąd. Wtajemniczeni = artyści.
Eine allgemeine
Peytltheorie — panpeyotlizm.”
Muzyka i gramofon z dołu psują powagę wizji. Czy zapalić. Chwilami były
czerwone
i niebieskie tańczące papierowe figurki.
2.15 — Wizja Augusta Zamoyskiego zwężonego (w tym znaczeniu,
że zamienia się
ona powoli w kupę węży żółtych w czarne paski). Potem widzę
go realistycznie, śpiącego na prawym brzucho — boku pod
czerwoną kołdrą. Ból głowy. Wizje szklanne,
a przy tym zbrodnicze. Hiperbatiary. Zbrodniarze szklanni w maskach
japońskich skradają się do willi pp. S. pod miastem i kuszą, aby iść z
nimi. Oczywiście odrzucam propozycje z oburzeniem. Początek
fantastycznego teatru rozwiewa się. Widzę Alcora —
podwójną gwiazdę z. Wielkiej Niedźwiedzicy, którą
widziałem przez lunetę. Powiększenie
jest olbrzymie. Wiem, że gwiazdy składające Alcora mają
obrót stosześćdziesięcioletni.
TU kręcą się bardzo szybko.
2.30 — Widzę mózg wariata, ale niepodobny do
mózgu, tylko raczej do ogromnej
wątroby. Powstają na nim wrzody bulgocące. Z każdego wyłazi co chwila
coś w rodzaju
czarnej jagody i patrzy — jest to właściwie oczko.
Mózg ten znajduje się w szponach
zielonego pterodaktyla (skrzydlaty jaszczur — praprzodek
ptaków), który ma głowę
wbitą po szyję w mięso. On to szponami wyciska pękające wrzody.
2.35 — Olbrzymia świątynia z czerwonego kamienia. Kolumny po
jakie dwa tysiące
metrów na tle szarego nieba. W dole czarny pyłek na
stopniach czerwonych schodów
— to jest cała ludzkość. Góry dokoła zmieniły się
w potworne żywe bebechy z różowego, przezroczystego
kamienia. Mają po kilkaset metrów długości. Z nich wytryska
mi
prosto w twarz fioletowa ciecz. Dotykowych halucynacji nie ma żadnych.
2.45 — Jem grahama z masłem z dzikim, zwierzęcym apetytem.
Wyglądam za firankę. Już jest prawie jasno. Kamienica naprzeciwko robi
na mnie bardzo przykre wrażenie.
Zdawało się, że rzeczywistości nie ma. Ograniczała się przynajmniej do
zamkniętego
pokoju. Trzeba będzie wrócić do realnego świata,
którego wielkość działa przygnębiająco. Widzę pp. S.
śpiących. Ponownie wizje miniaturowych twarzyczek. Myślę, że Janusz
Kotarbiński z jego charakterem kompozycji więcej by użył tego świata
niż np. Rafał
Malczewski lub ja. Ale w ogóle mam w tej chwili szaloną,
spotęgowaną pogardę dla realistycznego malarstwa, prawie wstręt
fizyczny, jak również do całej tak zwanej nowej
sztuki. Tylko wielkie style starożytne są dla mnie sympatyczne w tej
chwili lub co najwyżej prymitywi — reszta sztuki wydaje mi
się niegodną egzystencji tandetą.
2.53 — „Straszliwe bebechy, z których
wylewają się całe wodospady kolorowych cieczy.
2.58 — Pochód ze słoniami i perłowym (to znaczy
zrobionym z pereł) wielbłądem
w masce czarnej. Wspaniały w proporcjach. Szalony realizm. Podglądanie
i obejmowanie fantastycznych bebechów przez oczy na długich
szypułkach.” Ciekawym faktem jest
pojawienie się w wizjach rzeźb i architektur — dzieł sztuki
bezwzględnie mi obcych
z powodu braku poczucia u mnie trzeciego wymiaru. Mimo że w normalnej
świadomości nie potrafiłbym zrobić najmniejszego szkicu rzeźbiarskiego
czy architektonicznego (probowałem raz rzeźbić i raz zrobić projekt na
pomnik — były to rzeczy humorystyczne. Lepiej udawały mi się
szkice do architektury, ale również odznaczały się brakiem
inwencji i absolutną niekonstrukcyjnością), w wizjach widzę wspaniale
skomponowane budowle, i to nie tylko w stylach dawnych, ale jakby jakąś
architekturę przyszłości — kombinację dzisiejszego,
potwornego dla mnie stylu pudełkowego z elementami dawnej sztuki. 3.00
— „Człowieczek W rodzaju Micińskiego pędzący na
księżyc i jego przygody. Opadł na spadochronie ze sflaczałą głową.
Huśtawka elfów. (Numer komiczny.)
Zrogowaciałe genitalia królowej Saby w muzeum astralnym.
(Gdzieś szalenie wysoko
to oglądałem. Proporcje olbrzymie.)”
3.05 — Powiedziałem:„dosyć wizji”i
zgasiłem lampę.Nic z tego.Nastąpiły wizje trupio — erotyczne.
(Numer macabre.) Czaszka, która stała się płynna i spłynęła
po wypuczonym brzuchu. Było to tak ohydne, że czym prędzej zapaliłem
lampę. Erotyczny
deszcz spódniczkówatych kwiatów.
Uśmiechnięty brodacz w stylu Valois w olbrzymich
pyskach wolich zamknięty.
3.10 — Hades mego pomysłu. (Pomyślałem sobie: tamten Hades
narzucił mi Szmurło
— teraz ja zobaczę swój własny.) Była to jaskinia
szaro — żółta, z wylotem na również
tego koloru pustynię. W jaskini było widno. Piekielna nuda tego obrazu
przeraża mnie
dotąd. Na prawo stłoczona grupa nieśmiałych żółtych
kościotrupów, na lewo u sufitu
łopotały jak nietoperze, duszki skrzydlate, również
żółto — szare, półzwierzęce, jak
Caprichos Goyi. Zapisałem uwagę „panpeyotlową”:
„Goya musiał znać peyotl.”
3.30 — Męczące wizje. Walka centaurów przemieniła
się w walkę fantastycznych
genitalii. Konieczność wyrzeczenia się narkotyków, nawet w
formie eksperymentów
lub dla celów rysunkowych. Pewnego rodzaju
„nawrócenie się” życiowe. Bezwzględnie
wyższy poziom duchowy tego stanu w stosunku do całej przeszłości. Mimo
potworności wizji, które ukazują mi spotworniałe własne
błędy, czuję się w wyższym wymiarze ducha i mam wrażenie, że to będzie
trwałe. Olbrzymia czaszka, po której biegają czerwone
„kraby zbrodni”. Żłobią coś w ranach tej czaszki.
Po czym odpełzły bokiem, po krabiemu w ciemność, jakby uciekały przed
czymś. Skuropatwienie jastrzębia.
Cudownie mądre, jastrzębio — ludzkie oczy zgłupiały,
powieliły się i w ptasich głowach
uleciały za okrągły horyzont.
3.45 — Faraon podobny do mnie. Pochody i totemiczne obrzędy
— trochę jastrzębio
— gadzie. Niosą na olbrzymiej tarczy hiper —
jastrzębio — gada. Potem ulecenie tego
w postaci zwierzęcych duchów. Gady w płciowym splątaniu.
Perwersje szalone legwanów — zupełnie
realistycznie przedstawione.
3.50 — Numer realistyczny.Węże w pustynnych
źródłach.Znowu wizja tego samego
mózgu wątrobowego wariata w pewnym wariancie.
Potwór gadzi pterodaktylowaty
chlipiący ten mózg z głową zanurzoną wyjął głowę i popatrzył
na mnie drwiąco. Miał
grzbień jak dinosaurus i żółto świecące fosforyczne oczy.
Uśmiechnął się ironicznie zakrwawionym pyskiem. Otchłań płciowa z
hipopotamem włochatym „na blond”. W tym
okropne oczy. Czaszka pokrywa się sadzą — w tej sadzy
zawstydzone topazowe oczko.
To jest nikotyna. Pół czaszki oddziela się. Z oczodołu
wypełza wąż w tęczowych kolorach i patrzy na mnie czarnymi oczkami.
Jest pokryty piórkami kolibrzymi. To jest alkohol. Znowu
pół czaszki oddziela się i pokrywa się białym puchem
niezmiernie delikatnym.W puchu tym tkwią oczy kobiece błękitne
— cudownie piękne i mądre.U dołu
wyrasta mała rączka z białego zamszu z czarnymi kocimi pazurkami.
Rączka ta ściąga
i popuszcza białe lejce, które zachodzą mi na kark, ale bez
wrażeń dotykowych. To jest
kokaina.
3.58 — Najeżone pojęcia czyste w postaci kolców. Z
tych pojęć zamiast prawdy
(która stała obok sztucznie tyłem odwrócona, w
postaci brązowego posążku kobiecego
z wypiętym zadem) wyszło dziwne zwierzę, które zmieniło się
w dziką świnię.
4.05 — Narodziny brylantowego szczygła. Tęczowy taks
rozprysnął się w fajerwerk
czarno — różowych motyli na zgiętych
różowych patyczkach. Znowu pochody egipskie
i asyryjskie. Niewolnica kryjąca się za kolumną. Z tego potem wyrodziła
się cała historia pałacowej intrygi w obrazach, zatopiona następnie w
ohydnych, zatłuszczonych bebechach.
4.10 — Zobaczyłem obrazowo wszystkie moje wady i błędy.
4.15 — Przemiana kościotrupa w ciało eteryczne (brylantowe!).
Pochody zmięszane
— np. rococo z dzisiejszą epoką. Melanż stylów
piekielny na fantastycznych wyścigach. Trybuny widziane z dołu.
„Zakroczymskie międzykrocza.” Potrzeba wyrzeczenia
się — tylko za tę cenę można pokonać to wszystko. Indianie
mają rację, że peyotl karze
winnych. Trzecia seria rysunków. Chwilami chce się palić,
ale wstrzymanie się nie sprawia mi żadnego wysiłku.
4.10 — Lekki ból głowy z tyłu — jakby
wewnątrz było bełtające się metalowe jajo.
Uczucie, którego właściwie dotąd nie znałem. Raz tylko
bolała mnie głowa w życiu podczas tyfusu. Portret żony mimo wpatrywania
nie ożywia się. Straciłem władzę zmieniania przedmiotów.
Zmęczenie wizjami. Chęć snu bez wizji. Puls siedemdziesiąt dwa.
Rzeczywistość przy otwieraniu oczu coraz bardziej robi się normalna, a
nie niesamowita jak z początku. Wyginania przestrzeni —
Einstein w praktyce — zanikają powoli.
4.43 — Grube baby wiszące na linach na Hali Gąsienicowej.
Niezrozumiały symbolizm nawet w peyotlu.
4.55 — Chcę zobaczyć marszałka Piłsudskiego. Widzę go
siedzącego przy stole pokrytym zielonym suknem. Obok stoi pułkownik P.
żywy. Marszałek jest takim, jak na
fotografii — nie widziałem go od 1913 r. i nie mogę ożywić
jego wizji. Ma szary mundur i czerwoną wstęgę przez pierś. Lewe oko
wychodzi delikatnie z orbity i widzę je
w znacznym powiększeniu. Z tego oka wylatuje fioletowy meteor i
przeszywa mi głowę
bez bólu. Znajduję się na szalonej wysokości nad Polską i
widzę ziemię jak mapę. Ale
nie widząc morza, nie mogę zorientować tego obrazu co do południa i
północy. Meteor
pędzi pode mną. Uderza w jakieś miejsce poprzerzynane
różnokolorowymi polami.
Następuje wybuch, jak po werżnięciu się w ziemię granatu. Z dymiącego
leja wysypuje
się masa robaków żelaznych, — żółtych w
czarne prążki i zalewa powoli cały pejzaż
pode mną. Namyślam się, czy miejsce wybuchu — jest na
Ukrainie czy na Pomorzu. Nie mogę bez znajomości kierunków
rozstrzygnąć tego problemu, ale mam wrażenie, że to
Ukraina. Mimo że od wojny cierpię na zawrót głowy,
uniemożliwiający mi chodzenie
po szczytach, i mimo, że jestem na jakieś dwadzieścia
kilometrów nad ziemią, nie odczuwam nic podobnego.
5.00 — Tajemnicza historia „damy z
kresów” w obrazach. Żandarm, pop i staruszek
w „szlacheckim mundurze” (którego nigdy
na oczy nie widziałem). Feldmarszałkowie
angielscy jeden w stosowanym kapeluszu, drugi w mundurze kirasjera,
ciągną wśród
deszczu wóz z posągiem indyjskim. Ma to być kara. Gady.
Wszystkie gady zrodzone są
we mnie przez używanie alkoholu — tak mało tego było, a tyle
gadów!
5.04 — Narodziny potwora. Cudownie piękna blondynka z
niebieskimi oczami
— zawsze ten sam kobaltowy kolor — zawinięta w
futro. Nogi jej rozchylają się — ciało
tłuścieje, lśni i pęka — rodzi strasznego gada o głowie
okrągłej, z twarzą foki i kota,
zmięszanych z pewnym znajomym generałem: oczy wyłupiaste tego samego
koloru co
jej oczy, wąsy żółte, szczeciniaste. Potwór
pełznie ku mnie. Jest wesoły, ale tak straszny,
że gdy dotyka prawie wąsami mojej — twarzy, otwieram oczy z
krzykiem i (o...zgrozo
i o cudzie! — jak by wykrzyknął poeta) mimo to widzę z
szalonym przerażeniem tę
samą scenę na tle szafy.
5.08 — Ponura flota z olbrzymimi twarzami pod sterami. Mam
dosyć wizji.
5.11 — Gnijąca noga. But się rozpada. Wyłażą robaki
różowe, nieprzyzwoite i rosną
dalej, jak trawa do góry.
5.18 — Niesłychanej sympatyczności i ładności panienka
zmieniła się powoli w człapiącą, bańkowatą ohydę.
5.20 — Jestem chyba wcieleniem tatrzańskiego króla
wężów. Dolina Małej Łąki
w Tatrach w zimie. Jestem na nartach. Kiedy dostaję się na Przysłop
Miętusi, z przerażeniem spostrzegam, że stoję na grzbiecie olbrzymiego
szarego węża, grubości jakie sto
do stu pięćdziesięciu metrów, który ciągnie się
gdzieś aż spod Giewontu i spada ogonem w Dolinę Kościeliską.
5.25 — Jakiś przodek mojej żony, heretyk, widziany z profilu
— wciągnięty w kłębowisko wężów. Tarcza herbowa
wrosła w węża i rozlała się. Obok inna tarcza z lwem
rozkraczonym. (Numer snobistyczny.) W pokoju mimo firanek coraz jaśniej
od dziennego światła.
5.47 — Znowu całe masy wizji. Luksusowy gad w rodzaju
dinosaura. Mówię sobie:
gad „pour les princes”. Żółto
— zielony z karminem. Śmieje się do mnie. Słoneczny rycerz
pod szkłem, po wizji geograficznej z podwójnym wschodzącym
słońcem. Na bardzo zgrabnej nodze pusty pęcherz wypina się aż w
nieskończoność. Karykaturalne typy
męskie w kostiumach. Sprawa honorowa francuskich oficerów w
czerwonych kepi
z młodym, piekielnie przystojnym Rosjaninem z bródką. Taką
chytrą rzecz, jak malarstwo i rzeźbę mógł zrodzić tylko
peyotl. Muzyka mogła narodzić się sama, ale takie rzeczy, jak dawne
style w rzeźbie i architekturze nie mogły powstać bez wizji. Studnię z
potworami biało — czerwonymi w pustyni zasypał zmięszany
oddział Beduinów i Francuzów na perszeronach.
Owrzodziałe cyca generała Porzeczko. Nie znam takiego, a jednak
widziałem go nagiego do pasa. Sympatyczny zresztą brzuchacz.
Hydrocychnytina
— cuchnęcina moralna.
6.17 — Bez skutku zażywam walerianę. Sen nie przychodzi, bo
mimo zmęczenia
przeszkadzają ciągle coraz to nowe wizje. Niedopępie ziemskie na
stożku, obszczekane
przez latające, psie smoki. Ohydny gad, koloru bleu acier w czerwone
cętki, na dnie
płytkiej sadzaweczki — płaski jak raja,bez głowy.Wyrosły z
niego bardzo nieprzyjemne
węże. Tego gada i mózg wariata widziałem dwa razy
— jedyne wizje, które się powtórzyły.
Wieże znikające i olbrzymi żałobnik (motyl) oświetlony Słońcem Prawdy.
6.30 — Wypiłem resztę waleriany. Mam stanowczo dosyć wizji.
Cała brzydota naturalizmu (nie samej natury) wobec tego bogactwa form
jasna jak słońce. Nie dziwię się,
że dawni ludzie zamiast naśladować naturę stworzyli pod wpływem wizji
tak potężne
style.
6.38 — Jestem w Zakopanem na werandzie willi
„Zośka”.Pada ulewny deszcz.Widzę
liście drżące od spadających kropel i błoto na ulicy tak dokładnie,
jakbym tam był.
Peyotl nie pozwala mi jednak zaglądać przez okno. (Skonstatowałem
później, że tego
dnia rano rzeczywiście była ulewa.) Jestem w pokoju śpiącej p. X, ale
nie mogę jej obudzić.
7.15 — Franciszek I zamienia się we Władysława Orkana. Znowu
cudownie nieprzyzwoita, ale inna kobieta (nie ta blondyna poprzednia)
rodzi potworka ptasiego, który
wyłaniając się w niej pije wodę z kałuży, podnosząc głowę do
góry. Ohydny akt płciowy
z mnóstwem gadów. Strach przed światłem. Stan
trochę nienormalny co do wrażeń
przestrzennych, ale zresztą takie zmęczenie mogłoby być i po normalnie
nie przespanej
nocy w wagonie, bez żadnych ekstrawagancji.
8.15 — Zamierające wizje z tęczowych drucików, jak
na początku seansu. Śniadanie,
mycie się. O dziesiątej kładę się spać i mam jeszcze resztki wizji.
Spałem do dwunastej.
Stan normalny, tylko lekkie ogłupienie i dezorientacja w przestrzeni.
Do wieczora źrenice miałem rozszerzone. Puls normalny. O piątej po
południu zapaliłem bez wielkiej
przyjemności pierwszego papierosa.
Na następnych seansach z preparatem dr Rouhier miałem zjawiska podobne,
tylko
o wiele słabsze. Również wizje meskalinowe nie
dorównywały działaniu oryginalnego
meksykańskiego peyotlu. Kaktus zawiera pięć alkaloidów
(między nimi meskalinę),
których proporcja najkorzystniejsza dla działania wizyjnego
zależy od wieku rośliny
i klimatu, w którym dojrzewa. Oprócz meskaliny
dwa z alkaloidów peyotlu mają działania centralne. To zdaje
się być przyczyną, że doświadczenia z samą meskaliną, przynajmniej
robione na mnie, który znam działanie preparatu
oryginalnego, dały rezultaty o wiele poniżej mego pierwszego spotkania
się z peyotlem. Poza tym niektórzy twierdzą, że żaden
syntetyczny preparat nie jest w stanie zastąpić naturalnego, chociażby
w chemicznej strukturze nie można zauważyć między nimi żadnych
różnic. Wiadomo,
co się dziś wyrabia z pierwiastkami, cóż więc
mówić o skomplikowanych połączeniach.
Jeśli chodzi nie o same wizje, tylko o zmiany w psychice w
ogóle, to meskalina okazała
się o wiele potężniejszą niż ekstrakt peyotlowy w obu wyżej
wspomnianych gatunkach.
Niestety ci, którzy próbowali meskaliny razem ze
mną, nie znali preparatu meksykańskiego i brak jest materiału dla
porównania obu działań na większej ilości
wypadków.
W każdym razie po tamtej niezapomnianej dla mnie nocy powiedziałem
sobie: „Teraz
mogę umrzeć spokojnie, bo widziałem tamten świat.” Nigdy bym
tego nie powiedział
o meskalinie. A więc co do mnie działanie jej było następujące: zamiast
zwolnionego
tętna — przyśpieszone aż do stu trzydziestu,
ogólny stan fizyczny fatalny: zawrót głowy,
osłabienie w nogach; psychiczny: nieprzytomność chwilami dość znaczna,
zanik poczucia rzeczywistości, euforia i podniecenie na przemian z
niepokojem, depresją i nieokreślonym strachem. Schizofreniczne
rozszczepienie graniczące chwilami z lekkim bzikiem. Nieswojość swojej
osoby, obcość ciała, poczucie, że wszystko jest nie to. Za to rysowanie
automatyczne dość precyzyjne — charakter rysunków
bezwzględnie inny niż
przy alkoholu i innych narkotykach, zbliżony do marki peyotlowej.
Deformacje rzeczywistości przy wpatrywaniu się w ciemnym pokoju bardzo
znaczne.
Ale co do samych wizji, to nie przekraczały one u mnie drugiego
stadium: szkice do
wizji prawdziwych zrobione przeważnie z kolorowych drucików
i ledwo zarysowujące
się, precyzyjne wprawdzie w wykonaniu, ale słabo kolorowe pyski,
bydlęta dziwne (lew
zrobiony z pereł, który wypiął się na mnie jak mandryl),
architektury, miasta, maszyny
itp., ale wszystko nie przechodzące w wymiar zupełnej realności, jak
przy peyotlu prawdziwym. Ale inni, którzy probowali
meskaliny, „chwalą ją sobie bardzo”. Nie znają
nieszczęśni tamtego... Dr B., specjalnie wrażliwy na najmniejsze dawki
peyotlu nr 2, ma-
jący codziennie prawie hipnagogi bez żadnych narkotyków, już
po 0,3 meskaliny (maksymalna dawka 0,5 w dwóch porcjach co
godzinę) doznał wrażeń zupełnie niezwykłych
i nie notowanych w książce Beringera. Poza tym, że miał pierwszorzędne
wizje, z których niektóre namalował olejno, i
poza rozdwojeniem osobowości, podobnym do opisanego w książce Rouhiera
— widział swoją drugą osobę jako świecący kryształ w
odległości paru kilometrów — przerobiono z nim
eksperyment następujący: zawiązano
mu starannie oczy, po czym wykonywano przed nim w odległości paru
kroków pewne
ruchy. Dr B. powtarzał dokładnie wszystkie ruchy, tylko na:
odwrót. Kładziono mu na
czoło monetę: zawsze poznawał, którą stroną leży. Kiedy mu
położono złoty zegarek,
zobaczył orła. Sam właściciel zegarka nie wiedział, że na kopercie
wewnętrznej jest wyryty orzełek. Inni doznawali wrażeń rozdwojenia,
obcości własnego ciała, dochodzącej prawie do tego stopnia,
który osiągnąłem ja po peyotlu nr 1 w stosunku do własnej
ręki,
Zaznaczyć trzeba, że czysta meskalina nie wywołuje objawów
przyzwyczajenia, podobnie jak sam peyotl.
Jeśli chodzi o działanie moralne, to uważam, że peyotl, a może i czysta
meskalina
powinny być stosowane u nałogowych narkomanów w okresach
odzwyczajania się
od trucizn. W czasie działania oba specyfiki wywołują ostry wstręt do
alkoholu i tytoniu — tak fizyczny, jak i moralny. Wstręt ten
trwa dłuższy czas po przeminięciu transu
i może być zużytkowany nawet przy jednorazowym użyciu jako podstawa do
zaprzestania całkowitego. Trzeba odróżnić narkomana nie
mogącego przestać się narkotyzować od nie chcącego tego uczynić.
Pierwszy stan jest oczywiście wynikiem drugiego.
Do wyjścia z tego ostatniego może znakomicie pomóc peyotl
— może zaszczepić niechęć do danego narkotyku, o co w
pierwszych stadiach jest tak trudno. Chęć leczenia
się (tylko niestety nie u alkoholików — u tych
chęć ta jest wyjątkiem) występuje zwykle
wtedy, gdy na „domowe środki” jest za
późno, a w większości wypadków sanatoryjne
leczenie jest niemożliwe. Oczywiście do wszystkiego można się
przyzwyczaić, nawet do
aspiryny i oleju rycynowego. Jeśli się ktoś gwałtem uprze, to może stać
się nałogowym
peyotlistą czy meskalinistą — ale będzie to chyba osobnik
zupełnie zboczony i tak i tak
skazany na taką czy inną zagładę. Nie propaguję tu bynajmniej peyotlu
jako nowego
środka dla „ucieczki od rzeczywistości”, tylko
wskazuję na nieocenione jego zasługi, jeśli
chodzi o zaczęcie tzw.„nowego życia”.W czasie gdy
sprobowałem po raz pierwszy tego
cudotwórczego lekarstwa, byłem w okresie picia z lekka
niebezpiecznym. Po wielkich
dawkach alkoholu często miałem ochotę na „biały
proszek”, chcąc przerwać alkoholiczną nudę. Oczywiście nie
chlałem od rana ani codziennie, ale zbyt już często potrzebowałem
lekkiego wstrząsu, aby co tydzień czy co pięć, sześć dni zaczynać
„nowe życie”
na nowo. Na jednej z tzw. „orgii” spotkałem
Ossowieckiego, który później dał mi znać,
że coś ważnego ma mi do powiedzenia. Niestety musiałem wyjechać nie
zobaczywszy
się z nim.W jakiś czas potem,kiedy nie piłem już dziewiąty
miesiąc,spotkałem go w towarzystwie i spytałem, co chciał mi wtedy
zakomunikować. Spojrzał na mnie badawczo
i odpowiedział: „Teraz to już jest niepotrzebne.”
Na moje nalegania przyznał mi się, że
chciał ostrzec mnie przed grożącym mi według niego obłędem.
„Miał pan jeszcze dwa
do trzech tygodni takiego życia, a potem koniec” —
odpowiedział. Otóż wtedy sam no-
siłem się z myślą zaprzestania eksperymentów na czas
dłuższy, ponieważ częstość ich
(drugi raz w życiu) zaczęła przekraczać granice dozwolone nawet dla tak
trudno nałogującego się osobnika jak ja. I byłbym to bez wątpienia
zrobił sam, bez żadnych sztucznych środków, jak to robiłem
kilka razy nawet w mniej groźnych
„obstojatielstwach”.
Ale bezwzględnie pomógł mi peyotl, gdy raptownie przestałem
pić i nie wziąłem do
ust nic (prócz czasami troszkę(u) piwa) przez przeciąg
czternastu miesięcy, i to bez najmniejszego trudu. Oczywiście trzeba na
to woli. Na samym peyotlu nikt bez wysiłku daleko nie zajedzie. Ale
czasem trzeba tylko umieć zdeklanszować (mgdyknąć, pryksnąć,
pierwszoprztyknąć, krwampknąć, plupsnąć) pierwszy odruch zdrowej woli,
aby
cały gmach dalszy sam się niejako na nim zbudował. A peyotl, poza
wstrętem do narkotyków, daje jeszcze głębsze wejrzenie w
siebie, co dla osób nie mających specjalnego
obowiązku oszczędzania swego mózgu dla rzeczy lepszych jak
wóda i koko szczególnie może być wartościowym.
Ktoś mi powiedział: „No po cóż mam to właśnie
zażywać?
Kolory widzę i tak, co chcę, mogę sobie wyobrazić, nic wiedzieć o sobie
nie chcę więcej,
niż wiem w stanie normalnym, nie palę, piję dwa razy na rok, i to mało,
niczego innego
nie używam.” Oczywiście miał rację. Muszę tylko bronić wizji
jako takich. Nikt nie jest
w stanie tego zrozumieć, kto tego nie przeżył. Ale że doskonale można
tyć (szczególniej
będąc pyknikiem) bez takich przeżyć, to jest najświętsza prawda i
nikogo na tym miejscu na peyotl nie namawiam. Możliwe, że w moich
wizjach za dużo było humorystyki
i potworności zmięszanych razem i na ten temat można je zlekceważyć.
Ale pomijając
cztery stadia zasadnicze, jednakowe u wszystkich, każdy może mieć takie
wizje, na jakie
zasłużył. Słyszałem o pewnym panu, który przez tydzień po
peyotlowym transie nie
wychodził z domu i nie chciał nikogo widzieć z obawy, aby mu
rzeczywistość nie popsuła cudownych rzeczy, które w
widzeniach swych przeżył. Widocznie ja byłem
„niegodnym”, a i tak nie żałuję tego. Peyotlu nr 2
i meskaliny nie zażyłbym już więcej nigdy.
Ale oryginalnego meksykańskiego chciałbym użyć raz przed śmiercią,
ażeby zobaczyć,
jak to tam jest teraz ze mną naprawdę. Niestety stosunki meksykańskie
utrudniają bardzo dostanie prawdziwego preparatu.
Oprócz opisanych jadów zażywałem też ya
— yoo w postaci harminy Mercka, eukodal i haszysz —
ten ostatni jako ekstrakt Canabis Indica, ale oryginalny, świeżo
przywieziony z Persji, i haszysz perski do palenia —
zażywałem je i rysowałem pod ich działaniem. Bezsprzecznie każdy jest
różny pod względem wywoływanego nastroju i działania na
rysunek. Haszysz w dużych ilościach daje, szczególnie
zmięszany z alkoholem,
pewne wizje dość dziwaczne, z powielaniem się przedmiotów i
osób aż gdzieś w nieskończoność; daje też stany psychiczne
interesujące: utożsamienie się z przedmiotami,
zatratę poczucia tożsamości na małych wycinkach czasu itp. Ale wizje
haszyszowe „ani
umywają się” do peyotlowych. Są to rzeczy zupełnie
niewspółmierne. Harmina wywołuje pewną
„niesamowitość rzeczywistości” i automatyzm przy
rysowaniu. Jednak ze
względu na jej działanie na ośrodek ekstrapiramidalny (sic!) i
odhamowanie odruchów
nie miałem odwagi przekroczyć maksymalnej dawki terapeutycznej. Z głową
ostatecznie niech się dzieje, co chce — ale utracić zupełnie
władzę nad inerwacją mięśni, to jak
dla mnie przynajmniej zbyt gruba jest historia.
Kończę te rozważania wołając wielkim głosem: „Ocknijcie się
palacze i pijacy i inni
narkomani, póki czas! Precz z nikotyną, alkoholem i
wszelkimi „białymi obłędami”. Jeśli
peyotl okaże się ogólną odtrutką na tamte wszystkie
świństwa, to w takim i tylko w takim razie: niech żyje
peyotl!”
MORFINA
Napisał Bohdan Filipowski, były profesor filozofii ezoterycznej.
Gdybyśmy zapragnęli zmierzyć niebezpieczeństwo, jakie ten czy
ów narkotyk przedstawia dla ludzkości, gdybyśmy
próbowali sklasyfikować porównawczo rozmaite
— narkotyki pod tym kątem widzenia, to mniemam, iż
najprostszą miarą, jaką byśmy
mogli w tym celu się posłużyć, miarą opartą o podstawy psychologiczne
(a więc zgodne
z wytycznymi całokształtu naszego studium), miarą, która się
nam prawie narzuca, są
wartości emocjonalne danego narkotyku. Jest to tak samo przez się
zrozumiałe, iż prawie zbyteczne tego dowodzić, zaś praktyka daje nam
przykłady na każdym kroku.
Im szerszy jest zakres, im cenniejszy rodzaj przeżyć psychologicznych,
jakie z pomocą danego drogue’u możemy osiągnąć, tym
potężniejszą jest jego siła atrakcyjna,
tym silniejsza pokusa, na którą jesteśmy wystawieni wobec
ewentualnej okazji.
Spytajmy jakiego bądź narkomana, czemu tak lekkomyślnie naraża
swój umysł, zdrowie i nerwy; spróbujmy
zwrócić się do niego z tak zwaną perswazją, apelując do
trzeźwych argumentów i logiki — a w
dziewięćdziesięciu wypadkach na sto odpowie nam:
„ależ panie, gdyby pan tylko wiedział”... i z
entuzjazmem opisze nam niczym nie zastąpione emocje, jakie mu daje
jego, supposons, alkaloid, wobec wartości których upada
całkowita taka czy inna życiowa rachuba.
Tak jest — i gdy z tego punktu pragnęlibyśmy
porównywać różne narkotyki, to bezwarunkowo
morfinę musimy umieścić w rzędzie najniebezpieczniejszych! Bowiem
„wartości” owe posiada morfina w stopniu bardzo
wielkim — niektóre spośród nich
zasługiwałyby nawet na miano zgoła wartości pozytywnych, gdyby... w tym
„gdyby”
właśnie spoczywa cały punkt ciężkości, lecz zanim uczynimy tutaj to
ważkie zastrzeżenie, pozwólmy sobie wprzód na
małą dygresję, która nie będzie zresztą tak bardzo
nieaktualną.
Nie pomnę, który pisarz francuski uparcie obstawał przy
twierdzeniu, że własności
emocjonalne narkotyków są tylko i wyłącznie negatywne.
Wysnuł też cały szereg wniosków równie
fałszywych, jak samo założenie.
Twierdzi on mianowicie, że narkotyki absolutnie nie są w stanie
dostarczyć nam
wrażeń i przeżyć psychicznych posiadających jakąkolwiek pozytywną
wartość, że historie o fantasmagoriach i sensacjach opium, haszyszu
etc., opisy sztucznych rajów są
od początku do końca czczym wymysłem; wreszcie, że narkotyki mogą
jedynie na czas
pewien usunąć z naszej duszy ból i cierpienia zrodzone ze
spraw świata zewnętrznego,
czyniąc nas po prostu nieczułymi na wszelkie utrapienia, przykrości i
dysharmonie życiowe.
Wynika stąd bardzo ważny wniosek, a mianowicie: na to, by zakosztować
słodyczy
rajów narkotycznych, trzeba być wprzód
nieszczęśliwym, musi się przejść całą gehennę
cierpień w życiu, aby dopiero znaleźć rozkosz wyzwolenia się od nich w
ogłupiającym
odurzeniu, które zresztą nic ponadto nie przynosi. Tym to
faktem również tłomaczy
sobie ów autor znane zjawisko, że narkomani zazwyczaj nie są
zbyt skorzy do ułatwiania „laikom” zapoznania się z
ich specyfikiem. Rzeczywiście, w myśl tej tezy rzecz byłaby nieco zbyt
skomplikowana, wszak trudno na zawołanie unieszczęśliwić gruntownie
swego campagnona, aby móc w następstwie otworzyć mu drogę do
prawidłowej
oceny jakiegoś alkaloidu.
Jak widzimy, usiłują nam tu przedstawić narkotyki wylącznie jako
rodzaj...psychicznego anestheticum.
Dobrym jest choć to, że autor szczerze zaznacza, że narkotyki są mu
znane tylko całkiem z daleka, na podstawie „opowiadań dość
luźnych” (dodajmy: prawdopodobnie
pochodzących z czwartej ręki). Szkoda jednak, że na podstawach tak
kruchych buduje
gmachy twierdzeń doprawdy bardzo dalekich od rzeczywistości.
Rzeczywistość bowiem ma nam zgoła inne prawdy w tej kwestii do
wyjawienia.
Każdy, kto miał z narkotykami w praktyce do czynienia, wie dobrze, że
rozmaite
białe i brunatne trucizny kryją w swym łonie możliwości przeżyć
psychicznych o wiele
przerastających wszystkie fantazje literackie na ten temat stworzone; a
to już choćby
z tej prostej przyczyny, że częstokroć znaczna część owych
fantasmagorii z jadu zrodzonych zaledwie z trudem da się słowami
wyrazić i opisać.
W rzędzie zaś drogue’ów obdarzonych tymi
właściwościami białe matowe kryształy
formy kubicznej, zaopatrzone etykietą z napisem Morphium muriaticum,
zajmują miejsce zgoła poczesne.
I dlatego powiedzieliśmy, iż morfina jest środkiem ogromnie
niebezpiecznym, bo
ogromnie kuszącym, posiada bowiem wartości rozliczne pozytywne, nie
tylko subiektywnie rzecz biorąc jako źródło emocji, lecz
nawet wartości takie, które jako zgoła
obiektywne traktować by można, gdyby nie to, że wartości te nigdy i w
żaden sposób na dłuższą metę wykorzystać się nie dają i
gdyby nie potworna wprost cena, jaką za nie
płacić trzeba, i to zapłacić z rachunków bieżących swego
zdrowia fizycznego, moralnego i psychicznego w sposób,
który grozi szybkim i zupełnym bankructwem...
Sprobujmy tedy naszkicować możliwie wierny i plastyczny zarys owych
stanów psychicznych, jakie przeżywa człowiek z pomocą tak
prostego kompletu utensyliów, jak: 1.
strzykawka marki „Record”, 2. igła przeważnie
cienka nr 17 — 20 i 3. flaszka z roztworem.
Powiedzieliśmy już, iż pragnieniem naszym jest, aby szkic ten był
możliwie wierny. Odrzućmy precz wszelkie apriorystyczne nastawienia w
jakimkolwiek kierunku,
niech nam nie zależy wcale na tym, aby przemawiać ze stanowiska wroga
owego narkotyku. Bo i po co? Jeśli morfina zasługuje na pochwałę, to w
imię czego być jej wrogiem? A jeśli godną jest potępienia, to żaden
wróg nie będzie dla niej tak groźny, jak
sama naga prawda. Postarajmy się wprowadzić czytelnika in medias res
tych jedynych
w swoim rodzaju stanów, z całym stopniowaniem ich rozwoju, z
ich apogeum i decrescendo i wraz z wszelkimi towarzyszącymi im
reakcjami i objawami pobocznymi we
wszystkich cząstkach człowieczego „ja”.
Jak większość narkotyków morfina za pierwszym razem nie daje
jeszcze właściwych wrażeń. Organizm potraktowany po raz pierwszy danym
specyfikiem jest przede
wszystkim ogólnie oszołomiony i to oszołomienie
góruje nad wszystkim, nie pozwalając nerwom sprecyzować i
sklasyfikować otrzymywanych wrażeń. To stadium przygotowawcze trwa w
zależności od organizmu zazwyczaj od jednego do trzech
seansów.
Dopiero tedy za drugim względnie trzecim lub czwartym razem przeżywamy
wszystkie
typowe wrażenia i stany psychiczne właściwe morfinie.
W kolejnym ich opisie zacznijmy od punktu zapewne najszerzej znanego,
który również służył za podstawę rozumowania
owemu autorowi, którego cytowaliśmy wyżej.
Własność ta jest jakby punktem wyjścia dla szeregu dalszych
stanów, przejawia
się najwcześniej i jest prawie bez wyjątku powszechna dla wszystkich
organizmów.
Określić ją można w krótkości, jak następuje: morfina jest
uniwersalnym analgeticum
fizycznym i psychicznym.
Fakt, iż w kwadrans po iniekcji ustępują prawie że wszelkie, nawet
bardzo dotkliwe
cierpienia fizyczne, o tyle dobrze jest znanym, o ile nas tutaj
najmniej interesuje, jako
należący do domeny rozpraw medycznych.
Analogiczne zjawisko na płaszczyźnie psychicznej posiada za to dla nas
wagę pierwszorzędną.
Człowiek, który wyjąwszy igłę spod skóry po
dokonanym zabiegu obserwuje siebie w oczekiwaniu fenomenów,
jakie nastąpią w jego duszy, prawie nigdy nie zdoła pochwycić momentu,
w którym czar zaczyna działać. Zupełnie tak, jak ze snem.
Dopóki
skupiamy uwagę na fakcie zasypiania, pragnąc zbadać, jak się to
właściwie dzieje — dopóty sen nie przychodzi;
odwróćmy jednak na chwilę tylko myśl naszą — już
śpimy!
To samo tutaj. Zupełnie niepostrzeżenie, nie wiadomo kiedy i jak,
zmienia się całkowicie nasz stosunek do świata, wkładamy na oczy
kompletnie odmienne nowe szkła,
światopogląd nasz, począwszy od najbliższego otoczenia; aż do
najdalszych nam psychicznie cząstek bytu, ulega gruntownej.. och, jakże
zasadniczej przeróbce.
Nie zdołaliśmy uchwycić momentu granicznego dwu stanów, lecz
w pewnej chwili
(pod warunkiem oczywiście zachowania zdolności samokrytycyzmu i
obserwacji w zależności od stopnia ich wyrobienia) konstatujemy fakt
niezaprzeczony, że oto już od
pewnego czasu znajdujemy się na torach myślowych zupełnie odmiennych od
zwykłego.
Bo cóż się właściwie z nami stało? Ba! Stało się coś
zupełnie niesamowitego, coś, co
zdaje się pochodzić nieledwie z innego wymiaru; bo czyż zdoła kto w
pełni przeniknąć
całą wagę słów, które zaraz wypowiem, a
których brzmienie jest co najmniej szalone:
Zło zniknęło....
Co takiego?!... No tak — po prostu! — zniknęło,
podziało się gdzieś czy przeniosło
na inną płaszczyznę bytu, wsiąkło, zapadło się na samo dno otchłani
Arymana, zdmuchnięte, zwiane i zwiewane w dalszym ciągu coraz bardziej,
coraz dokładniej i absolutniej,
byleby nie zostało ani jednego atomu przeklętego principium vi tej
błogosławionej sferze, w której my się znajdujemy.
Zła nie ma już... i to pod żadną postacią — cierpienia
rozmaitego rozmiaru i gatunku, strapienia i obawy, złość ludzka i
okrucieństwo świata, wrogość tysięcy elementów,
jakie nas otaczają, wszystko to rozpłynęło się, stopniało jak cukier w
ukropie w ciepłej,
miłej, przyjaznej atmosferze — i to tym razem bez żadnych
przenośni, nawet każda
cząstka powietrza, która nas otacza, jest naszym
przyjacielem, powietrze faluje dokoła
nas w ten sposób, aby nam zrobić przyjemność (zresztą i
sobie samemu także, atomy
powietrza znajdują przecież rozkosz w samym zetknięciu z naszym
ciałem).
Jesteśmy mili całemu światu, a świat sprawia nam radość samym swoim
istnieniem.
I jakżeż mogłoby być inaczej, skoro świat jest takim właśnie, a życie
tak bardzo jest
piękne!
I piękna jest cała przyszłość nasza, począwszy od chwili obecnej
(przeszłość wydawała nam się szara lub przykra czasami tylko dlatego,
że nie umieliśmy żyć!). Bo żyć
z ludźmi trzeba zupełnie inaczej, niż to czyniliśmy dotąd —
jak? ależ bardzo prosto!
Przede wszystkim prosto, przy tym szczerze, no i co najważniejsza
— przyjaźnie. Ach,
jakimiż głupcami byliśmy, gdy nam się zdawało, że ta a ta sprawa
najeżona jest trudnościami, a człowiek. z którym ją mamy
omówić i załatwić, taki szorstki, zimny, niechętny, no i w
ogóle trudny.
Absurdy! Należy pójść do niego i po prostu wytłomaczyć mu
wszystko, ot tak, tak,
tak i tak (Boże! jakżeż to jasne, toż przecie bardziej niż oczywiste; a
przy tym tak cudownie, krystalicznie pracuje myśl moja —
słowa sypią się same jak szmaragdy, rubiny, szafiry i ametysty z
jakiejś czary bez dna i układają się w najwspanialsze wzory rozsądku,
trzeźwości i logiki — gdybyż mógł on słyszeć
czwartą część tych słów to musiałby
się chyba dziwić, że w ogóle mógł kiedykolwiek
myśleć inaczej).
Ale to wszystko jedno; jutro pójdę do niego,
powtórzę mu to wszystko lub choćby
małą cząstkę i sprawa najcudowniej w świecie się załatwi.
By Jove! wszak w ogóle myśli moje są dziś wprost cenne; i co
za nawał, co za wichura
myśli, słów, zdań, tak przejrzystych, tak jedynych, że
grzechem byłoby wprost to zmarnować!
— Pogadajmy! Z kim bądź, ale zaraz i za wszelką cenę... Nie
ma nikogo? wreszcie i to
obojętne, a może nawet lepiej: rozmawiać będziemy” z samym
sobą, co przy takim bogactwie materiału jest chyba najlepszym jego
wykorzystaniem.
Płyną więc dalej rozmowy z samym sobą i z urojonymi interlokutorami;
nie kończące się dyskusje, przemowy i wykłady, wygłaszane z takim
zapałem, jakbyśmy mieli
przed sobą audytorium z kilkuset najwdzięczniejszych słuchaczy,
rozprawy na wszelkie
tematy: filozoficzne, naukowe lub czysto życiowe; najbardziej
abstrakcyjne i teoretyczne, to znów obracające się w
zakresie najpospolitszych kwestii życia codziennego.
Zdajemy sobie przy tym sprawę, że cały ten stan wywołany jest
sztucznie, co nam
jednak wcale nie przeszkadza rozkoszować się nim i cenić go wysoko.
I co najdziwniejsze, ocena nasza, obiektywnie rzecz biorąc, jest
trafna. Na specjalne
podkreślenie zasługuje ten punkt właśnie, odróżniający
morfinę od innych narkotyków.
Gdy np. pod większą dawką kokainy częstokroć wygłaszamy całe steki
nieprzytomnych
lub przynajmniej dziwacznych paradoksów z przeświadczeniem,
że są to rewelacje bezcenne dla ludzkości — morfina podnieca
nas do tworzenia myśli, którymi bynajmniej
pogardzać później nic będziemy. Jeśli stany wymienione
przeżywa umysł twórczy w jakimkolwiek kierunku: artysta,
uczony czy literat, to stworzy on dzieła o niewątpliwej,
ściśle obiektywnej wartości, osiągając przy tym wielkie rezultaty z
niepropcrcjonalną
łatwością. I to właśnie, co zdawałoby się decydować o istotnej wartości
naszego drogue’u, stanowi zdaniem naszym najgorsze, potworne
wprost niebezpieczeństwo. Dlaczego
tak jest, zaraz zobaczymy. Po tym, co powiedzieliśmy dotąd, zbytecznym
byłoby chyba
przekonywać, że w dziewięciu wypadkach na dziesięć eksperyment
morfinowy zostaje
po krótkim czasie powtórzony kilkakrotnie z tymi
samymi objawami dodatnimi, a prawie bez żadnych ujemnych. Bo czyż wobec
tak pięknych rzeczy, jakie nam biały jad daje,
zwróci ktokolwiek uwagę na takie drobnostki, jak to, że
pierwotna dawka jednego do
dwóch cntgr. zostaje już po paru razach podniesiona do
trzech cntgr. lub też, że cały system trawienia, uśpiony narkotykiem,
reaguje nań gwałtowną obstrukcją, która zaczynając od
pierwszego seansu nie opuści morfinomana aż do końca. Poza tym tak
zwany
katzenjammer przeważnie minimalny, w formie słabo dostrzegalnej reakcji
i znużenia.
Awansujemy tedy!
A godzi się spostrzec, że awansujemy wcale szybko, a nawet coraz to
prędzej. Po
krótkim czasie dochodzimy do poczucia pewnej dumy na ten
temat. Organizm nasz
wydaje się nam godzien podziwu: wszak dawki, które używamy
„jak nic” w trzecim czy
czwartym miesiącu, byłyby zdolne zabić słonia (porównanie z
poczciwą dawką końską
pozostało dawno poniżej naszego standardu).
Z drugiej strony przychodzi refleksja, żeśmy się jednak trochę
zagalopowali!!
Wszystko dobre, ale w miarę itd. — w rezultacie szlachetne
postanowienie schowania
strzykawki gdzieś między nieużyteczne graty na dłuższy wypoczynek.
I tu właśnie Vampir — Morphium pokazuje nam po raz pierwszy
swoje pazury, niestety już w momencie, gdy tkwią one mocno a głęboko w
najczulszych centrach naszej
istoty.
Okazuje się bowiem, i to w sposób o wiele gorszy, niż byśmy
się spodziewali, że nasz
piękny zamiar jest po prostu niewykonalnym, że po strzykawkę musimy
sięgnąć znowu,
i to z pośpiechem, że po krótkim i jakże fatalnym szamotaniu
się przekonaliśmy się niezbicie, że tkwimy oto w takiej niewoli nałogu,
wobec której niewola przeciętnego palacza lub alkoholika
jest jeszcze igraszką.
Wiemy, iż każdy nałóg narkotyczny musimy analizować z
dwóch stron podstawowych, a mianowicie: 1. ze strony
psychicznej i 2. fizjologicznej. Ściśle biorąc, na każdy
nałóg składają się oba te czynniki.W praktyce jednak w
takich dwóch najbardziej u nas
rozpowszechnionych nałogach, jak alkoholizm i palenie, czynnik
psychiczny odgrywa
rolę dominującą, przynajmniej w tych wypadkach, gdzie nałóg
nie osiągnął już bardzo
wielkiego stopnia nasilenia.
Wiemy dobrze, że gwałtowne pozbawienie kogoś czy to
papierosów, czy alkoholu
wywołuje pewne zaburzenia fizjologiczne, tym niemniej przeciętny
palacz, powtarzamy: przeciętny, powraca po nieudanej walce do tytoniu
po prostu dlatego, że mu
się gwałtownie chce zapalić, tak bardzo chce, że cały system nerwowy
jest wytrącony
z równowagi. Decydującym więc czynnikiem jest tutaj chęć,
pragnienie, element psychiczny. Zdajemy sobie w pełni sprawę, jak
bardzo ciężka może być walka z tym jednym
choćby czynnikiem, ale podkreślamy raz jeszcze: nie da się to nawet
porównać z tym, na
co naraża znałogowany organizm gwałtowny brak morfiny.
Morfina działa na najważniejsze centra nerwowe, regulujące w naszym
organizmie
czynności tak zasadnicze, jak oddychanie, funkcje serca, obieg krwi
itp.
Gdy centra: te przywykną w ciągu długich miesięcy funkcjonować mniej
więcej prawidłowo pod działaniem olbrzymich dawek narkotyku i gdy
następnie narkotyk ten
nagle zostanie odjęty, zachowują się one mniej więcej tak, jak gdyby
otrzymały równoznaczną dozę w przeciwnym kierunku
działającej trucizny.
Organizm zostaje wtrącony w stan straszliwego szoku, podstawowe tryby i
wiązania
naszej maszyny życiowej, rozdygotane jak pod ciśnieniem ośmiokrotnej
liczby atmosfer, grożą katastrofą, krew faluje we wszystkich
naczyniach, płuca i serce szaleją...
Nierówny i nienaturalny oddech zmienia się w brak tchu,
człowiek się dusi, pod piątym żebrem młot parowy rozsadzić chce swe
komory; kurcze żołądka niebawem przynoszą rozstrój
nieopisany, we wszystkich stawach rwie coś i łamie, i tętni, tętni
wszędzie,
tętna tłuką setkami na minutę... piana na ustach... I ratunek jest
tylko jeden, wszak do-
myślacie się, jaki? nowa dawka — tylko ten jeden, jedyny!
Tak się tedy przedstawia z morfiną zabawa i takie to są przyczyny,
które morfinomanowi uśmiechać się każą, gdy słyszy o
nałogowcu innej kategorii, którego cały kłopot
polega na tym, że mu się aż tak bardzo chce...
Po pierwszej zatem próbie oswobodzenia amator morfinowego
raju (sic!) dowiedział
się, że jest skazanym rabem swej igły i roztworu.
Ponieważ z niewoli tej bezpośredniego wyjścia nie widzi (o kuracjach
potem), przeto
gdy już pogodzi się ze swym losem, stara się „urządzić sobie
życie możliwie wygodnie”.
Tłomacząc to na język praktyczny — będzie kropił dawki takie,
by już przynajmniej
„mieć coś z tego”, chociaż w zakresie emocji.
I tą drogą właśnie dochodzi się najszybciej do poznania kolejno
wszystkich ujemnych wrażeń towarzyszących „ewolucji
morfinistycznej”.
Pierwsza niemiła okoliczność to to, że doprawdy trudno jest
„dogonić” powiększaniem dawek ciągle słabnący ich
efekt. Wspaniałe stany początkowe tracą wciąż na sile,
zaś na ich miejsce pojawia się reakcja w formie jakby
odwrócenia biegunów. Wszelkie
podniecenie jest coraz słabsze i coraz krócej trwa po każdym
zastrzyku, natomiast wydłużają się niezmiernie i przybierają na sile
okresy ogólnego znużenia i upadku sił.
Ogólna apatia, zniechęcenie do wszystkiego, niebywały spadek
energii psychicznej, rozleniwienie — słowem,
ogólne sflaczenie mentalne i moralne — wszystko to
trwa godzinami. Chwile lepszego samopoczucia nie tylko zredukowały się
do kilku minut zaledwie bezpośrednio po iniekcji, lecz czasami nie ma
ich wcale.
Zaczyna się wówczas zupełnie już rozpaczliwe powiększanie
dawek, aż do zatrucia,
torsji itd., lecz co jest doprawdy potworne, to to, że dawki te
przynoszą już tylko coraz
gorsze rozdrażnienie.
Jak czuje się dany osobnik w tym punkcie błędnego koła, to już
pozostawiam samodzielnej wyobraźni każdego z naszych
czytelników.
Bądź jak bądź, jeśli w chwili danej nie rozpocznie kuracji, to
pozostaje mu tylko
jedno: drobne stopniowe zmniejszanie dawek do punktu, w
którym niegdyś morfina
działała normalniej, i to tylko w celu, aby natychmiast w
skróconym tempie powrócić
do tego samego kryzysu.
Podkreślić trzeba z całym naciskiem, że szereg objawów
wybitnie ujemnych towarzyszy morfinomanii już w okresach znacznie
poprzedzających kryzys.
Każdy morfinoman umiejący obserwować siebie dostrzega np. (i to w
czasie, gdy
jeszcze jest ze swego alkaloidu ogólnie zadowolony) wybitny
upadek woli. Każda decyzja kosztuje całą masę wysiłku, każdy czyn,
odkładany z godziny na godzinę, wykonywany jest pod najwyższym
przymusem, każda drobna czynność życia codziennego
— i ta nawet — staje się wkrótce
ciężarem. Natomiast nabieramy skłonności do częstych, a długich
„wypoczynków” w pozycji leżącej, podczas
których morfinowe marzenia na temat wielkich rzeczy
(które się nigdy nie spełnią) zastępują nam znakomicie
czynność istotną. Wypoczynki te tym więcej są nam wskazane, że coraz
bardziej prześladuje nas nieustająca senność (dochodzi to w stadiach
dalszych do tego, że narkoman
usypia za każdą przerwą w rozmowie lub też pozornie słuchając dalej
tematu).
Niechęć do życia czynnego staje się jeszcze silniejsza pod wpływem
ogólnego rozstroju i rozklekotania nerwowego, wraz z
którym zjawia się nie wiadomo skąd rosnąca
wciąż nieśmiałość, schizofreniczna trema w stosunku do ludzi, i to
trema gnębiąca te
właśnie osoby, które by się najmniej tego po sobie
spodziewać mogły.
Jedynym czynem realnym, na który energii nie zabraknie, jest
niewątpliwie ciągła
pogoń za niezbędnym alkaloidem, którego zdobywanie w
„odpowiednich” ilościach,
z natury rzeczy niemożliwe na drodze normalnej, stanowi jeszcze jedną
rozkosz żywota
morfinomana.
Żywot ten zresztą mieć może tylko dwa rodzaje epilogu w nie dalekiej
przyszłości. Albo katastrofa, jeśli osobnik dany miał dość wytrwałości
w kierunku zrujnowania swego organizmu aż do stanu beznadziejnego; albo
też jeśli resztka instynktu samozachowawczego w czas
przemówi, perspektywa tak zwanej kuracji odzwyczajania.
Kuracja taka bywa w ogromnej większości wypadków
przeprowadzana w jednym z zakładów zamkniętych, a co do jej
szczegółów, musicie mi państwo wybaczyć, że wam
takowych dostarczyć nie podejmę się! Trudno! Nie jestem bowiem ani
Ewersem, aby
wam to opisać, ani też Goyą, aby to odmalować!
Nadmieniam tylko, że nieścisłą jest wersja, powtarzana czasem nawet
przez lekarzy,
jakoby dawny system odzwyczajania gwałtownie, bez żadnych stopniowań,
nie groził katastrofą organizmowi. Annale medycyny francuskiej notują
dwa wypadki, które
skończyły się radykalnym odzwyczajeniem pacjenta od życia na tej
ziemi...
Dziś już stosują metodę tę rzadko i to tylko w połączeniu z uśpieniem
na przeciąg
kilku dni.
Inna zaś polega na odzwyczajaniu bardzo a bardzo powolnym, poprzez
umiejętne
stopniowanie i środki zastępcze. Gdyby mnie kto o radę pytał, rzekłbym,
iż w ogóle
tylko ten ostatni sposób nadaje się do dyskusji, dodając na
podstawie znanych mi wypadków, iż metoda ta daje najlepsze
wyniki przy stopniowym zastępowaniu morfiny
dioniną z małym dodatkiem heroiny, które to mięszaniny znowu
kolejno stopniują się
w dawkowaniu.
Szczegóły oczywista nie wchodzą w zakres naszych rozważań.
Pytaniem podstawowo ważnym jest kwestia procesu znałogowania oraz
czasu, jaki
jest na to potrzebny.
Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że wersje głoszące, jakoby już po
paru zastrzykach człowiek „nie mógł sobie rady dać
bez morfiny”, są straszliwą przesadą lub też
próbą usprawiedliwienia swej słabości ze strony
niektórych morfinomanów.
Nie ma najmniejszych podstaw do obaw, że np. dziesięć iniekcji pod rząd
stosowanych może uczynić danego osobnika niewolnikiem narkotyku w tym
naprawdę straszliwym i przerażającym znaczeniu, o którym
mówiliśmy wyżej. Dla stworzenia nałogu
w fizjologicznym znaczeniu organizm musi być zatruwany przynajmniej
przez trzy,
cztery lub więcej tygodni. To zaznaczamy z całą szczerością!
Ale podkreślamy jednocześnie z największym naciakiem: niech nikt nie
wysnuje
stąd wniosku,iż dwurazowe użycie morfiny niczym mu nie grozi.Wszak już
parokrotna
próba pozwala zakosztować pełni wrażeń ze wszystkimi ich
urokami. Choć tedy człowiek taki nie jest narażony na rozpaczliwe
przeżycia organicznego braku, to jednak impulsy psychiczne występują od
razu w całej pełni. A któż z nas ośmieli się poczytywać
siebie za takiego tytana woli aby móc zaręczyć, iż nie
ulegnie pokusom tym potężniejszym, im ciekawsze były przeżycia. Jeszcze
raz! jeden lub dwa! Dziś musimy się uspokoić po tych lub innych
kłopotach; jutro — czyż nie opłaci się stokrotnie jeszcze
jedna
dawka gwoli obudzenia tych krystalicznych myśli, które
pozwolą nam ukończyć z powodzeniem tę lub inną pracę umysłową...
Powodów przecież nigdy nie braknie. I w ten
sposób, tak bardzo nieznacznie, tak
wprost nie wiadomo kiedy, człowiek staje się skazańcem.
Czyż trzeba nadmieniać, że gorącym naszym pragnieniem byłoby uchronić i
przestrzec choćby skromną liczbę jednostek przed czymś co musimy uważać
za ciężkie niebezpieczeństwo, grożące zupełnym lub częściowym
zniszczeniem ludzkiego istnienia?
Nie będziemy usiłowali kreślić przed oczyma czytelnika
opisów niedoli morfinomana, opisów
które gdyby posiadały odpowiednie bogactwo
środków literackich, odpowiednią ekspresję i barwę
— mogłyby też posiadać pewną realną wartość.
Ufamy natomiast, że skromna i prosta treść tego rozdziału wystarczy być
może czytelnikowi, który zechce potraktować ją poważnie, to
jest jako być może niezręczne, być
może słabo skonstruowane, tym niemniej wierne odbicie najżywszej
prawdy.
ETER
Napisał dr Dezydery Prokopowicz
Zapoznałem się z eterem z okazji operacji, którą mi robiono,
gdy miałem siedem lat.
Zasypiając usłyszałem jakiś szczególny rytm,
który zdawał się wszystko przenikać. Rytm
ten usłyszałem i przy następnych eterostanach. Sądzę, iż pochodzenie
jego jest następujące: eter zaostrza ogromnie słuch (stan ten trwa
jeszcze kilka godzin po eteryzacji),
skutkiem tego dochodzi do świadomości rytm, uderzeń krwi w uszach.
Zdawało mi
się, że umarłem i lecę w przestrzeni międzygwiezdnej, która
wyglądała jak ciemnoniebieska tapeta, pokryta złotymi, kilkoramiennymi
gwiazdkami. Wszystko drgało w tym
szczególnym rytmie. Myślałem z ironią: „Oni mnie
tam operują na ziemi, a nie widzą,
że ja — umarłem.” Podniesiono mi na chwilę maskę z
eterem: zobaczyłem mój dziecinny pokój, leżałem
na stole. Pomyślałem: „Umarłem, jestem w piekle, gdzie są
diabły?
może za moją głową?” Usiadłem, by się obejrzeć za siebie.
Założono mi maskę i trzech
lekarzy siłą, z trudem ułożyło mię na dziecinnym stole,
który służył za stół operacyjny.
Z dalszych wizji przypominam sobie niewyraźnie jakiś jakby rajski
ogród. Upal. Dwoje
nagich, czerwonawych, tłustych, „obfitych” ludzi
opycha się winogronami. Coś tropikalnego, bogatego, zmysłowego i
obrzydliwego. Po narkozie z radosnym zdumieniem
przekonałem się, że żyję. Z uczuciem roztkliwienia i szczęścia
dotykałem przedmiotów,
stwierdzając, że są, że są twarde i że „przecież jestem
znów w rzeczywistości”.
W wieku lat czternastu zabijanie owadów eterem podsunęło mi
chęć sprobowania
ponownie tego narkotyku. Napajając chustkę eterem przykładałem ją do
nosa i wdychałem głęboko. Było lato. Siedziałem wśród
zbóż na osłonecznionym pagórku. Za chwilę
posłyszałem ten sam rytm, wszystko pozostało takie samo, a jednak stało
się jakieś inne,
podobne do tego, co było wtedy. I tu nastąpiła najdziwniejsza rzecz,
jaką kiedykolwiek
przeżyłem pod eterem i którą potem na próżno
usiłowałem odnaleźć. Widziałem otaczające zboża, pagórek,
słońce — ale nie ja to widziałem: jaźń znikła, pozostała
bezosobowa świadomość. Wkrótce potem stworzyłem bardzo
konsekwentny logicznie system
panteistyczny, gdzie ponad stanem indywidualnej jaźni umieszczałem
ponadosobowy
świadomy byt.
Odtąd eteryzowałem się; coraz częściej. Maksimum osiągnąłem jako uczeń
ósmej
klasy. Lubiłem przechadzać się wieczorem po ponurych dzielnicach
warszawskiego
Powiśla z chustką pod nosem i flachą eteru w kieszeni. Eter nigdy nie
dawał mi nawet
śladów euforii: tylko dziwność i ponurość. W owych czasach
byłem głęboko niespokojny i zrozpaczony (jak to często bywa we wczesnej
młodości) i szukałem zapomnienia o sobie,o własnym nieszczęściu w nauce
(studiowałem prawie bez przerwy) i w narkozie. Wytworzyła się we mnie
jakby „seconde personnalite narcotique”. W
normalnym
stanie nasz czas układa się od czuwania do czuwania, wieczór
zszywamy z rankiem,
a senne marzenia — to niewyraźne marginalia; w owych czasach
istniało dla mnie jeszcze drugie, ciągłe w sobie życie — pod
narkozą, które od czasu do czasu dopominało
się bezwzględnie o — dalszy ciąg. Podobnie kobieta
„przyzwoita” nie myśli o życiu erotycznym lub myśli
z obrzydzeniem. Ale przecież od czasu do czasu wyżyć się musi. Jak?
Wiedzą jej kochankowie. W zwykłym stanie pamiętałem (i pamiętam) tylko
szczątki
głębokich i silnych doznań narkotycznych; ale wystarczyło kilka razy
głęboko wciągnąć
powietrze przez chustkę nasyconą eterem — i w kilka sekund
już byłem gdzie indziej,
tam, od razu odpoznawałem swój stan i przeżywałem niejako
drugi raz pewne rzeczy
lub ich dalszy ciąg.
Oto te resztki, które przechowała moja normalna świadomość:
czas jest niejako zwolniony, zdaje się, że upływają niezmiernie długie
okresy — a trwa to kilka lub kilkanaście
sekund. Przestrzeń też olbrzymieje: most Poniatowskiego robił na mnie
wrażenie czegoś
nieskończenie wielkiego. Dzięki eterowi zacząłem rozumieć poezję
symboliczną. Każda
latarnia, pęknięcie płyty trotuaru, przechodzący pies, wszystko to było
symbolem, koniecznością, miało nieskończenie głębokie znaczenie, było
straszliwie ważne. Wszystko
jest piękne i straszne; jakiś pagórek z jesiennymi drzewami,
noc zostawiły niezatarte
wspomnienie niewypowiedzianej wielkości i tragicznego piękna
— jak Ulalume Poego.
Ta symboliczność, piękno i konieczność, to, że wszystko rozwija się jak
wspaniała symfonia, przypomina doznawanie rzeczywistości w początkach
schizofrenii. Wydaje się,
że ma się zdolność przewidywania. Myślę: „Tam —
ktoś idzie. Odwracam się i rzeczywiście spostrzegam przechodnia. Sądzę,
że daje się to objaśnić w ten sposób: słyszy się
przechodnia, ale do świadomości dochodzi nie odgłos kroków,
lecz tylko wynikający
z tego wrażenia sąd: „Ktoś idzie.” Stąd złudzenie
„proroczości”. Fontanny uczuć i myśli zalewają
świadomość, zdaje się, że życie jest jak puchar przelewający się przez
brzegi. Powiedziałem wtedy do siebie: „Każda chwila jest
godna Szekspira.” To znowu przychodzi tak straszliwe,
niemożliwe do zapamiętania, martwe przerażenie, taka samotność
„kosmiczna”, jaką przeżywa chyba tylko
samobójca i o której zdaje się nikt nigdy
nie przyniósł wieści, bo znają ją tylko ci, co odchodzą. Są
to stany poprzedzające omdlenie spowodowane nadmiarem narkotyku.
Pomyślałem w takiej chwili: „Gdybym mógł
spamiętać to, co teraz czuję, to już nigdy nie mógłbym się
śmiać.”
Myśli moje i doznania odnosiły się do metafizyki: rzeczywistość
odczuwałem jako
nieustanną, wytężoną walkę Boga z Nicością. Równowagę,
spokój rzeczywistości widziałem jako równowagę
potężnych, zmagających się ze sobą sił. Rzecz psychologicznie
interesująca: w owym czasie byłem panteistą — deistą miałem
stać się kilkanaście lat
później, a jednak pod eterem byłem, a raczej bywałem właśnie
deistą. Mówię: bywałem,
gdyż niekiedy zdawało mi się, że Nicość zwyciężyła Boga. Pamiętam, że
raz w takim
właśnie stanie usłyszałem, jak w ubogim domku robotniczym babka
uspakajała małe
wnuczątko. Doznałem głębokiego wzruszenia. Myślałem: „Boga
nie ma, życia zagrobowego nie ma, na tamtym świecie nie ma więc nagrody
dla tej staruszki, ale i na tym
świecie też jej nie będzie, bo nim wnuczek się odwdzięczy —
babka umrze. A jednak
ona go tuli. Oto prawdziwa, bezinteresowna miłość.”
To znowu zwyciężał Bóg. Widziałem jasno Jego istnienie.
Wytwarzałem jakieś
oczywiste rozumowania, które tego dowodziły. Zapisałem je,
odczytałem na trzeźwo
— kompletna bzdura. Raz tylko napisałem niezły wiersz pod
eterem:
Nie, ja nigdy, nigdy nie zapomnę,
Jakie Moce, światłe, przeogromne,
Morza Mocy drżały wokoło mnie.
— W chwili tej Bóg mówił do mnie.
Oceany słońc... otchłań słońca...
Jasność... jasność... jasność... bez końca!...
— Bo mój Bóg był wtenczas ze mną.
Pamiętam, że kiedyś przebudziłem się z omdlenia eterowego i poczułem
nagle
jakąś obecność, bliżej niż chmury, która opiekuje się mną i
prowadzi mię przez życie.
Poczułem tak wyraźnie, że upadłem na kolana, zalany łzami, z okrzykiem:
„Boże — jesteś!” Sądzę, że ten intensywny
dualizm: Bóg — Nicość, ich wzajemna walka,
której
polem zdawał się świat cały, to być może nic innego, jak rzutowanie na
metafizykę wewnętrznych, organicznych procesów: walki mojego
ciała z trucizną — eterem.
I jeszcze jedno. Dręczyła mię w owych czasach myśl, którą w
ten sposób sformułował
św. Bazyli Wielki: „Nie znam kobiety, ale nie jestem
dziewicą.” Eter nie tylko nie dawał
mi ukojenia, lecz przeciwnie, myśl ta stawała się okropną, nie do
zniesienia pod wpływem narkotyku. Nigdy, jak wtedy, nie odczuwałem
nędzy zupełnej samotności.
Gdy poznałem kobietę — intensywność doznań eterowych osłabła.
Siła metafizycznych wdzierań się ku Bogu nie była tak tragiczna,
momenty pełni nie były tak rozsadzające ani też przerażenie samotności
tak zupełne. Stopniowo przestawałem używać
eteru; nie czując tak gwałtownej potrzeby ucieczki od siebie, nie
pragnąłem tej okropnej
odmiany świadomości i gdy jako chłopiec siedemnastoletni eteryzowałem
się co kilka
tygodni, teraz jako dorosły mężczyzna nie robiłem już tego od kilku
lat, i to bez specjalnego wysiłku woli.
Przedstawiłem wedle możności to, co pamiętam ze stanów
eterowych, ich dziwność
jednak wymyka się spod opisu. No ale wszak nie mam robić propagandy
proeterowej.
Przedstawię więc szkodliwość eteru, starając się wmówić ją
sobie i innym z tą samą siłą
przekonania, z jaką małżonkowie w chwili zawierania małżeństwa starają
się wziąć na
serio przeświadczenie o tym, że chcą naprawdę i będą sobie nawzajem
wierni.
Sądzę, iż jednym z głównych uroków — i
zarazem jedną z najgłębszych szkód — narkotyku,
nawet tak przykrego i nie dającego euforii jak eter (przynajmniej dla
mnie), jest
to, iż gwałci on niejako sanktuarium duszy; jak świętokradca rozbija
święte naczynia
i wyjmuje bezbronnego Boga, którego nie powinny dotykać
takie ręce i widzieć takie
oczy, napawa się Jego widokiem, dotknięciem i niszczy Go, tak samo
narkotyk wdziera
się w głębie podświadomości, gdzie drzemią i rozwijają się jakieś
myśli, jakieś stany,
które dopiero znacznie później, gdy dojrzeją,
mają wejść w naszą świadomość. Jest to
więc coś, co przypomina też poronienie: niedojrzały, potworny jeszcze
embrion zostaje
wydobyty na światło dnia. Tak było np. u mnie z deizmem. Dzięki więc
narkotykowi
poznajemy własne głębie, ale nie we właściwej porze, drogą gwałtu.
Sądzę, iż działa to
niszcząco na podświadomość i przedwcześnie odsłonięte jej twory nie
rozwiną się już
nigdy tak harmonijnie, jak by to miało miejsce bez interwencji
narkotyku.
Ciekawe są same doznania: myśli wydają się ciekawymi tylko,
dopóki się jest pod
narkozą. Eter to kłamca, i to na krótką metę.
Następnie podkreślam, że eter nie daje euforii ani zapomnienia o
rzeczywistych cierpieniach duszy, lecz przeciwnie — potęguje
je, a potem po wytrzeźwieniu następuje
bardzo przykry katzenjammer.
Zauważyłem też, iż działa on fatalnie na płuca: prawie zawsze po
eteryzowaniu się
miałem prędzej lub później, po upływie kilku dni —
do dziesięciu, uporczywe zaziębienie z gorączką, tak że musiałem kłaść
się do łóżka, nieraz na dwa tygodnie.
Wreszcie zapach eteru jest ohydny i denuncjuje on eteromana na kilka
kroków i to
nawet na drugi dzień po eteryzacji. A zdarza się też, że nieprzytomnym
zaopiekuje się
komisariat czy pogotowie ratunkowe i będą płukać żołądek domniemanemu
„niedoszłemu” samobójcy.
Nie znam wprawdzie narkotyku dającego tak silne metafizyczne
wzruszenia, lecz
mijają one szybko, a opłacane są zdrowiem. W rzeczywistości takie
rzeczy każą na siebie czekać, ale samotna wycieczka górska
może też dać potężne metafizyczne przeżycia,
które znacznie lepiej utrwalają się w świadomości od
kradzionych przeżyć i wymuszonych ekstaz narkomana.
APPENDIX
O MYCIU SIĘ, GOLENIU, ARYSTOKRATOMANII, HEMOROIDACH
I TYM PODOBNYCH RZECZACH
WSTĘP
Zaznaczam z góry, że cała ta część mojego
„dziełka” — może się wydać wielu ludziom
śmieszna, a nawet zbyteczna. Śmieszna to ona może i jest, ale co do
zbyteczności, to śmiem w nią wątpić (lub o niej wątpić, jak chcą
niektórzy — ja jestem za
równouprawnieniem obydwu zwrotów. Pierwszy jest
silniejszy niż drugi, a nie jest taką już
znów potwornością językową, którą trzeba
ukatrupić na miejscu). Oczywiście zbyteczność różnych
rozdziałów będzie różna. Ale ponieważ piszę tę
książkę absolutnie dla
wszystkich, więc nie mogę brać pod uwagę tego, że pewni ludzie, lub
nawet ugrupowania społeczne, nie znajdą w niej nic nowego. Chcę
podzielić się z ogółem pewnymi doświadczeniami własnymi, a
nawet wiadomościami, które mam od innych ludzi, a
których ci nie mogli dla różnych przyczyn uczynić
własnością publiczną. Jestem prawie
pewny, że w pewnych kołach durniów i draniów
książka ta będzie przyczyną jeszcze
gorszego psucia mojej i tak już przez wymienione P.T. czynniki popsutej
opinii. Trudno.
Przeciw zorganizowanej głupocie i świństwu jeden człowiek walczyć nie
może. Muszę
zbierać teraz owoce całego życia poprzedniego, w którym
starałem się zawsze mówić to,
co myślałem naprawdę, bez względu na osobiste dla mnie skutki.
1 O BRUDZIE
Czystość fizyczna osobista nie jest wcale rzeczą tak drogą, jak to się
niektórym wydaje. Nie mówię o czystości
publicznej (domów, ulic, placów itp.) —
nie będę też wdawał się w kwestię czystości mieszkań, jakkolwiek sądzę,
że też za psie pieniądze po prostu jest ona osiągalna. Mimo to często
widzi się mieszkania, w których wiszą na ścianach drogocenne
obrazy, wszystko jest udywanione i wypoduszkowane, a jednak panuje w
nich brud, a nawet smród, często subtelny, ale jakościowo
bardzo jadowity. Mam
wrażenie, że czystość mieszkań, a dalej czystość publiczna jest funkcją
czystości osobistej. Trzeba zacząć od siebie, a z czasem wszystko
powoli się wyczyści, bo czysty człowiek nie potrafi żyć w otaczającym
go brudzie. Lenistwo i nieświadomość co do tego,
jakimi środkami zdobyć czystość, zdają mi się być przyczynami tego
stanu rzeczy, który
chcę opisać i podać przeciw niemu środki zaradcze. Czemu większość
ludzi, którzy bezwzględnie śmierdzieć nie powinni, jednak
śmierdzi? Mówię tu o tak zwanej inteligencji,
półinteligencji i warstwach poniżej leżących. Nie będę się
tu wdawał w analizę smrodologiczną arystokracji niższej i najwyższej,
ponieważ zbyt mało znam tę sferę. Ale na
podstawie pewnych nikłych danych mam wrażenie, że i tu dałoby się coś
na ten temat
powiedzieć. Poza kwestią mycia się występuje tu problem zmiany bielizny
i ubrania.
(Ostrzegam z góry, że będę mówił rzeczy przykre
— kto nie chce ich słyszeć, niech nie
czyta.) Ale jakiekolwiek są stosunki bieliznowo — ubraniowe
danego człowieka, będą
one bezwzględnie lepsze, o ile człowiek ten będzie się myć porządnie.
Oczywiście ideałem byłaby codzienna zmiana całej bielizny i jak
najczęstsze zmienianie ubrań. Ale
jeśli ktoś na to nie ma, może przedłużyć czas zmiany za cenę pewnej
pracy nad czystością ciała.
Są narody czyste i są brudne. Powiedzmy sobie otwarcie, że należymy do
tych ostatnich i starajmy się temu zaradzić. Czytając powieści polskie,
rosyjskie lub francuskie, zawsze mam ten problem na myśli: czy aby ci
wszyscy ludzie są dobrze wymy
ci. Przeszkadza mi ta myśl w przejmowaniu się losami występujących
postaci, psuje
mi najpiękniejsze sceny, zaćmiewa horyzonty najwznioślejszych uczuć.
Mimo wszystkich wad literatury angielskiej, wiem jedno —
cokolwiek robią, czują i myślą Anglicy, ci
są prawie na pewno na ogół czyści. Rosjanie [...] wyprażają
się w „bani”, wyszorowują
maczałkami, wybijają się rózga — i przynajmniej
przez niedzielę, a może i poniedziałek mają otwarte pory
skóry całego ciała, a nie tylko niektórych jego,
najbardziej skłonnych do tak zwanego nieprzyjemnie
„zaśmierdzania się”, części. Okropne rzeczy, ale
raz trzeba powiedzieć je otwarcie. Człowiek jest, wziąwszy go
cieleśnie, dość paskudnym stworzeniem. Pewien hrabia (!) raniony w rękę
nie odwijał jej długi czas i trzymał ją pod gumowym bandażem. Ręka
zaczęła śmierdzieć. Pokazywał ją innym krzycząc znamiennie:
„Żadna noga tak nie śmierdzi, jak moja ręka. Niech pani
powącha.”
I pchał obecnym pod nosy swoją wspaniałą, rasową, hrabiowską rękę,
która rzeczywiście wydzielała subtelną, ale skondensowaną
woń przepojonego kulturą dziesięciu wieków ciała. Hrabia
— a cóż dopiero mówić o zwykłej
„wysokiej szlachcie, świetnym korpusie oficerskim i P.T.
publiczności”, jak to było napisane na cyrkowym afiszu z
czasów
austriackich. Przyczyną przykrych zapachów ludzkości są
ubrania. Daleko mniej śmierdzą (pomijając przykre dla nas, jako
należących do innej rasy, różnice jakościowe) ludzie dzicy,
chodzący nago. A jakże wspaniałe są pod tym względem wszelkich
rodzajów bydlęta — zawsze świeże, z doskonale
wywentylowaną skórą, wydrapane, wygryzione, wylizane, jak to
mówią, na „hochglanz”. Człowiek jest,
ogólnie biorąc, szczególniej
w parażach klimatu średniego i zimnego, najbrudniejszym bydlęciem
świata, i to głównie z powodu konieczności noszenia ubrań.
Ogólnie wiadomo, że na ogół ręce mniej
śmierdzą niż nogi — a czemu? Bo nie są zamknięte (exemplum
ów hrabia i jego rączka)
i są oczywiście częściej myte. Chodzić gołym nie można, ale wszystko
można nadrobić
myciem się, zapamiętałym, fanatycznym, wściekłym. Koszta są minimalne,
a czas również bardzo niedługi daje się z łatwością wydrzeć
zachłannemu snowi przy minimalnym wysiłku woli. A więc do dzieła,
brudasy, a za kilka lat ludzie w mieszkaniach swych
i gmachach publicznych: kinach, teatrach, poczekalniach itp.
instytucjach, nie będą potrzebowali wdychiwać potwornego niepachu
wydzielin niedomytej trzody ludzkiej,
z czego wyniknie daleko większa wzajemna życzliwość i pogoda w
odniesieniu do tzw.
„innych”, której tak brak w naszych
stosunkach społecznych. Przecież w porównaniu do
innych narodów Polacy są pod tym względem wprost straszni.
Ile energii idzie choćby
na okazywanie sobie wzajemnej pogardy na ulicy. Nigdzie indziej tego
nie ma, przynajmniej w tym stopniu. A wewnątrz gmachów
stanowczo smród potęguje to nieprzyjemne zjawisko. Niestety
każdy niedomyjec nie zdaje sobie sprawy, że sam jest elementem
ogólnego niepachu, że dla innych jego smrodki,
które u siebie toleruje, wcale nie są
znów tak przyjemne, jak dla niego samego, a może i dla
najbliższych.
Otóż moja ogólna teoria smrodu ludzkiego jest
następująca i prosta, jak teoria równań
różniczkowych czy tensorów: niedokładne mycie
całego ciała, a dokładne mycie
pewnych jego części: twarzy, szyi, nóg, pach itp., jest
powodem, że wszystkie świństwa,
które muszą się wydzielać z organizmu przez całą
skórę, wydzielają się tylko przez te
części, których pory skóry są odetkane. Znałem
pewnego eleganckiego pana, który narzekał ciągle, że mu
śmierdzą nogi. Mył je po trzy razy dziennie i im dokładniej to czynił,
tym było gorzej. Po prostu nie mył się cały dokładnie i wszystko, co
miał w sobie
najpaskudniejszego, wychodziło mu z ciała przez nogi. Oczywiście są
choroby, na które
nie ma ratunku. Ale z chwilą dokładnego mycia się zniknęłyby te
wszystkie środki,
o których ogłoszenia w gazetach czyta się ze specyficzną
zgrozą: „Antismrodolin usuwa
przykry zapach pach, nóg...” itd. Brrrr...Co za
świństwo. Zamiast wydawać pieniądze na
podobne ohydy trzeba je zużytkować na kupienie:
1. Dobrego, prostego nawet mydła — zupełnie wystarczy dla
ludzi względnie prostych dla umycia codziennego całego ciała.
2. Szczotki — najlepsze są dla tego celu szczotki firmy Braci
Sennebaldt (Bielsko,
Biała, Śląsk), (29 H N°2, 30 F N°2, i 137 E),
które przez tę firmę polecane są do bielizny. Wszyscy,
którym ofiarowałem szczotki te (a rozdałem już przeszło dwa
tuziny dla
propagandy), błogosławią mnie i tę firmę. Szczotki są szczecinowe i na
pierwszy „rzut
oka” robią wrażenie za twardych. Wymoczone trochę w gorącej
wodzie stają się wprost
wspaniałe. Znałem panie skarżące się na chroniczną chropawość
skóry. Po użyciu szczotek stały się gładkie jak alabastry.
Pumeks jest tu niczym — wygładza powierzchownie.
Tylko szczotka jest w stanie odetkać pory zalepionej tłustym brudem
skóry. Wiele osób
uważających się za czyste tonie w brudach jak nieboskie stworzenia.
Iluż znałem ludzi
przerażonych twardością szczotek tych, którzy potem z
rozkoszą tarli nimi swe ożywione jakby cudem, sflaczałe ciała nieomal
do krwi. Ostatecznie szczotkę można stosować nie co dzień (co drugi lub
trzeci dzień), ale mycie codzienne całej skóry my-
dłem jest obowiązkiem każdego, który chce się za człowieka
uważać. Oczywiście są ludzie, którzy nawet nie bardzo się
myjąc, mało stosunkowo śmierdzą. Tym lepiej dla
nich i dla innych. Ale to nie uwalnia ich od mycia się ze względu na
ich własne zdrowie. Naturalnie że zwiększająca się ilość mieszkań z
łazienkami i łazienek publicznych
przyczynia się znakomicie do wzrostu czystości ogólnej. Ale
łazienki trzeba też umieć
używać. Znałem ludzi należących do „najlepszego
towarzystwa”, którzy poprzestawali
w ciągu tygodnia na zimnym prysznicu bez mydła (używali je tylko do
części zasadniczych, i to nie bardzo) i następnie wycierali się
włochatym ręcznikiem. Codzienna
długa ciepła kąpiel jest niezdrowa, szczególniej dla
osób nie mających nadmiaru energii. Ale wymycie się mydłem w
całości ciepłą, a potem zimną lub choćby tylko zimną
wodą jest absolutnym obowiązkiem każdego.
3. Dla ludzi nie posiadających łazienek służyć może w tym celu blaszana
duża balia,
a dla podróżujących (ze względu na brak odpowiednich
urządzeń w większości niższej marki naszych hoteli)
„tub” gumowy składany, rzecz trochę kosztowna, ale
dla której można wyrzec się mniej istotnych przyjemności
(wódki, piwa, papierosów, dancingu, radia,
dorożek, aut, kina) na pewien czas, aby ją sobie za uskładane w ten
sposób pieniądze kupić.
4. Gąbki albo też tzw. po rosyjsku „maczałki”. Oto
wszystko, czego trzeba, no i trochę
czasu (który zawsze znaleźć można) i szacunku dla siebie i
swego zdrowia, a także trochę ze względu na innych, którzy
też są przecie ludźmi. Ale te mycia się poranne, które
udało mi się widzieć, te absolutne niemycia się wieczorne (wieczorem
trzeba umyć
przynajmniej części zasadnicze), które obserwowałem
— to są rzeczy wprost potworne. I to, powtarzam, tam, gdzie
zdawałoby się, że powinno to być rzeczą samo — przez
— się zrozumiałą.
To właśnie spowodowało napisanie tych słów, co nie było dla
mnie wcale zabawnym
ani przyjemnym. Myślę, że może niejeden(na) zaczerwieni się czytając je
i będzie mu
(jej) wstyd i przykro — ale może za to doprowadzą go
„(ją) do opamiętania. A przecież
nie chodzi tu tylko o względy estetyczne, ale i o zdrowie, bo
skóra jest bądź co bądź zasadniczym narządem wydzielania.
Wiadomo, że człowiek ze zniszczoną nagle w dwóch
trzecich skórą umiera, ale powoli można się przyzwyczaić do
każdego zatrucia, a więc
i do niefunkcjonowania własnej skóry. Chłopi nasi,
którzy się prawie nie myją, nie giną
od tego i nie śmierdzą tak znów bardzo jak inne warstwy
społeczne. Ale to nie jest
dowód: nie śmierdzą, bo nic już przez zatkane pory nie
wydzielają, a nie giną z zatrucia,
bo się przyzwyczaili przez długą praktykę wytwarzając widać jakieś
antytoksyny. Ale
jacy by byli, gdyby się myli, tego nie wie nikt.
2. O GIMNASTYCE
Jestem wielkim przeciwnikiem rozwydrzenia sportowego, które
się w ostatnich la-
tach rozwinęło. Te „ambasadory” polskie
(szczególnie polskie wobec zacofania na innych punktach) za
granicą, te Ciumpały i Wyprztyki które reprezentują tężyznę
narodu
i są czczone jak bogi jakie, to jest gruba i niezdrowa przesada. Nawet
już nie zazdroszczę sportowi miejsca w gazetach codziennych ani pism
specjalnych, których nie mogła
się doczekać nigdy nasza sztuka. Sztukę najwyraźniej diabli biorą i
może naprawdę nie
warto się już tak bardzo nią zajmować. Ale to ciągłe zaprzątanie
umysłów młodzieży
tylko tym, że Jasiek Wątorek skoczył o trzy cm wyżej niż Maciek Wąbała,
jest objawem
przykrym i mogącym na długich dystansach dać w wymiarze
ogólnej kultury narodowej wyniki bardzo smutne. Tym bardziej
że sport rekordowy musi mieć, jak i wzrost,
i siła ludzka, określone granice, których się nie
przekroczy, choćby się nawet pękło.
Oczywiście muszą być specjaliści, którzy tylko rekordowemu
sportowi poświęcać się
będą mogli. Niech sobie będą i niech nawet dla odpoczynku pewna ilość
ludzi zajmuje
się ich wyczynami. Ale nie może to dochodzić do tego stopnia, żeby na
nic już innego
czasu w życiu nie zostawało, przynajmniej w sferze myśli. Bo
oprócz tego jest radio
(jako radiokręcicielstwo, a muzycznie biorąc jako to, co nazywam
„wyjącym psem”),
dancing, niekiedy już od rana, jest kino, które coraz mniej
nowego ma do powiedzenia
i w którego obiecywaną wspaniałą przyszłość coraz mniej chce
się wierzyć, jest gazetka,
puchnąca z dnia na dzień i zastępująca niektórym wszelką
inną lekturę, dla tych np., dla
których Wallace czy nasz Marczyński (o Boże!) jest już
literaturą zbyt ciężką. Na Żadne
tzw.„wyższe”zainteresowania nie — ma się
już czasu:grozi zupełne zbydlęcenie i ogłupienie. Ciągłe obniżanie
poziomu artykułów, książek i teatru do gustu danego
przekroju
społecznego doprowadza do tego, że wychowuje się coraz niższej wartości
pokolenia, do których poziomu znowu trzeba się obniżać i w
ten sposób dojdzie się wreszcie do społeczeństwa
kretynów, dla których naprawdę sztuki
Kiedrzyńskiego będą „niezrozumialstwem” w teatrze z
powodu ich zbytecznej filozoficznej głębi, dla których
muzyka kabaretowa nawet stanie się poważna, a wagonowa lektura
dzisiejsza będzie tak trudna, jak
dziś jest dla nich teoria Einsteina. Zanika na wszystkich punktach
ambicja stworzenia
czegoś doskonałego samego w sobie, chęć prawdziwego wysiłku i
szczerości i dążenia
do prawdy — chodzi tylko o zdobycie pieniędzy za wszelką
cenę. A temu stanowi rzeczy pomaga oczywiście bezecna wprost krytyka
literacka, uprawiana przeważnie przez
ludzi, którzy już do niczego innego zdolni nie są i dlatego
muszą być krytykami, bo inaczej by po prostu wymarli. Następuje
przefałszowanie wartości na wielką skalę, jakie
dawniej, w czasach przedwojennych, trudno było nawet sobie wyobrazić.
Zmiany te zachodzą powoli i nieznacznie — zmieniają się w
naszych oczach ludzie, których zwykliśmy cenić za
prawdziwość ich w stosunku do nich samych i do innych.
„Umwertung
aller Werte”, ale in minus. Rozwydrzenie sportowe jest jedną
z sił składowych ogólnego
przesunięcia się na stronę ciemności. Tym niemniej sport uprawiany
przez niezawodowców umiarkowanie jest rzeczą wspaniałą i
przeciwdziałającą fizycznej degeneracji.
Kto zaś nie może się oddawać sportom, musi, ale to koniecznie i koniec,
robić codziennie gimnastykę Mullera, bez przyrządów. Można
do niej co najwyżej dołączyć hantle.
Dla codziennej gimnastyki trzeba mieć jednak trochę więcej woli niż dla
codziennego
porządnego mycia się. Zerwać się o dwadzieścia minut wcześniej niż
koniecznie trzeba
na to, aby z ciężką, nie dospaną głową robić pozornie bezsensowne
ruchy, to jest wysoka
marka dla przeciętnego pracownika umysłowego,a nawet zmysłowego.Ale
trzeba się na
to zdobyć — nie ma po prostu rady, a po miesiącu lub
dwóch dostrzeże taki nieszczęśnik, który tego
dotąd nie robił, co przez ten czas stracił, a po roku lub
dwóch, pomijając już poprawę stanu psychicznego i wzmożenie
sił fizycznych, dostrzeże nawet ze zdumieniem zmiany w budowie swego
(może przedtem zanędzniałego) ciała. Pod wpływem masaży znika tłuszcz i
nawet chropawa skóra staje się gładka, pęcznieją mięśnie
i całe ciało nabiera niebywałego wigoru i lekkości. Dzień, w
którym dla różnych powodów nie można
było zrobić gimnastyki, staje się dniem przeklętym. Cały czas odczuwa
się brak czegoś nieokreślonego, a nawet lekki wstręt do siebie.
Oczywiście nie trzeba
przesadzać, zaczynając od niewielkiej ilości ćwiczeń (ćwiczenia rano
— masaż na noc),
a nade wszystko nie zniechęcać się początkowym bólem
wszystkich mięśni, a w szczególności brzucha. Na brzuch, tę
najbardziej zaniedbaną część ciała, kładzie Muller największą wagę.
Śmiech i kaszel są w pierwszych dniach wykluczone. Ale ból
ten przechodzi w trzy do czterech dni zupełnie i zostaje tylko czysta
rozkosz. Oczywiście nie
w chwili samego gimnastykowania się. Jest to poza goleniem się
największy wysiłek
z tych codziennych, programowych. Ale opłaca się stokrotnie w ciągu
dnia, chociażby
jako obowiązkowy akt woli, do czego niektórzy w dalszym
przebiegu doby mają niekiedy mało sposobności. Do innych właściwości
gimnastyki Mullera należy dodatni jej
wpływ na funkcje kiszek i żołądka. Ćwiczenia należy bezwzględnie robić
przed śniadaniem i przed pierwszym papierosem — oczywiście
jeśli znajdzie się taki, który po przeczytaniu niniejszej
książki będzie śmiał palić.
3. O GOLENIU SIĘ
Ktoś powiedział: „Dobrze się namydlić i mieć ostrą brzytwę,
czy nożyk do maszynki
— oto wszystko.”Otóż nieprawda:golenie
się jest rzeczą stokroć zawilszą.Nie każdy człowiek obowiązany wprost
do posiadania całkowitej o nim wiedzy naprawdę ją ma w wymaganym dla
jego potrzeb stopniu. Obserwacja wielu znajomych i fakt ten, że po
dwudziestu pięciu latach golenia się teraz dopiero doszedłem do
niektórych podstawowych
wiadomości, skłania mnie do poświęcenia temu trudnemu problemowi kilku
stronic
tego appendixu. (Szalenie lubię appendixy, dygresje, wyjaśnienia,
dodatkowe wnioski
i poprawki — tylko nie w portretach, a
szczególniej na żądanie klienta — to jest wprost
wykluczone.) A więc oczywiście trzeba mieć dobry pędzel i dobre mydło.
Następnie
bardzo gorącą wodę, w której umoczywszy pędzel należy
zwilżyć nim miejsca mające
być golonymi; po czym posmarować je mydłem i mydlić jaki najdłużej.
Oczywiście nie
godzinę lub dwie. To są rady banalne dla zupełnych już
prymitywów golenia się. Ale tu
następuje rzecz, o której nie wie każdy z samogolarzy
— amatorów: trzeba znać topografię swojej twarzy,
to znaczy wiedzieć dokładnie, w którą stronę rosną włosy w
danym
miejscu, co nie u wszystkich bywa jednakowe. Zbadawszy to, należy od
razu wszystkie
miejsca (nawet wąsy) golić pod włos, i to raz tylko, a nie golić raz w
kierunku rośnięcia, potem mydlić znowu i golić za drugim razem dopiero
pod włos. Jest to tylko niepotrzebne rozdrażnienie skóry i
strata czasu. Następnie nie każdy wie, że żyletkę specjalnie należy
trzymać pod kątem mniej więcej 45° do kierunku ruchu. Nie każdy
również wie, że rączkę żyletki trzeba regulować co do siły
jej zakręcenia i że im więcej jest
rozkręcona, tym ostrzej goli, i że stan większego rozkręcenia nadaje
się bardziej do golenia zarostów starych i twardych. Oto
wszystko: Ale to wszystko jest niczym o ile ktoś
nie posiada maszynki do ostrzenia nożów
„Allegro” — to jest wprost cud. Każdy
golący
się, a szczególnie golący sobie wąsy, wie, jak piekielnym
problemem, którego rozwiązanie korzystne lub niekorzystne
rzuca światło lub cień na cały dzień, bez względu już na
jego wypełnienie, jest golenie się. Mogę powiedzieć (a nie jestem
bynajmniej agentem
firmy produkującej te maszynki), że zacząłem dosłownie nowe życie od
czasu, jak używam błogosławionego „Allegro”.
Tajemnicą jest dla mnie, dlaczego żadna firma nożowa,
poczynając od genialnego skądinąd Gillette’a, nie wyrabia
kopert dla noży tak zaklejonych i ostemplowanych, żeby uniemożliwić
podkładanie starych noży, na jeden raz naostrzonych na nowo i
owiniętych w tłusty papier, do starych kopert. Kupuje się pięć żyletek,
z których jedna lub dwie są dobre, a reszta po jednym użyciu
okazuje się do niczego. Humor całego dnia, powodzenie,
twórczość, sprawy państwa zależne są od takiego drania,
który żyje sobie cudownie z podrabianych noży. Wściekłość od
rana, porżnięcie pyska, pieczenie tegoż przez cały dzień itp. nie
istnieje z chwilą, kiedy się ma
„Allegro”. Kosztuje dużo (około 28 zł teraz), ale
opłacą się bezwzględnie. Jeśli nie amortyzuje się dość szybko (jeden
nóż można używać dwa, trzy miesiące!), to bezwzględnie
opłaca się już choćby w nie dających się przeliczyć na pieniądze
wymiarach psychicznych. Wszystkie inne maszynki, które
wyprobowałem, są wobec niego niczym.
4. O HEMOROIDACH
Kiedyś przed laty wpadł do mnie rano mój przyjaciel (podobno
był nawet hrabią)
Xawery X. i zakrzyknął w te banalne słowa: „Eureka!
eureka!” Muszę dodać w dyskrecji, że cierpiał od dawna na
hemoroidy (czyli hemeroidy, jak mówią ludzie dystyngowani) i
że obecnie rewelacje moje nic go już obchodzić nie mogą, ponieważ
zginął w wojnie [...] w r. 1919. Był kawalerzystą, i to dobrym.
Przeklęte „guziki” czy
„śliwki”, jak mawiał, przeszkadzały mu bardzo, a na
operację w czasie wojny zdobyć się nie
mógł.„Eureka”— ryczał i
tańczył biedaczek z radości.Kiedy się uspokoił,zapytałem go
się z polska: „Co zacz?”
„Odparł” natychmiast: „Pomyśl, Stasiu: u
pięciu doktorów się
leczyłem: dawali mi czopki, radzili operację, a żaden z nich nie
powiedział mi tego, co
sam odkryłem dziś.” (Było to w kwietniu 1918 r.)
„Zapychanie — oto tajemnica wszystkiego. To, co
dawniej robiłem siodłem przez godzinę, dziś zrobiłem palcem w dwie
minuty.” (Oczywiście nie ręczę za dosłowność tej rozmowy
— jednak utkwiła mi ona tak
w pamięci, że możliwe są chyba tylko drobne dewiacje od rzeczywistego
jej tekstu.)
„Smaruję się zawsze oliwą przed, potem myję się zimną wodą,
ale nigdy mi nie przyszło
na myśl zapchać wszystkiego palcem. Otóż dziś, prawie mimo
woli, wiedziony jakimś
tajemnym przeczuciem sprobowałem. I, o cudzie! — wszystko
wlazło, nic mnie nie boli
i nie potrzebuję na razie operacji. Pojutrze jadę na front i nic mnie
nie obchodzi. Jeśli
zginę, to szczęśliwy.” I znowu zaczął tańczyć śpiewając znaną
piosenkę:
Ja by dawno uż był gieroj
No u mienia jest giemoroj.
„Czemuż Roztopczyn nie wiedział o tej metodzie”
— dodał po chwili, bo był bardzo wykształcony w historii.
Poradziłem system Xawerego kilku moim znajomym i byli
wprost zachwyceni. Dziś podobno leczą tę straszną („samaja
niepoeticzeskaja bolezń”
— jak mówił jakiś literat rosyjski) chorobę
zastrzykami. Ale kto nie ma na razie odwagi
na operację albo nie może sobie pozwolić na zastrzyki, temu polecam
system biednego
śp, Xawerego.
5. O TZW. „PUSZENIU SIĘ”
Pierwszy Boy zwrócił uwagę na charakterystyczny dla nas
Polaków fakt niczym nieusprawiedliwionego tzw.
„puszenia się” pewnych ludzi. Np. Dziedzierski,
szlachcic co
najwyżej średni, ma trochę pieniędzy, może się porządnie ubrać, manier
pewnych nauczył się. Nawet jest „skoligacony”, bo
ktoś tam ze sfer naprawdę wysokich popełnił kiedyś w przystępie szału
mezalians i ożenił się z jakąś Dziedzierską. I nagle pan taki zaczyna
„bywać”, jedzie coraz wyżej i wyżej. Bóg
z nim, jeśli bywanie robi mu przyjemność — dla mnie bywanie
byłoby torturą nie — do — zniesienia. Ale im więcej
bywa,
tym więcej się puszy. Zaczyna z pogardą patrzeć na
szlachciców równych mu, a nawet
lepszych od niego, maniery ma coraz lepsze, w głowie za to robi mu się
coraz puściej
i po pewnym czasie zaczyna wierzyć, że jest prawdziwym arystokratą
— jeszcze chwila,
a już z pobłażaniem patrzy na pomniejszych hrabiów, już mu
nie imponują Lubomirscy
czy Sanguszkowie, już marzy o małżeństwie z jakąś Habsburżanką
(wszystko przecie
jest możliwe) i nagle widzimy, że Dziedzierski jest faktycznie
arystokratą. Wywodzi się
od jakiegoś pra — Dziedzierza z czasów przed
— Mieszkowych, opowiada dzikie rzeczy
o przodkach swych i, co najdziwniejsze, wszyscy prawdziwi panowie
wierzą mu i traktują, przynajmniej pozornie, jak równego
sobie. Może się tam który czasem uśmiechnie pod wąsem lub o
ile takowego nie ma, po prostu staropolskim zwyczajem w kułak, ale na
ogół Dziedzierski ma wrażenie, że jest wielkim panem, a o to
właśnie chodzi.
Lubię czasami prawdziwych wielkich panów — nie
jestem arystokratycznym snobem
— chyba może un to ut petit bout de soupcon, jak każdy
zresztą bezpióry dwunóg, ale
w prawdziwie wielkich panach jest coś sympatycznego, coś
paleontologicznego — tego
się nie da w krótkim szkicu adekwatnie wyrazić. Ale bądź co
bądź byli oni czymś kiedyś i jako tacy mają bezwzględnie inny odcień
niż ci, których przodkowie niczym nigdy
nie byli, tylko miazgą, na której wyrastały tamte kwiatki.
Nie można odmówić arystokracji pewnych specyficznych
właściwości, bo się wpada w przesadę i popełnia się niesprawiedliwość.
Tak jak nie można powiedzieć, że byle kundel jest to samo, co bardzo
rasowy taks czy san — bernard; tak samo nie można twierdzic,
ze jakiś książę a Ciumpała to jedno. Chodzi o to tylko —
jeśli już jesteśmy w tych nie istotnych sferach i problemach
— aby byle kundel nie udawał prawdziwie rasowego bydlęcia.
Uwagi te mogą
się wydać niektórym nie na czasie.Nieprawda.Właśnie
teraz,gdy mamy republikę i gdy
zniesiono oficjalnie przywileje i tytuły, ogarnął wielu ludzi, nawet
tych, którzy przedtem nigdy się podobnymi głupstwa i nie
zajmowali, jakiś niepokój co do ich pochodzenia.
Są ludzie, którzy doskonale żyją z samego potwierdzania
tytułów, wyrabiania szlacheckich dyplomów i
dociągania genealogii do najdalszych krańców możliwości, aż
do pęknięcia. Dlatego właśnie pożądanym byłoby teraz zhierarchizowanie
wszystkich rodów
i uniemożliwienie dalszego puszenia się Dziedzierskich i innych, co
jest czasami dla
niektórych bardzo nieprzyjemne. Mnie osobiście to nie
dotyczy — ja nie „bywam”, ale
dla niektórych problemat ten jest stosunkowo dość jadowity.
Dlaczego za granicą nie
ma tego podobno zupełnie. Tam tyle się ktoś puszy, na ile ma prawo i
koniec. Wypuszy
się, ten drugi, o ile chce, odda mu należną jego stanowisku w tym
wymiarze cześć i potem mogą już swobodnie mówić, o czym
chcą. A tu u nas puszyć się trzeba ciągle, ciągle podtrzymywać
swój autorytet przy pomocy specjalnych uśmiechów,
niedomówień,
drgnięć twarzy itp. Ile energii na to idzie — strach
pomyśleć. Saint — Simon stracił pół
życia podobno na udowodnianie, że jest o jeden stopień wyższej marki
diukiem od
ks. de Luxembourg i miał ze swego punktu widzenia rację, że o to
walczył. Czy mu się
udało, nie wiem. Ale w każdym razie tam było to na miejscu, były jakieś
kryteria, według których można było udowodnić wyższość lub
niższość w tych wymiarach. U nas
panuje pod tym względem chaos. Niech się zbierze jakaś Wielka
Heraldyczna Rada,
niech popracują, zhierarchizują według pochodzenia i koligacji, niech
wydadzą odpowiednie wspaniałe almanachy (zarobią na tym idiotyzmie
kolosalne sumy) i niech
ukrócą puszenie się. Ktoś wchodzi i mówi:
„Seria A, oddział drugi, nr trzeci” —
wszyscy
wstają, kłaniają się i już jest z tym skończone. Ale nie te ciągłe
wysiłki wywyższenia się,
te ciągłe szprynce i szpryngielki, aby udowodnić innym i samemu
uwierzyć, że się jest
nie tym, kim się jest, tylko czymś o wiele lepszym — i to w
takim wymiarze! Wstyd!
6. TROCHĘ RECEPT I JUŻ KONIEC
Na zakończenie chcę podać do wiadomości parę recept, które
mnie i moim znajomym oddały nieocenione usługi. Otóż kiedy
miałem ból artretyczny w ramieniu, śp.
dr Janowski z Warszawy przepisał mi następującą maść, która
okazała się znakomitym
środkiem na tego rodzaju cierpienia. Wcierać trzeba trzy minuty kawałek
wielkości
bobu (koniecznie) aż do suchości.
Acidum salicyl. 10,0
Oleum. Terebinth. 10,0
Vaselini 500
Albo:
Ung. parci 40,0
Acid. salicyl. 12,0
Ol. Terebinth. 8,0
Extr. Belladon. 0,6
w wypadkach ciężkich bólów.
„Aliści” okazały się jeszcze inne właściwości tej
maści. Może się wydać to przesadzonym, co powiem”
szczególniej na tle krążących o mnie plotek, ale faktem
jest, że mam
bardzo delikatną skórę. Od najmniejszego podrażnienia mogę
(ale nie muszę) dostać
wyrzutów. (Słońce, wiatr, zmiana wody, np. z zakopiańskiej
na warszawską lub z cejlońskiej na australijską itp.) Pomyślałem sobie
że salicyl może dobrze na tego rodzaju rzeczy robić. Jako też okazało
się, że tak. Maść owa usuwa wszelkie brutalniejsze wyrzuty, zgrubienia
skóry, skórki koło paznokci i nagniotki
(przynajmniej u innych — ja nie
znam tej klęski). A nawet dobrze robi na drobne rany, o ile się nią
jeszcze takowe na dodatek po zajodynowaniu posmaruje.
Drugim wynalazkiem zrobionym przez pewną moją ciotkę jest działanie na
wszelkie wyrzuty (pomijam trąd,syfilis,raka,sarkomę itp.) maści
śp.prof.Wicherkiewicza na
oczy. Dobra była na oczy, ale co najmniej równie dobra jest
na twarz i w ogóle wszelkie
miejsca pokryte nie bardzo jadowitymi wyrzutami, np.
szczególniej dobra jest na uporczywe strupiaste wyrzuty
pokataralne i poopaleniowe około ust i nosa, tzw. Herpes.
Wcierać lekko na noc. Przepis brzmi:
.igenoli „Roche’ 0,50
Xeroformi „oryg.” 0,60
Hydr. pr. flav. 0,15
Lanol. Vasel. a 7,50
Trzecim przepisem, który muszę podać, jest płukanie pewnego
mojego znajomego
dentysty. Płukanie to (dziesięć kropli na szklankę wody) może być
używane codziennie
(trzy; cztery razy na dzień) do zębów, w razie kataru do
nosa, a w razie lekkich podrażnień gardła do tego ostatniego. Przepis
brzmi:
Tinct. Rathan. 10,0
Tinct. Myrhae 5,0
Mentholi 1,0
.ymoli 0,5
Spir. vini recto 50,0
Na silny katar należy wpuszczać do nosa pipetą krople następujące:
Glycerini 10,0
Protargoli 0,1
Nie myślcie, kochani czytelnicy, że to, co w
„dziełku” tym napisałem, jest wszystkim,
czym chciałbym się z wami podzielić. Jest to zaledwie cząstka, ale
dotyczy rzeczy, o których najmniej otwarcie się
mówi i pisze. Byle dureń może właśnie na ten temat napisać w
jakiejś krytyce literackiej w poważnym organie, że właśnie książka ta
jest dowodem, że nigdy nie paliłem, a jestem za to pijakiem i
kokainistą, że nigdy nie zażywałem
peyotlu, a za to, że się nigdy nie myję i nie gimnastykuję, że się nie
golę i mam brodę do
pępka, że mam hemoroidy i nigdy nie miałem pryszczów na
twarzy i że recept takich
nikt nie napisał. Takie czasy, tacy ludzie. Trudno — muszę
wśród nich niestety żyć i robić dalej to, co mi nakazuje
głos sumienia.
Więc tymczasem żegnam was — może na długo, a może na zawsze.
Kto wie? Nie palcie, nie pijcie, nie zażywajcie kokainy —
sprobujcie w razie czego peyotlu. Myjcie się porządnie i
gimnastykujcie, golcie się moją metodą, nie puszcie się, bo szkoda
czasu, i kupcie sobie zaraz po przeczytaniu tej książki
„Allegro”i wymienione specyfiki.Wszystkich
zaś wzywam, aby dążyli do zorganizowania ligi mającej na celu
prohibicję tytoniowo
— alkoholową.
I have spoken — reszta należy do was.
NIEMYTE DUSZE
STUDIUM PSYCHOLOGICZNE NAD KOMPLEKSEM
NIŻSZOŚCI (WĘZŁOWISKIEM UPOŚLEDZENIA)
PRZEPROWADZONE METODĄ FREUDA ZE
SZCZEGÓLNYM UWZGLĘDNIENIEM
PROBLEMÓW POLSKICH
Poświęcone pamięci
Dr Karola de Beaurain
MOTTO:
(takie samo jak w książce o narkotykach)
„Wszelako dziwne jest w tej książce materii
pomięszanie,”
Henryk Sienkiewicz, Ogniem i mieczem
WSTĘP
Praca niniejsza nie będzie żadnym systematycznym wykładem teoretycznym,
tylko
raczej streszczeniem paru, nie własnych zresztą, teorii i wyliczeniem
szeregu obserwacji psychologicznych, dokonanych nad samym sobą i
otoczeniem, a następnie próbą ich
historycznego wyjaśnienia w silnym oparciu o teorie Freuda, ze
szczególnym uwzględnieniem kompleksu
(„węzłowiska” — węzeł i wężowisko razem)
niższości (Minderwer
tigkeitsgeflihlkomplex, inferiority complex).
Zaznajomienie się z metodą Freuda, tzw. psychoanalizą, zawdzięczam
przyjacielowi
moich Rodziców (i poniekąd mojemu, wziąwszy pod uwagę dużą
różnicę wieku), drowi
Karolowi de Beaurain, którego pamięci z uczuciem głębokiej
wdzięczności, szacunku,
podziwu i sympatii pracę tę poświęcam. Lata całe nie doceniałem tego,
co ów pierwszy
nieomal pionier freudowskich idei u nas pośrednio dla mnie uczynił.
Zainteresowany
moimi snami zaproponował mi w r. 1912 systematyczny „kurs
praktyczny” psychoanalizy, na co się z radością jako na pewną
„nowalię” zgodziłem; ale przystąpiłem do
tego eksperymentu nie bez pewnej lekkiej nieufności i krytycznego
nastawienia. Nie
będę opisywał tu szczegółów przebiegu
„kuracji”, która zresztą z niczego
konkretnego
wyleczyć mnie nie miała, gdyż, wbrew opinii Rity Sacchetto (pierwszej
żony Augusta
Zamoyskiego, rzeźbiarza), która o mnie nigdy inaczej nie
mówiła jak: „dieser geisteskranke W.”,
jestem człowiekiem względnie normalnym.
Dla dr de Beaurain poza osobistą sympatią, którą, jak sądzę,
dla mnie „żywił”, byłem
jeszcze interesującą „eksperymentalną świnką
morską” (ein Versuchskaninchen) — dobrze, że nie
lądowa — prócz tego, że wyjątkowy ten i
niedoceniony u nas człowiek
chciał mi dać coś z siebie, ze swojej głębokiej wiedzy o ludziach i
życiu, ustokrotnionej potężnym aparatem teorii Freuda, tego
również nie wszędzie należycie docenionego, jednego z
największych geniuszy i dobroczyńców ludzkości naszej
epoki.. Dr de
Beaurain chciał mnie uratować w pewnym sensie od samego siebie. Możliwe
jest, że dobrze się dla mnie stało, iż tego w zupełności nie dokonał,
ponieważ prawdopodobnie musiałbym wtedy, mając
„rozwiązane” (jak to się u nich;
psychoanalityków, mówi)
wszystkie węzłowiska (kompleksy); wyrzec się pracy w moich zawodach,
tzn. w literaturze, malarstwie i filozofii, a przynajmniej zmienić
zasadniczo jej charakter; przestać
do pewnego stopnia być sobą. A stwierdzić muszę, że mimo wszelkich
ujemnych o niej
sądów, ta właśnie ostatnia praca dała mnie osobiście
niezmiernie wiele (niezależnie od
tego, co mogła lub może dać innym i samej nauce) i że bez niej, mimo
dość dziwnych
przygód i braku nudy, uważałbym moje życie,
którego — przynajmniej dotąd — nie
zamieniłbym z żadnym innym (nawet z życiem cesarza Pu — Ji),
za jałową pustynię.
Mówię tu specjalnie nie tyle o sztuce i literaturze, ile o
filozofii; powtarzam: dotąd, bo
na myśl o torturach, których tyle razy szczęśliwie
uniknąłem, a na które nigdy zresztą
nie zasłużyłem, robi mi się stale chłodno i gdyby takowe miały się w
moim życiu spełnić (oby nigdy to nie nastąpiło!), nie wiem, co i jak
bym zaśpiewał.
Bo (wracając do poprzedniego) mówią, że wszelka praca tzw.
górnolotnie „twórcza”
z węzłowisk nierozplątanych pochodzi i wraz z ich rozwiązaniem ginie,
jak potok wysychający latem w górskim korycie. Czy tak jest,
trzeba by z wszelką pewnością stwierdzić; a ponieważ skomplikowany
niezmiernie eksperyment nie może być powtórzony
w tych samych warunkach (przerobienie czyjegoś życia z psychoanalizą i
bez), więc
rozstrzygnięcie nie będzie tu nigdy zupełnie pewne. Możemy
mówić z pewną dokładnością o usunięciu u kogoś jakiegoś
kompleksu na tle wielu podobnych przypadków,
ale o czymś tak kapryśnym jak twórczość, artystyczna
specjalnie, nic na pewno, mimo
niezliczonych doświadczeń, powiedzieć się nie da. W każdym razie, o ile
nawet w rzadkich wypadkach usunięcie węzłowiska (kompleksu) chorobowego
— pojęcie to wyjaśnię zaraz dokładniej na przykładzie
— może przynieść uszczerbek tzw. twórczości, to
w większej ilości wypadków, u ludzi tzw.
„zwykłych”, nie oddających się jakiejś specjalnej,
szczególnie artystycznej, twórczości, może mieć
skutki tylko dodatnie. Oczywiście
stosowana na większą skalę przez dyletantów psychoanaliza
może przybrać znaczenie fatalne i doprowadzić do poważnych nerwowych
zaburzeń. Nie sztuka jest bowiem
kogoś psychicznie rozbabrać, ale sztuką jest załagodzenie jego cierpień
i odpowiednie
zsyntetyzowanie uprzedniej analitycznej roboty. Tego stadium właśnie
nie przeszedłem
z dr de Beaurain do końca z przyczyn od nas obu niezależnych i dlatego
może psychoanaliza ta (na razie) nie miała na mnie wpływu tak
dodatniego, jak to po niej zasadniczo można by się spodziewać, co
ujawniło się w pewnych bezpośrednio po niej zaszłych
zdarzeniach mojego życia, które też na długie lata
odwróciły moją uwagę od tej sfery;
a gdy do niej myślowo wróciłem, to raczej w
sposób jakby trochę ironiczny, co objawiło
się bezpośrednio nawet w pewnych sztukach teatralnych. Ale nieprawdą
jest, abym kiedykolwiek zupełnie psychoanalizę deprecjonował, jak mi to
imputowano razem z antysemityzmem i czort wie czym jeszcze. Oczywiście
są to rzeczy mało ważne, ale ponieważ mam zamiar napisać wielkie
pochwały dla tej nauki, a u nas ze zmiany istotnej
przekonań robi się często jakieś dziwne dowody czyjejś interesowności,
a nawet nieuczciwości, więc uważałem za stosowne dodać tych parę
wyjaśnień z dalekiej przeszłości.
Faktem jest, że mimo iż posługiwałem się do pewnego stopnia w
introspekcji i badaniu innych osobników psychoanalizą, w
najgrubszej zresztą postaci, i używałem nawet
jej terminologii, sfera ta była u mnie w stanie uśpienia przez długie
lata — wszystko to,
mimo pozornego stosowania, było martwe, jakby skamieniałe. Książka,
która dokonała
we mnie formalnej rewolucji i zasadniczo zmieniła mój
stosunek do samego siebie i innych ludzi, otwierając mi (jako
leptosomowi — schizotymikowi, w tej chwili mogę, powiedzieć
nieomal: „byłemu” — tak bowiem od tych
czasów spykniczałem) nieprzeczuwane horyzonty, było dzieło
Ernsta Kretschmera Korperbau und Charakter, wydane
u Springera w Berlinie. Nie będę tu wchodził w szczegóły
teorii tego genialnego psychologa i psychiatry, którego to
właśnie wymienione dzieło powinno być znane bezwarunkowo wszystkim
ludziom względnie inteligentnym, ale w szczególności tym,
których zadaniem życia jest przewodzenie masom, a materiałem
ich twórczości żywy, stający się człowiek, czyli zadanie
wychowywania w najszerszym znaczeniu tego słowa
— od nauczycieli szkoły ludowej, do szczytów
władzy państwowej. Aby zachęcić tych,
którzy będą w stanie zrozumieć doniosłość dzieła Kretschmera
i zaznajomić się z nim
osobiście, podam tu tylko krótkie streszczenie.
STRESZCZENIE TEORII KRETSCHMERA
Zasadniczą tezą Kretschmera jest, że charakter budowy
organizmów ludzkich związany jest z określonym charakterem
ich psychiki.
Musi tak być, ponieważ: a) prawdopodobnie świadomość jest tylko
świadomością
ciała, plus tegoż ciała bezpośrednie wspomnienia; b) że my jesteśmy po
prostu samoczującymi się ciałami; c) że to samoczucie się
„zindywidualizowanej materii żywej”
(innej jak zindywidualizowanej nie ma) jest faktem pierwotnym; d) że
cały tak zwany
„duch” daje się zbudować (przy założeniu istnienia
wspomnień i wyobrażeń jako koniecznych elementów jedności i
ciągłości świadomości) z czuć pierwotnych i
„luksusowych”, w których to czuciach
pierwotnych (dotyk zewnętrzny i wewnętrzny — czucia
powierzchni ciała, czucia organów, stawów,
ścięgien i mięśni u nas) nie różnimy się
prawdopodobnie od pierwotnych stworów. Za
„luksusowe” uważam czucia, które nie są
konieczne do założenia istnienia najpierwotniejszego żywego stworu (jak
są nimi dotyk
wewnętrzny i zewnętrzny), a więc np. czucia słuchu, wzroku, powonienia
itp.; e) że myślenie daje się skonstruować bez przyjmowania dlań
specjalnego rodzaju świadomości,
również z następstw czuć (byłych i wyobrażonych też) z
przyporządkowanymi im następstwami innych czuć aktualnych lub
możliwych.
Ciało z „duchem” stanowią zupełną jedność.
„Duch” jest to ciało odczuwane od
środka samo w sobie — tym właśnie jesteśmy sami w sobie i dla
siebie.
Możemy następnie rozpatrywać nasze ciało, pierwszy
„przedmiot” sam w sobie i dla
siebie istniejący, jako jedno z wielu otaczających nas ciał i
przedmiotów właściwych,
czyli raczej rzeczy.Wtedy przedstawia się nam ono jako złożony z
organów,prawidłowo
w pewnych granicach funkcjonujący organizm, żywa konstrukcja, w
przeciwieństwie
do przedmiotów martwych, na które podzielona
przedstawia się nam otaczająca materia.
Możemy do pewnego stopnia interpretować fizykalnie ten organizm według
zasad
fizyki, opisującej w terminach drobnych rozciągłości w ruchu i
stosunków ilościowych
(powstałych na tle pomiarów) świat materii martwej. Ale
całkowicie go w tych terminach wyrazić nie będziemy wstanie nigdy, jako
żywego właśnie, jak również i naszych
wewnętrznych przeżyć i stanów, psychologicznie analizowanych
w kompleksy (zespoły) czuć prostych: dotyków (wewnętrznych i
zewnętrznych), barw, dźwięków, smaków,
zapachów itd.
Tu kończę tę moją „wstawkę”, nie wyprowadzając z
myśli tu zawartych ostatecznych
konsekwencji filozoficznych: za daleko by nas to zaprowadziło. Pragnę
tylko zachęcić
szerszą publiczność do wgłębienia się w te zagadnienia,
które mogą następnie naprowadzić na problemy filozoficzne.
Zajęcie się tymi ostatnimi uważam za coś najcenniejszego, nawet dla
tych, którzy twórczo na tym polu pracować nie
mogą. Ciekawy jest fakt,
że większość ludzi mogących sobie na to pozwolić broni się przeciw temu
zaciekle, ulegając fałszywym nastawieniom, przesądom, a także namowom
różnych fałszywych proroków, którzy za
zawód swój, z którego żyją, uznali
pozbawianie swych tzw. „bliźnich”
jednego z najcenniejszych skarbów, jakimi nas obdarzyła
natura, dając nam w przeciwieństwie do innych stworów ten
drogocenny kawałek kory mózgowej, przy pomocy
którego stworzyliśmy naszą bajeczną pod wieloma względami, a
tak jeszcze społecznie
niedoskonałą kulturę.
Wracając po tej dygresji do teorii Kretschmera, która na tle
zrozumienia jedności
„ducha” z ciałem powinna stać się nam jaśniejsza i
pozbawiona wszelkiej w złym znaczeniu „metafizyki”,
znajdujemy u niego pewien podział rodzajów struktur
cielesnych
i odpowiadających im struktur psychicznych, który nie jest
bynajmniej sztuczny i dowolny: nie wynika z żadnych z góry
powziętych idei, tylko jest wnioskiem doświadczalnym, dostarczonym
przez obserwację ludzkiej rzeczywistości.
Oczywiście, aby niesłychaną komplikację struktur psychofizycznych
(raczej psychobiologicznych — odwieczna pomyłka wszelkich
paralelistycznych teorii, że mówią o jakimś
„psychicznym” i „fizycznym”, a
nie o „psychicznym” i;,organicznym”
— o ile już
tak się wyrażamy — stanowiącym jedność od środka i od
zewnątrz widzianą, i o „materii martwej” z drugiej
strony; fizykalnie dalej według poglądu fizykalnego
interpretowanej),ująć w tak prostą klasyfikację jak Kretschmer, na to
trzeba było być geniuszem
wysokiej miary. Było przed nim mnóstwo prób tego
ujęcia — charakterologia organiczna jest stara nieomal jak
kultura, ale żadna nie może dorównać Kretschmerowskiej
pod względem jasności i precyzji, a nade wszystko prostoty.
Niektórzy zarzucają mu lekkomyślnie, że klasyfikacja jego
nie jest absolutna, że są
wyjątki przeczące tezie zasadniczej, że podział jest przybliżony, że
nie obejmuje wszystkich. możliwości itp. To, że są wyjątki, Kretschmer
przyznaje sam, ale przecie teoria jego
nie jest jakimś „systemem dedukcyjnym”,
który wywala najmniejsza nawet sprzeczność,
tylko teorią empiryczną, opartą na badaniach statystycznych,
które ją jednak właśnie
en gros potwierdzają. Oczywiście wobec morza komplikacji podział jest
przybliżony.
Ale stworzyć w tym chaosie, jaki przedstawia ludzkość, podział tak
prosty, a tak konsekwentny i tyle typów obejmujący, jest
właśnie dziełem wielkim. Można go ulepszać,
tworząc podtypy, klasyfikacje bardziej zróżniczkowane, ale
zasadniczo trwa on jak mur
w porównaniu do opisywanej przezeń rzeczywistości,
która mieści się w nim prawie
bez reszty, a wszelkie typy pośrednie wchodzą weń jako kombinacje
dwóch typów psychicznych głównych (ze
swymi dwoistymi biegunowościami) z odpowiadającymi im
trzema typami struktur organicznych: głównymi i jednym
dodatkowym, mieszczącym
w sobie drobne grupy, ukonstytuowane w związku z ich stosunkiem do
kwestii patologii gruczołów dokrewnych.
A więc mamy przede wszystkim typ leptosomiczny (leptos —
wąski po grecku),
którą to nazwą zastępuje Kretschmer używaną dotąd nazwę:
„asteniczny”, zarezerwowaną obecnie dla rodzaju
leptosomów obdarzonych wyjątkową słabością i wątłością
budowy, co sama nazwa sugestionowała niesłusznie dla całego zespołu
leptosomów,
między którymi mogą być i typy bynajmniej fizycznie nie
chorobliwe.
Zasadnicze charakterystyczne cechy fizyczne tego typu są następujące:
ogólnie są
to ludzie o budowie wysmukłej, często wątłej. Brzuch mało wydatny,
często wpadnięty
— zapas tłuszczu skąpy. Klatka piersiowa deskowata lub nawet
wpadnięta. Ramiona
względnie szerokie, ale nie zanadto. Kończyny długie, o grubych
stosunkowo kościach.
Wiązania stawowe również grube. Same ręce i stopy duże, o
długich palcach i również
grubych wiązaniach. Głowa osadzona wysoko na łodygowatej, cienkiej
szyi. Profil trójkątny, tzn. nos względnie wystający i duży,
a broda i czoło cofnięte.
Drugi typ — atletyczny, jest tak banalny, że w
skrócie takim niewiele o nim powiedzieć można, bo każdy wie,
co to jest atleta. Średniego wzrostu ludzie, doskonale zbudowani.
Szeroka klatka piersiowa, szerokie bary. Kości doskonale rozwinięte.
Muskulatura
rozwinięta nieomal do przesady, szczególniej w
górnej partii ciała. Głowa osadzona
prosto, profil raczej trójkątny, silnie rozwinięte szczęki.
Duże stopy i ręce jak u leptosomów. Kości i wiązania grube.
Tym dwóm typom somatycznym odpowiada według rozległej
statystyki typ psychiczny schizoidalny. Tu musimy przed
scharakteryzowaniem tego typu wspomnieć coś
o stosunku zdrowych psychicznie ludzi do chorych, według rozważanej tu
teorii.
Zasadniczym twierdzeniem Kretschmera jest to, że szpital
wariatów jest powiększającym szkłem, przez które
patrzymy na zdrowe społeczeństwo. Mamy tam wszystkie
typy normalnie w życiu funkcjonujące wyolbrzymione, spotęgowane, a
nawet skarykaturowane. Właściwości, które czynią z
normalnego człowieka doskonałego pracownika
o jedynie czystym charakterze typologicznym, przesadzone w pewnym,
stałym zresztą
dla danej choroby, kierunku stwarzają z niego prawdziwe monstrum.
Przeciągnięte do
ostatnich granic linie konsekwencji charakteru jakiegoś doskonałego
działacza czy organizatora, „natychającego”
optymizmem całe otoczenie, robią zeń maniaka o fantastycznych
pomysłach, wiecznie podnieconego do wielkich czynów, a nie
tworzącego
nic wartościowego. Utrzymany na pewnej granicy typ, już tuż koło
niebezpiecznego
punktu przekroczenia, jest podziwianym przez wszystkich geniuszem,
dającym ludzkości nowe wartości — o parę linijek dalej czai
się złowrogi potwór, niezmiernie blisko
temu geniuszowi pokrewny, którego trzymać trzeba w
zamknięciu jako typ niesłychanie społecznie szkodliwy. Nie ma tej
przepaści między psychicznie chorymi a zdrowymi, którą
ustanawiała, zdaje się, dawna psychiatria. Ten sam zasadniczy podział
obejmuje zdrowe społeczeństwo, jak i wydzielony z niego, jakby jakiś
okropny wrzód, szpital wariatów, gdzie pokutują
za nie spełnione lub nie swoje — winy ci najnieszczęśliwsi
z nieszczęśliwych,którym jak to
mówią,„Bóg odebrał rozum”
— jako kara nie ma chyba
nic straszliwego. Iluż, nie wiedząc, jak ze sobą postępować, odbiera
ten rozum samym
sobie, aby potem długie lata gnić w obłędzie, dawno już po istotnej
śmierci, i męczyć
się bezpłodnie mogąc to jedyne życie przeżyć na szczytach własnych
możliwości. Broń
przeciw wszelkim złym potęgom wewnętrznym, przeciw tym najstraszliwszym
wrogom, którzy siedzą przede wszystkim w nas samych, daje
poznanie siebie i drugich poprzez Kretschmerowskie ujęcie
charakterów. Drugą taką bronią jest freudyzm. Żeby mi
nie wiem, co kto mówił, że ten stopień poznania można
osiągnąć przez samą autoanalizę i obserwację, jak to zwykli
mówić „oporowcy” — nie
uwierzę. Może dawniej, gdy
życie nie było tak skomplikowane, można było się obejść bez tych teorii
— jako też obchodziła się bez nich na swoje nieszczęście
ludzkość; ale dziś człowiek, który ich nie zna,
jest nieszczęsnym kaleką, — pełzakiem wobec chodzących
prosto.„uświadomionych”.
Oczywiście i charakterologia, i autoanaliza (i, nawet metody prawie że
freudowskie)
były przed Freudem,i Kretschmerem.Ale ci wielcy jasnowidzący ujęli
pierwotne,niedołężne majaczenia ludzkie na te niesłychanej życiowej
wagi tematy w jasne, dostępne dla
każdego, zastosowalne w pewnym stopniu dla zupełnych laików
systemy myśli, przerażające wprost swą prostotą i logiką. Wobec takich
przedziwnych w swej prostocie tworów geniuszu dziwimy się
tylko, że dotąd nikt tego od samego zarania myśli nie widział,
że my sami po prostu tego dawno nie wynaleźliśmy, że tak długich
wieków trzeba było,
aby tak rzecz pozornie oczywistą wyprodukować. Tę właściwość mają
właśnie prawdziwe arcydzieła sztuki i rozumu — po tym nieomal
poznać można ich bezcenną war-
tość; są wcieleniami jakby odwiecznie bytujących form i prawd: pierwsze
w swej jedyności absolutnej i powszechności wyrażanej metafizycznej
treści, drugie w swej absolutnej prawdzie najwyższej
ogólności, obejmującej w prostych formułach pojęciowych
pozornie beznadziejnie chaotyczne splątowiska częściowej lub całej
rzeczywistości.
Wracając do schizoidów: są to typy milczące, zamknięte w
sobie, raczej ponure.
Zmiany nastrojów następują u nich gwałtownie, pozornie bez
powodu. W ciągu jednej
sekundy z ostatecznej ponurości mogą przejść do (ich względnej)
wesołości, z gniewu
do zupełnej pogody. Tak samo u zdeklarowanych szaleńców tej
grupy objawy zmieniają się z przerażającą gwałtownością. Sam ostry
wybuch choroby może nastąpić nagle
i nieoczekiwanie w ciągu paru sekund. Jest to podobno w związku z tym,
że nerwy
schizoidów są prawie pozbawione lipoidalnych (coś w rodzaju
tłuszczu) obsłonek izolacyjnych, które posiadają (za to)
pyknicy — cyklotymicy. Procesy nerwowe przebiegają u
schizoidów szybko; są to jakieś gwałtowne krótkie
spięcia, połączone z wielkimi
wydatkami energii, po których następuje szybko depresja i
zmęczenie.
Uczucia schizoida (słowo pochodzące od greckiego słowa oznaczającego
rozszczepienie) to według pięknego wyrażenia Kretschmera
(który w opisach swych różnych psychik osiąga
nieomal artystyczne wyżyny) — „ogień płonący
wewnątrz bryły
lodowej”, na zawsze w niej uwięziony. Może schizoid przeżywać
wewnątrz tej lodowej powłoki straszliwe tragedie i wstrząsy (straszliwe
dla niego; dla przeciętnego pyknika — typ przeciwny
— byłyby to widmowe fosforescencje jakiegoś urojonego świata)
— żaden adekwatny wyraz ich nie stanie się własnością
otoczenia. Niepoznawalny
nawet sam dla siebie, często przez siebie do końca nie poznany,
przechodzi schizoid nieraz przez życie jak tajemnicze widmo, unosząc do
grobu swe bezużyteczne skarby, męcząc się ich bezpłodnością i martwotą.
To zamknięcie się w sobie, w swoim własnym świecie myśli i wyobrażeń,
we własnej, nieporównywalnej z żadną inną, wizji
rzeczywistości, nie wyklucza zupełnie braku
chęci ze strony schizoida oddziaływania na tę nienawistną mu
rzeczywistość. Są schizoidzi specjalnego typu, którzy
właśnie chcą ją zmienić według ich własnej koncepcji,
narzucić jej tę swoją wizję wewnętrzną, która ich
„obseduje” (potworne słowo!), zgwałcić ją i
przetransformować: są to wielcy sekciarze, fanatycy wiar, reformatorzy
społeczni, prorocy nowych obyczajów. Bo trzeba zauważyć, że
tak jak pyknicy, tak i leptosomy posiadają dwa przeciwne sobie bieguny,
mieszczące się w obrębie ogólnej ich charakterystyki:
bieguny schizoidalne; są hiperestetycy (nadczułki) i anestetycy
(nieczuje). Do
pierwszych należą typy „arystokratyczne” (duchowe),
smakosze życia, używający wymyślnych przypraw psychologicznych i
estetycznych, drżący od najlżejszego mrożącego
powiewu, wiecznie otuleni w jakąś duchową watę, unikający hałaśliwej
dobroduszności
i wylewności uczuć pykników. Najmniejsza złośliwość czy
zadraśnięcie ich ambicji jest
dla nich krzywdą nie do przebaczenia; długo ją pamiętają i nie wracają
nigdy do środowisk, które ich nie odpowiednio, bez
należytych ostrożności, przyjęły. Drugi typ to
zimnych pedantów (do tych należą fanatycy idei, wymienieni
poprzednio), którzy by
wszystko załadować chcieli do swych abstrakcyjnie, bez związku z
życiem, skonstruowanych duchowych szufladek, choćby rzeczywistość miała
wyjść po tej dobroczynnej przemianie ze zwichniętym kręgosłupem i
połamanymi członkami. Odważni na
zimno do szaleństwa, nieczuli na ból swój własny
i innych, zawzięci do okrucieństwa,
charaktery nieugięte, wpatrzone w dal fantastycznych lub też z precyzją
obliczonych
planów, idą przez życie jak jakieś dziwaczne maszyny,
spełniające zda się czyjąś wolę,
będące niby narzędziami zaświatowych, działających przez nich potęg.
Jedno gorsze
niby od drugiego — ale czy bez takich typów
ruszyłaby z miejsca leniwa masa ludzka
ku jakimkolwiek celom przekraczającym potrzeby codziennego dnia:
możliwego żar-
cia i byle daszku nad głową? Bardzo wątpliwe. Są oni (raczej byli
dotąd) produkowani, aby „coś się z ludzkością
działo”, aby w ogóle ludzkość jako taka powstała.
Możliwe,
że w dalszym jej rozwoju, po samouświadomieniu się masy i wobec
możliwości jej samorządzenia się, i to faktycznego, a nie rządzenia
przez zdegenerowanych w potwory, to jest w przedstawicieli kapitału
— nowotwora, dawnych prawdziwych władców
— typ schizoidalny będzie musiał zginąć na równi z
religią, sztuką, a może i filozofią
(po co to: może — na pewno tak), które to
dziedziny w swych najistotniejszych przejawach też przeważnie dziełem
leptosomów — schizoidów były. Możliwe,
że pyknicy (a
dalej kobiety? — kto wie?) zwyciężą w miarę dalszego
uspołecznienia się ludzkości. (O
tych problemach będzie jeszcze mowa później.) Ważnym jeszcze
dla psychiki schizoida
jest to, że są to typy zasadniczo rozdwojone — właściwie
rozszczepione (skąd nazwa:
„schizo”), bo o podwójnej w ścisłym
znaczeniu osobie psychicznej nie ma tam mowy:
przeciwieństwa mieszczą się w jednej osobowości jednocześnie
— to jest najciekawsze. Schizoid jednocześnie potrafi kochać
i nienawidzić, pożądać i czuć wstręt, uwielbiać i pogardzać. Nazywamy
to systemem podwójnego wartościowania (ambiwalencja),
wprowadzającym do życia całe morza komplikacji. Doprowadzony stan ten
do ostatnich konsekwencji daje dwie psychiki w obrębie jednej
osobowości, nie wiedzące jakby
nic wzajemnie o sobie.
Typem „rozwiniętego” aż do nienormalności schizoida
normalnego i życiowego,
a nawet społecznie pożytecznego — jest schizofrenik,
skończony wariat, typ zamknięty w sobie aż do zupełnego odcięcia od
świata w kompletnym bezruchu zewnętrznym
i wewnętrznym, graniczącym z ogłupieniem (hebefrenia) i kompletnym
idiotyzmem.
Sam widziałem typy takie, zwiedzając szpitale wariatów
— wrażenie jest wprost przerażające. Żywy trup o absolutnie
bezmyślnym, nieobecnym spojrzeniu, zwinięty kunsztownie w pozycji,
której by niejeden fakir nie wytrzymał, trwa w niej
miesiące, a czasem
lata. Niektóre typy takie metodą ciągłego kołatania do
zamkniętej ich „duszy” udało się
Jungowi powrócić do pewnego stopnia do życia. Pewien
osobnik, który trzydzieści lat
zawzięcie milczał, odpowiedział wreszcie ponuro na pytanie
„czemu”, zadane po niesłychanych wysiłkach zdobycia
jego wewnętrznej fortecy, w której się zamknął ze wstrętu
do życia i ludzi: „aby oszczędzać choć trochę niemiecki
język” — brzmiała niesamowita
odpowiedź. Drugi typ schizoidalny: nadczułków, daje w
odpowiednim spotęgowaniu
furiatów, o byle co dostających ataku szału.
Przechodząc do pykników konstatujemy za Kretschmerem, że
będą to ludzie o budowie raczej krępej i niskiej. Beczkowata klatka
piersiowa przy stosunkowo wąskich ramionach, krótkie
kończyny, drobne stopy i ręce i delikatne wiązania w przegubach
charakteryzują ten typ, zasadniczo fizycznie i duchowo poprzedniemu
przeciwny. Głowa
osadzona na krótkiej szyi, z lekka ku przodowi przesunięta.
Profil „dobrze wyrobiony”,
na jednej mniej więcej linii prostopadłej bez wielkich odchyleń.
Do tego typu należy psychika cyklotymiczna, stanowiąca zupełne
przeciwieństwo
duchowego typu schizoidalnego leptosomów. U pyknika
wszystkie procesy przebiegają wielkimi falami, w przeciwieństwie do
gwałtownych uskoków i
„szusów” schizotymika. Ale nie znaczy
to, aby tłamsił on w sobie długo jakieś urazy czy gniewy —
nie
— on wyładowuje wszystko od razu i potem jest
spokój i pogoda. Jest to psychika odkryta,nałażąca na
ludzi,żądna kontaktu z rzeczywistością.„Dusza na
raspaszku”— jak
mówią Rosjanie.
Pyknik też w pewien sposób narzuca się otaczającemu światu,
ale nie jako prorok,
gwałciciel i transformator, tylko raczej jako pośrednik, uzgadniający
już istniejące stosunki, tzw. „rzeczywistość
zastaną”; on wszystko, co jest, urządza, uzgadniając
przeciwności, organizuje, kituje, zalepia dziury, stwarza całości z
rozstrzelonych elementów, buduje nie niszcząc, w
przeciwieństwie znów do schizoida, lubiącego tworzyć swe
sztuczne konstrukcje na zrównanych z ziemią miejscach, gdzie
ślad żaden nie przypomina tego, co było. Oczywiście to stosuje się do
pyknika „podmaniakalnego” (hipomaniaka), czynnego,
pogodnego i wesołego. To jest jeden biegun, drugi — to w
ostatecznym rozwinięciu tzw. typ ciężko krwistego (schwerbliitig)
cyklotymika; ciężka, periodycznie potęgująca się melancholia.
Cyklotymika charakteryzuje szeroka rozlewność jego życiowej fali,
nastroje nie mają
linii granicznych szarpanych, tylko przelewają się jedne w drugie
potężnymi, oleistymi
falami ciężkiej, dalekiej burzy. Wielkie radości i wielkie smutki są
jego udziałem, wielkie w stosunku do drobnoziarnistej struktury
obojętnego czy nadwrażliwego leptosoma, bo co tam ostatecznie
bezwzględnie wielkiego jest w człowieczych, psich czy kocich, a nawet
pluskwich uczuciach — wielkie naprawdę mogą być
„uczucia metafizyczne”: poczucie dziwności bytu na
tle przeciwstawienia się jednostki całości świata, nieskończonej i
niepojętej, tak zresztą niepojętej w istocie swej, jak i ta sama
jednostkowość Istnienia Poszczególnego (IP), czyli
— po prostu żywego stworu, a w dodatku
stworu myślącego (w znaczeniu podanym wyżej —
nominalistycznym), ale nie uczucia wzajemne istot szukających w nich,
na tle pierwotnych instynktów, ratunku przed
potworną, metafizyczną samotnością każdego (IP) w nieskończonym w
Czasie i Przestrzeni Istnieniu.
Taka byłaby ogólna charakterystyka typów
zasadniczych, krańcowych, pomiędzy
którymi rozciąga się cała skala typów mięszanych
o różnych proporcjach dwóch (po
dwa jeszcze, zależnie od biegunów) składników
podstawowych. Do tych rodzajów dochodzą jeszcze typy
niezupełnie określone, dysplastyczne, którymi tu zajmować
się nie
będziemy.
Na mocy naturalnej zasady mięszania się typów można w
schemat ten wpakować
zasadniczo całą ludzkość, z jej pozornie nie uporządkowaną i nie dającą
się w żadne
normy ująć różnorodnością.
Nieporządna szarpanina schizotymika jest u pykników
zastąpiona systematycznym
falowaniem, mającym czasem, szczególniej w wypadkach
wyraźnie chorobowych, zupełnie regularną periodyczność. Jeśli chodzi o
wszelką twórczość; jest ona — w przeciwieństwie do
formalności dochodzącej czasem do beztreściwej formalistyki leptos!)
— mów — bardziej realistyczna, tak pod
względem uczuciowym (na głęboko lub na
wesoło) w sztukach dionizyjskich, jak realistyczno —
przedmiotowa, z przywiązaniem
do materii jako takiej, w sztukach apolińskich. Brak wszelkich tzw.
„nerwów”; po wyładowaniu uczuciowym
— pogoda lub cicha melancholia, zależnie od biegunowego
podtypu (podmaniakalnego czy depresyjnego), ale w każdym razie dalekie
to wszystko od
drżączkowego, kapryśnego w liniach przebiegu zdenerwowania długonosych.
Forma
obłędowa występuje w dwóch typach psychozy cyrkularnej,
bardziej maniakalno
— podnieconym i melancholijnym. Taka byłaby ogólna
charakterystyka typów zasadniczych.
Znajomość teorii Kretschmera, połączona z możnością odgadywania według
dość
rzucających się w oczy cech zewnętrznych całej skomplikowanej psychiki
danego osobnika, a choćby jego rysów zasadniczych, może
oddać w życiu każdego absolutnie człowieka nieocenione usługi, usunąć
wiele nieporozumień ze samym sobą i z innymi, zatłamsić (zatłumić) w
zarodku całe masy tragedii lub możliwych długotrwałych cierpień z
powodu nieuzasadnionych pretensji do siebie i otoczenia. Banalnym jest
powiedzenie o trudności poznania siebie — jeszcze trudniej
zrozumieć, do jakiego gatunku należymy społecznie, poza przesądami
przypadkowego urodzenia w danej sferze.
Przypadkowego — mówię — w stosunku do
czasów obecnych, gdzie kultura duchowa
rozlana jest w pewnej wysokości mniej więcej równomiernie.
Do niedawna było to decydującym w kwestii kształtowania się charakteru
i umysłu i (w ogóle) całego uczuciowego i światopoglądowego
nastawienia do rzeczywistości. Do tej pierwszej orientacji w sobie i w
innych daje od razu klucz teoria Kretschmera. Weźmy parę
przykładów
— będą one wymyślone, więc może trochę przejaskrawione lub
zbyt schematyczne, ale
może lepiej przez to uzmysłowią to, o co mi chodzi.
Na przykład: 1. Matka — długonosa schizoidka, wyrafinowana i
subtelna intelektualistka ma syna pyknika, podobnego do ojca,
którego już znienawidziła za jego przeciwny jej, jowialny,
otwarty, trochę „rubaszny” (ohydne słowo, ale
trudno) charakter.
Chciałaby ze wszelką cenę, aby syn, który jest fizycznie
wykapany tata — z lekką komponentą (składową całości)
schizoidalną, pozwalającą mu trochę (ale nie bardzo) rozumieć matkę od
środka — chociaż „moralnie” nie był taki
jak jego twórca. Nie rozumie biedaczka, że profil i tzw.
„dusza” to jedna i ta sama rzecz, oglądana raz od
„środka”, a drugi raz z „boku”,
i dalejże huzia na nieszczęsnego pykniczeńka (nieszczęśliwego
pykniczeńkę), który w innych rękach stałby się byczym
snardzem (to słowo proponuję
zamiast ohydnego dość słowa „facet”; na zarzut, że
zanadto do smardza podobne, odpowiadam: a facet do faceta podobny był i
nic mu się nie stało). I mały, który jest realistą i
komikiem, dalekim od zimnej schizoidalnej estetyki uczuć i formalnych
wyrafinowań, dostaje codziennie porcję jakiejś
„dressirowki” od długonosej mamy —
despotki,
że mu oko systematycznie bieleje, bieleje, aż wychodzi wreszcie do
szkoły i tam odnajduje siebie wśród podobnych mu
typków, a dom staje się dla niego zamiast przystanią
— ponurą zmorą przeszłości.
Gdyby mama owa wiedziała, że są pewne niezmienne psychiczne typy,
których żadna
tresura na coś diametralnie przeciwnego nie urobi, zostawiłaby może
pewną swobodę
ducha nieszczęśnikowi i traktowała go raczej jako okaz do swej kolekcji
typów, i pokochałaby go w jego inności zamiast łamać mu
duchowy kręgosłup w formie, do której on
nie pasuje.
2. Weźmy przykład odwrotny: matka pykniczka, syn zakręcony w sobie,
zalękniony
przed rzeczywistością schizoid. Jeszcze gorzej się wiedzie biednemu
„schyziowi” — wychowańcowi w takiej
kombinacji. O ile poprzedni typek był trochę brutalnym życiowcem i
mógł sobie dać radę z dysharmoniami codziennego życia i
wtłaczaniem mu nieodpowiedniej maski, o tyle los młodego leptosoma jest
po prostu straszny. Znane są
w szerokich kołach mętów literackich stolicy piosenki
niezmiernie dowcipne (pod
wpływem Boya i Słonimskiego z wielkim nakładem pracy i humoru
stworzone), ilustrujące dobitnie ten stan rzeczy:
Cóż to jest za, ach, ohyda
Ja mam syna schizoida!
Czemuś nie jest, ty, pyknikiem,
Tylko tym wymokłym smykiem?
Albo:
Co za rozpacz mię przenika,
Ja za syna mam pyknika!
Czemuś nie jest cienki w pasie.
Ty ohydny mój grubasie?
Na wszelkie ataki pyknizmu reaguje bubek ów bolesnym
skurczeniem się lub wyniosłym zamknięciem się w sobie, które
powiększają tylko wściekłość otaczających go wrogich
elementów pyknicznych. Kompleksy freudowskie na tle
zahamowań rosną jak na
drożdżach — młody snardz odcina się od świata powoli, ku
coraz gorszemu oburzeniu
rodziny (bo jeśli ojciec jest też pyknikiem, a on wdał się w
„przemendlowaną” babkę, to
wszyscy i ewentuainie pykniczne rodzeństwo są przeciw niemu)
— a wtedy koniec: zamęczą zdechlaka ze szczętem. I może jakiś
możliwy geniusz schizoidalny, filozof lub artysta prawdziwy, tj.
formalny, zginie w jakimś urzędzie czy przy warsztacie jak niepyszny,
bo nie jest pyknikiem: to była jego jedyna wina; chciano od niego
pogody, życiowego
realizmu, określonych uczuć, otwartości i dobroduszności, a ten
„drań” był skryty, subtelny esteta, wyrafinowany
tzw. arystokrata ducha, intelektualista i trochę dumny pyszałek. I ta
ostatnia wada sprowadziła nań nienawiść klanu pospolitych
pykniczeńków.
Wszystkie te pretensje niczym nie uzasadnione, które
zatłamszają — przez niezrozumienie głęboko sięgających,
niewykorzenialnych struktur duchowych — tyle war-
tościowych indywiduów lub co najmniej wykoszlawiają tyle
charakterów i egzystencji,
mogłyby ustać, gdyby ludzie rozumieli się trochę lepiej wzajemnie.
Strach pomyśleć, ile
wartościowej energii indywidualnej i pośrednio społecznej idzie na
marne wskutek tarć
wśród rodzin a następnie w szkołach, a dalej w swobodnym
życiu.
Nie można łamać w ludziach rzeczy nieprzełamalnych; tylko wtedy może
być spełniony klasyczny ideał: harmonijnego rozwoju wszystkich
dodatnich elementów osobowości. (Oczywiście mówię
o indywiduach — społecznie rzecz biorąc możliwości są
wprost nieogarnione.) Co to są za elementy dodatnie, wszyscy mniej
więcej wiedzą. Ale
rzecz główna, aby każdy był sobą, a nie udawał kogoś, kim
nie jest, nie grał całe życie
często wstrętnej mu, narzuconej przez wychowanie i tradycję, nie
pasującej doń roli.
Takie uświadomienie ogólnikowe i doraźne co do istoty danego
osobnika może dać
tylko teoria Kretschmera, wpajana w ludzi od pierwszej klasy
gimnazjalnej.
Jeszcze pyknicy zawsze jakoś dadzą sobie radę i przebiją się nawet
przez mury schizoidalnych fortec wokół nich na wolny świat
ich własnych form życiowej twórczości, ale los
schizoidów jest fatalny i oni też na stanowiskach
wychowawczych lub władczych,
począwszy od nauczycieli szkół ludowych, prócz
mnóstwa dobra najwięcej złego przynieść mogą; sam byłem
kiedyś, we wczesnej młodości, typowym schizoidem i wiem dobrze, co to
znaczy. Bo pyknik ma zasadniczy instynkt życia wśród ludzi,
ma intuicję psychologiczną, umie stosunkowo więcej
różniczkować typy wokół siebie, Ale normalny
schyzio przekonany jest, że wszyscy są absolutnie podobni do niego i że
innych typów
w ogóle nie ma; trwa ciągła introjekcja własnej psychiki w
otaczających go nieszczęśników, którzy cierpią
męki, będąc deformowanymi na żywo i posądzanymi o rzeczy,
o których im się nigdy nie śniło. Jeszcze jeśli taki
człowiek zna przynajmniej choć trochę Freuda, może go to trochę
złagodzić w jego niezrozumieniu drugich i despotyzmie,
ale taka „czysta”, tj. nieuświadomiona zupełnie
„niemy ta dusza”, tj. snardz (ewentualnie
snardzka, snardzetka, snardzica) niesfreudyzowany i
nieskretschnieryzowany, przy dzisiejszej komplikacji życia i psychiki
ludzkiej, to rzecz wprost i wręcz potworna.
Przypomnijmy sobie wszystkie dręczenia uczniów i w
ogóle podwładnych przez profesorów i
przełożonych. Oczywiście nie zwracam się tu do uświadomionych
złoczyńców, którzy chcą być świniami, a tych są
legiony (tabuny) całe. Chodzi mi tu o tych, którzy chcą być
dobrzy w najwyższym (największym), a nie flakowatym i rozmiękczonym
znaczeniu tego słowa, a nie mogą, bo: 1. nie znają zupełnie siebie i
nie widzą, kim(i) są
oni sami i otaczający ich ludzie, a nade wszystko nie wiedzą, kim(i)
być mogą, a kim(i),
choćby pękli na czworo, nie mogą; 2. nie znają swych
kompleksów freudowskich i myśląc, że postępują swobodnie i
według programu, staczają się po niewidocznych pochyłostkach w zupełnie
nieoczekiwane sytuacje, z których wygrzebać się potem bez
pomocy innych nie mogą — ale o tym później.
Wróćmy na razie do kwestii typów konstytucyjnych
i z nieznajomości tychże wynikających nieporozumień. Jeśli takie rzeczy
zachodzą w stosunkach między rodzicami
i dziećmi, to cóż za zwały potwornych kolizji oczekiwać nas
będą przy rozpatrywaniu
stosunków erotycznych, gdzie uczucia są daleko
gwałtowniejsze, gdzie poczucie własności gra o tyle większą jeszcze
rolę i bezwzględniej daleko przemawia z samej głębi
ludzko — bydlęcych bebechów niż między dwoma
pokoleniami: między wytwórcami
i ich płodami. Tam stwarzają się istne piekła (Inferno Domestico),
przykryte często takimi festonami, girlandami, wisiorami, lambrekinami,
firankami i parawanami kłamstw,
że powierzchowny obserwator może być zupełnie w błąd wprowadzony i
uważać takie
piekło za gniazdko szczęścia do pozazdroszczenia lub też zupełnie mylić
się co do ról
i gnębicieli brać za pognębionych i odwrotnie. Przy zrozumieniu pewnym
nieodwołalności charakterów, takiej samej prawie jak
nieodwołalność kształtów nosów i
kolorów
ócz, całe masy nieporozumień odpadłyby od razu same przez
się, oczywiście przy założeniu dobrej woli ze stron obu,
której ilość jednak w miarę uspołeczniania musi wzrastać z
każdą chwilą; jest pewna entropia zła na świecie na mocy
nieodwracalności zjawisk społecznych, która jak byk jasno
wychodzi przy powierzchownym nawet wglądnięciu w historię. Ale o tym
później, a propos kompleksu niższości. Sądzę, że ta
krótka
wzmianka zachęci (nawet wielkich leniwców i
nierobasów) do przestudiowania dzieła
głównego (główniaka) Kretschmera,
które niedługo powinno się ukazać w przekładzie
polskim.
OGÓLNE ZASADY TEORII FREUDA
Przechodzę teraz do krótkiego streszczenia teorii Freuda,
którą znam właśnie jedynie ze wspomnianej wyżej praktyki, bo
nawet gdy piszę te słowa (!), nie skończyłem
dotąd Wstępu do psychoanalizy, który nie jest niestety
książką dobrą dla propagandy
wspaniałej idei zasadniczej jej autora: za wiele jest tam od początku
nudy i rozwlekłości w opisie nieciekawych stosunkowo do innych
działów czynności pomyłkowych. Ale
przebrnąć przez to warto; a zdarzało mi się widzieć powierzchowniejsze
typy odpadające od tej książki zaraz po pierwszych nieomal chwytach.
Zaznaczam, że nie jestem
wcale uczonym freudystą i że od owego kursu praktycznego upłynęły już
dwadzieścia
cztery lata. Dlatego proszę (szczególniej zawodowych
psychoanalityków) o wybaczenie
mi usterek i niedokładności w przedstawieniu tezy i metody Freuda i o
ich sprostowanie, co będzie tylko korzystnym dla chętniaków.
A więc:
A POJĘCIE KOMPLEKSU (WĘZŁOWISKA)
Zasadniczą cechą natury ludzkiej (a pewno i bydlęcej) jest to, że każdy
stwór żywy
stara się jak najprędzej zapomnieć o rzeczach przykrych,
które przeżył, i jak najdłużej
babrać się w przyjemnych — i nie ma co się nam dziwić.
Kwestia jest tylko w tym, że
my, ludzie, nie przebieramy czasem w środkach, jeśli chodzi o budowanie
płyt izolacyjnych między nami a przykrościami życia wewnętrznego i
zewnętrznego; budujemy je
z czego popadło, implikując czasem tym gorsze świństwo, niż to, od
którego pragnęliśmy się odgrodzić. Znałem człowieka,
który gdy się upił, oznajmiał nazajutrz sobie i innym
„niebyłość” tego faktu: wmawiał w siebie, że to
urojenie, i to pomagało mu znakomicie do przezwyciężenia
„katzenjammeru” (to jest skandal, że moje tak
świetne
słowo „glątwa” nie przyjęło się zupełnie.)
— tego moralnego, bo z fizycznym można sobie dać radę
radykalnie tylko przez jedną do dwóch dużych czystych
nazajutrz. Ale to
tzw. „zaklajstrowanie” z wierzchu mści się czasem
straszliwie. Gdyby osobnik ów przeżył całą okropność
poalkoholowej glątewki, to by mu z pewnością znacznie utrudniło
następny występ i otworzyło drogę do poprawy.
„Niebyłość” zmniejszała zaś tak cierpienia z powodu
wyrzutów, że gdy przyszła następna, a do tego stała
możliwość nowej
ucieczki w dal przed „bólem życia”,
delikwent na pewno staczał się natychmiast po infernalnej stoczni
upadków ludzkich na samo dno małego czy nawet wielkiego
popoju.
Oczywiście to są rzeczy,którymi możemy kierować sami.Ale są
nieszczęścia,które walą
się nam a łby ze stosunkowo małą pomocą wad naszych
charakterów; chociażby gdyby
tak uważnie w przeszłości się pogrzebać, może by się znalazło daleko
więcej wpływu
tego czynnika, niż to się nam w przebiegu codziennego życia wydaje.
Zupełnie słuszne w szerokim zakresie stanowisko jak najprędszego
zatłamszania rzeczy przykrych, stanowisko, które mamy
wrodzone tak jak zdolność chodzenia i jedzenia, daje czasem zupełnie
negatywne rezultaty. Nie dawało z pewnością takich skutków
w zbiorowiskach jaszczurów jurajskich, u których
rozpoczął się ten rozwój kory mózgowej,
który u nas doszedł do tak nieprawdopodobnych
rozmiarów; człowiek stworzył kulturę, która
przerastała jego siły, a ponieważ rozwoju jej cofnąć (przynajmniej na
razie) nie może, musi zginąć pod jej ciężarem. Człowiek nie był
przygotowany fizycznie
do tego, co z nim zrobił jego mózg; żaden sport i programowe
ogłupianie się na małą
skalę przez dancing, tenże sport, kino, radio i karty nie pomogą tu
nic, bo wielka machina pędzi dalej coraz szybciej: tu trzeba by cofnąć
kulturę na wielką skalę; jest to możliwe przy daleko większym stopniu
uspołecznienia, ku któremu zresztą zdążamy.
Rosja to „mały eksperymencik”, ale z
którego trzeba za to wyciągnąć odpowiednie wnioski. Tego
jednak nikt nie robi, podlewając tylko wyszukanymi życiodajnymi
sosami gnijącego nowotwora kapitalizmu, który zatruwa
systematycznie nas swym
jadem. Ujęcie racjonalne potwora tego przez faszyzm można już dziś
uważać za chybione. Raczej faszyzm, jak to było do przewidzenia, stał
się powolnym sługą konającego
monstrum.
Otóż jak wiele naturalnych zupełnie w zbiorowiskach
jaszczurów, a nawet w luźnych zgrupowaniach małp, a nawet
jeszcze w totemicznych komunistycznych klanach korzystnych
instynktów i właściwości człowieka przerodziło się we wrogie
potęgi
w strukturze np. obecnej, tak samo i metoda „zatłamszania
cierpień”, które byłoby sobie
trwało bez złych skutków dawniej, przy stosunkach aktualnie
panujących, tj. przy takim
skomplikowaniu psychiki i warunków zewnętrznych, przy takim
przyśpieszeniu życia
i takich kolosalnych środkach rozprzęgania rozrosłych niepomiernie
systemów nerwowych biednych ciałek, stworzonych do innego
istnienia i nie mogących się do nowotworowego nieomal rozwoju
mózgu i jego tworów przystosować, metoda ta
— powiadam — stała się za mało intensywna. Oto
dlatego dawniej wystarczały inne środki, porady księży, spowiedź i
„intuicja”, a dziś jest potrzebna psychoanaliza
Freuda i typologia
Kretschmera. Tym odpowiadam ludziom, którzy, jak
mówią Rosjanie,„duraka walajut”,
pytając właśnie z głupia frantowato: „A jakże było dotąd?
Nikt tego nie znał i było dobrze. Czy to komu potrzebne, to babranie
się w sobie? Lepiej zająć się czymś pożytecznym” —
mówią i rżną potem w brydża lub kręcą radio albo prowadzą
niezmiernie głębokie rozmowy z damami na dancingach, zatruci nikotyną i
alkoholem, popełniając tysiące drobnych podświadomych świństewek, nic o
tym nawet nie wiedząc. Takich są legiony całe. Co dawniej wystarczało,
nie wystarcza dziś. I gdyby wszyscy zawsze tak myśleli, jak ci panowie,
to dotąd bylibyśmy stadem bydełka, od jakiego mało różnił
się totemiczny klan, słusznie bydlę jakieś (tylko odmienne zupełnie od
swoich przedstawicieli)
czczący; nie mielibyśmy „cudów kultury”,
z których jednym z największych jest historia
filozofii — jako fakt, a nie nauka sama w sobie —
i, musimy to przyznać, nie mielibyśmy
potworności tejże kultury. Ale w sumie warto było zapłacić za to
wszystko tysiąc razy
jeszcze większą potwornością: są to bowiem rzeczy wprost dosłownie
bezcenne.
Tylko system wartościowania dzisiejszego człowieka jest jeszcze mylny,
a winą tego
jest ustrój społeczny, który na skutek
złogów psychicznych w mózgach warstw rządzących
nie może zbyt długo minąć fazy pośredniej (i przez długotrwałość swą
niepotrzebną stającej się kłamliwą, fazy mdło — demokratyczno
— kapitalistyczno — łże
— nacjonalistycznej) i zahamowuje możliwy wspaniały
rozwój nowej ludzkości. Ale
w tej chwili nie o to nam chodzi: wszystko jedno na razie, dlaczego
człowiek dzisiejszy
często bywa duchowo (częściej niż dawniej) chory, a dawne środki
lecznicze okazują
się często niewystarczające; ponieważ zaś nie zawsze można człowiekowi
temu dać odpowiednie warunki, np. wyjazd do Egiptu lub na polowanko do
Sudanu czy na tajfuny
chińskie i pierwszorzędne dziewczynki anamickie, dla rozwiązania
kompleksów nienasycenia metafizyczno —
erotycznego, czyli w ogóle dać mu dość zajmującą fabułę dnia
codziennego, więc trzeba na to szukać innych sposobów.
Jednym z nich jest psychoanaliza. Z Kretschmera dowiadujemy się
ogólnikowo, do jakiej szufladki możemy siebie
włożyć i za jakim numerkiem odnaleźć; z Freuda czerpiemy głębszą
wiedzę, kim jesteśmy dynamicznie, w samym przebiegu zjawisk: jakie są
nasze wewnętrzne niebezpieczeństwa i zasadzki, możliwości schwiań,
zakłamań i upadków. Dostajemy z tego czystą
wiedzę o nas samych, i drugich i stuprocentowo wzmożoną możność
świadomego, rozumnego kierowania naszym życiem niż przed
„wymyciem duszy”, gdy byliśmy przeważnie tylko
igraszkami bydlęcych poruszeń właśnie w kwestiach życiowo
najważniejszych, stanowiących podstawę do wszystkiego, jak smar
podkładowy do nart jest podstawą do mazania ich subtelniejszymi,
odpowiadającymi zmiennym warunkom, ingrediencjami. Jedną z tych potęg
najważniejszych jest erotyzm.
Nie rozumiejący nic psychoanalizy laicy pomawiają Freuda o erotomanią
psychologiczną i sprowadzanie wszystkiego do erotyzmu, a nawet po
prostu babranie się w nieprzyzwoitościach jako takich, o jakąś
psychokoprolalię czy coś w tym rodzaju.
Twierdzę, że jest to nieprawda. Akurat tyle poświęca Freud uwagi
erotyzmowi, ile on na
to zasługuje. Ale bądź co bądź jest to jedna z istotności sławnej i
wcale dotąd nie zdyskredytowanej trójcy podstawowych potęg
życia: głodu, strachu i miłości, tej ostatniej
pojętej na razie bez żadnych uwzniośleń, jako prosty popęd do
rozmnażania się i zachowania gatunku, w którym indywidua są
bezwolnymi ofiarami jakiejś przerastającej je,
dla nie znanych nam dalszych celów wytworzonej potęgi życia,
zazębionej o świat materii martwej z mocą wprost niesamowitą. O ile nie
będziemy patrzeć na tzw. „materię
żywą” (koniecznie zindywidualizowaną) jako na pewne
połączenia chemiczne — tak
nietrwałe, „wybuchowe” wprost związki, a tak
odgraniczające solidnie żywe stwory od
ich podłoża, połączenia powstałe przypadkowo ze zderzeń i połączeń
atomów, według
wszystko tak upraszczającej sztucznie tzw. „billiard ball
theory of matter”, czyli kulobilardowej teorii materii, w
najlepszym znaczeniu aż do elektronów i pól
włącznie — to
kwestia przedstawia się wysoce tajemniczo: życie nie da się sprowadzić
do fizyki, biorąc
rzecz czysto choćby biologicznie, nawet z wykluczeniem wszelkiej
psychologii. Strach
jest wielki pan i głód też władcą jest pierwszorzędnym, ale
erotyzm jest też potęgą dość
wściekłą.
Na darmo mówił Karol Szymanowski swoim niezapomnianym
subtelnym głosikiem
metafizycznego władcy krainy jakichś hiperefebów nie z tego
świata: „Wiesz, dla mnie
erotyzm to jest coś tak piekielllnego, że wprost, wiesz, to jest
oburzające...”
Otóż Freud wcale nie babrze się w erotycznych, delikatnie
mówiąc, niestosownościach (świństwach), tylko odwrotnie:
stara się uświadomić laików w kwestii podświadomości co do
ich podziemno — płciowych nurtów, aby mogli się
oni wyzwolić od ich
ciemnego, nieopanowanego działania, a uwolniwszy się, zdobytą w ten
sposób wolną
energię zużytkować na tzw. „cele wyższe”; chodzi mu
o stworzenie tego właśnie świadomego transformatora, bo przecież
podświadomie działo się tak zawsze: z wysublimowanych (a nawet
zahamowanych) erotycznych uczuć powstawała cała najistotniejsza
twórczość ludzka.
I nie trzeba myśleć, że to jest dla niej coś ubliżającego, to szukanie
źródeł jej w tej
sferze. Jest faktem empirycznym i historycznym, że tam te
źródła tkwią. Chodziło tylko
o podanie mechanizmu tych transformacji, do niedawna tajemniczych i
ciemnych. Ten
tzw. panerotyzm Freuda należy rozumieć tak: u pierwotnego stworzenia
świadomość
to („jako żywo”) tylko świadomość ciała, z bardzo
krótkim i niewyraźnym skrawkiem
wspomnień najbliższych cielesnych „przeżyć”. U
komórek najniższych rozmnażanie następuje w formie ich
dzielenia się. Całe ciało komórki przyjmuje w tym udział,
zaczynając od jądra, a kończąc na obwodzie. To musiało być połączone z
bardzo gwałtownymi dodatnimi czuciami cielesnymi — inaczej
może komórka nie „chciałaby się” dzielić
wcale, tak jak my nie chcielibyśmy może poddać się pewnym procederom. W
jaki sposób następuje przejście do dwupłciowców
— nie wiem. Faktem jest, że komórki zaczęły
zbliżać się do siebie (podobnie, jak to robi np. plemnik z jajem) i
łączyć się zamiast
się dzielić, aby wydać nowe indywiduum czy ich wielość.. To łączenie
się cielesne komórek w większe jednostki jest niezmiernie
istotne — z wielkiego stopnia złączenia i jednocześnie
zróżniczkowania powstaje wielościowy organizm, mający
jednak, na skutek
dokładnego zbicia się komórek powierzchniami przy
narastaniu, jako trwanie samo dla
siebie,jedną „psychikę”,czyli świadomość.To jest
ten podstawowy,że tak powiem,„cud
istnienia codzienny”, którym jesteśmy my i
wszystkie żywe stworzenia. I możemy pytać
materialistów: jakże to z martwych
„kulek”, pojętych zresztą jak najszerzej, aż do
elektronów i pól zderzających się czy
działających na siebie przypadkowo, powstać mógł
żywy organizm? Bo to musi być wytłumaczone albo materializm musi
pozostać w pewnym sensie bzdurą. I tak jest na pewno, bo wiele zjawisk
biologicznych w żadnym materialistycznym schemacie przestrzennym
wyjaśnionych być nie może. Ale nie możemy
pytać, jakże to z wielu komórek, które są
przecież organizmami mającymi jakąś rudymentarną świadomość, powstać
może wielokomórkowy organizm mający wspólne
trwanie ich wszystkich, jedną świadomość, nie obejmującą w dodatku
wszystkich tamtych trwań poszczególno —
komórkowych, bo to jest właśnie faktem pierwotnym, jedynym
realnym naprawdę faktem, nieskończenie realniejszym od wszystkich
faktów fizycznych, z którego mamy jakoś [sobie]
zdać sprawę, o ile w ogóle to jest możliwym
w związku z ogólnym poglądem na całość Istnienia. Bo możliwe
jest, że właśnie to jest
najpierwotniejszy fakt prowadzący do monadyzmu, fakt, który
leży u podstawy całego
— i martwego, i żywego — Istnienia. Monadyzm
biologiczny jest to pogląd, w którym
— nie mogąc sprowadzić materii żywej zindywidualizowanej do
martwej — przyjmujemy, że wszystko się składa z jednostek
żywych, z których na mocy statystycznego zsumowania działań
możemy ukonstytuować materię martwą. Wracając do poprzedniego:
każdy więc taki stwór musi się chronić (zachowywać), unikać
niebezpieczeństw, żreć,
tj. spełniać ciągły drugi cud żywego bytowania: przemiany materii
martwej na żywą,
i spełniać też w jakiś sposób pęd rozrodczy. Ten pęd to jest
jakby zalążek tzw. u nas
„ducha”, czyli tych treści, które nie są
aktualnym poczuciem ciała i jego wspomnień,
to jest treści wyobrażeniowych, a dalej, u nas, myśli (skonstruowanych
w pewien sposób w jakąś całość „celową”,
a nie będących zupełnym chaosem). Chaos jest czymś nieomal dla nas
niewyobrażalnym, na mocy zasady ograniczoności i powtarzalności, tzn.
[że] nic nie może być aktualnie nieskończonym i absolutnie nowym, musi
być w organizmie widzianym i „z boku”, i
„od środka”, tzn. [jest?] w jego przeżyciach pewien
porządek: nie doskonały, nie taki, jak złudny zresztą porządek
absolutny na mocy zasady
Wielkich Liczb, czyli statystyki, panujący w otaczającej nas materii
martwej, ale jakiś
w każdym razie, a mianowicie porządek biologiczny i psychologiczny.
Chodzi mi o to,
że jeśli odrzucimy na chwilę strach i głód, jeden jako nie
mający na razie w danej chwili przyczyny, drugi jako na razie
zaspokojony, to zostaje nam erotyzm jako stały, latentny,
potencjalny, utajony w czuciach cielesnych wewnętrznych podkład
wszystkich „przeżyć” najprymitywniejszego nawet
żywego stworzenia. Tylko bezpośrednio po zaspokojeniu na bardzo
krótki czas ginie to uczucie pierwotne w bardziej
zdecydowanej formie; poza tym uczucia te są w nas stale jakby
zaczajone, jako pewien potencjał energetyczny stanowiący integralną
część naszej osobowości cielesnej, którą właśnie w naszych
przeżyciach sami dla siebie jesteśmy. Proszę nie myśleć, że wmawiam
ogólną erotomanię wszystkim wymoczkom świata. Ale wydaje mi
się, że stan tendencji rozmnożeniowej jest w różnych
wariantach najbardziej stałym tłem, a nawet bardzo często dominantą
całości samoczucia się każdego osobnika. Dlatego to Freud, według mnie,
ma
głęboką rację, że w erotyzmie właśnie szuka zalążka i motoru prawie
wszystkich „wyższych” przeżyć indywiduum, nawet tak
skomplikowanego, jak względnie inteligentny
człowiek współczesny. Na tym bowiem podłożu wyrastają
wszystkie twory ducha jako
transformacje i sublimacje pierwotnego samoczucia się indywiduum i jego
chęci wyższego potwierdzenia, poza tym prostym samoczuciem się właśnie,
samego faktu swego
istnienia.
Otóż jest to punkt istotny: potwierdzenie istnienia; nie
dość jest istnieć po prostu,
nierefleksyjnie, biernie, negatywnie, trzeba jeszcze istnienie swe
zamanifestować wyraźniej, na tle możliwej śmierci i otaczającej
nicości, która stanowi jakby tło negatywne
wszystkich istnień, jak przestrzeń międzygwiezdna stanowi rodzaj
podkładu dla istnienia gwiazd, planet, komet i naszych własnych ciał.
Trzeba to istnienie w pewien sposób zobiektywizować,
potwierdzić i utwierdzić niejako w wieczności, w wieczności
subiektywnej lub co najwyżej
gatunkowej,skończonej,złudnej,„psychologicznej”,względnej.
Do tego służy instynkt rozrodczy, którego działanie sięga
poza byt indywidualny,
poza efemeryczne „ja” poszczególnego
stworu i w którym właśnie następuje transcendencja
ograniczonego osobnika, Istnienia Poszczególnego, poza jego
nieubłaganie ograniczone trwanie. Ta chęć przetrwania za bądź jaką cenę
wyraża się we wszystkich złudnych teoriach nieśmiertelności tzw.
„duszy”, której jako
„substancji” bez ciała stanowiącego z nią, tj.
ściślej — z osobowością trwaniową, jedność, nikt nigdy nie
widział i nie
zobaczy. Teorie te na tle zasadniczego prawa istnienia, zasady
ograniczoności, za cenę
której tylko istniejemy, musimy uznać za nieistotne szukanie
sposobu przezwyciężenia metafizycznej potworności istnienia, realnie
nigdy nie pokonanej. Dlatego to wszelkie czyny nasze, w
których staramy się przez twórczość
najogólniej pojętą — od życia
do abstrakcji — przerzucić złudny most między ginącą
beznadziejnie osobowością
a wiecznością, musimy uznać za pochodne od instynktu erotycznego, za
jego pewne
transformacje, bo właśnie on jest tym pierwotnym przezwyciężeniem
indywidualnego
przemijania, które jest udziałem najniższego nawet stworu.
Dlatego wydaje mi się słusznym, że Freud wszelką twórczość
uważa za przekształcenie i uwznioślenie instynktu rozrodczego, w
którym też pierwotnie zwraca się jeden stwór
indywidualny ku drugiemu, szukając w transcendencji pozaosobowej uczuć
ratunku przed absolutną samotnością zamkniętych beznadziejnie w swych
nieprzepuszczalnych osobowościach żywych
istot. Mylnie twierdzą niektórzy, chyba w ogóle
nie rozumiejąc mowy ludzkiej lub programowo Freuda zrozumieć nie
chcący, że celem jego jest zdeprecjonowanie naszych
uczuć i wytarzanie nas w jakichś wysublimowanych nieczystościach, w
„świństwach
i kale”, jak się pięknie wyrażają; właśnie na
odwrót: jak to postaram się dalej wykazać,
Freud przez zanalizowanie mechanizmu kompleksowych zahamowań chce nas z
tego
bycia igraszkami naszych kompleksów wyzwolić.
Ale o tym szczegółowo później.
Oczywiście błędem jest hipostaza „stanu
podświadomego” do wyżyn jakiejś drugiej
odrębnej osobowości, która — obdarzona jakby
wyższym od normalnego rozumem
— kieruje tym „ja” codziennym naszym
świadomym, jako jakimś niższym tworem. Nie
można rozdwajać naszej osobowości i czynić z niej pola walki
dwóch jakby odrębnych
potęg. Pojęcia takie jak „stan podświadomy” np.
muszą być używane z całą świadomością ich skrótowatości
psychologicznej, w której hipostazujemy pewne kompleksy czuć
prostych, aby móc je łatwiej opisać.
Po tym usprawiedliwieniu rzekomego panerotyzmu Freuda przejdźmy do
określania freudowskiego pojęcia leompleksu, czyli, jak będę dalej
często mówił, węzłowiska.
Skonstatowaliśmy przedtem, że każdy stwór żywy dąży przede
wszystkim do zapomnienia jak najprędszego doznanych przykrości. Chodzi
o to, aby zbadać, jakie są wtórne
nieprzyjemności tego, zupełnie w prymitywnej psychologii
usprawiedliwionego, procederu. Otóż zatłamszone świadomie
przykre zdarzenie, zdawałoby się zupełnie wytrzebione z naszej
świadomości, nie ginie w niej zupełnie, nie rozwiewa się w kompletną
nicość, jak by się to z introspekcji (wewnętrznego obserwowania danego
osobnika przez
niego samego) zdawać mogło. Zdarzenie to wiedzie dalej żywot utajony,
podświadomy,
tym intensywniejszy, im samo było silniejsze i im silniej zatłamszone.
Pojęcia podświadomości używam w znaczeniu Hansa Corneliusa:
„unbemerkter Hintergrund” —
„niezauważone tło”. Zaraz to pokrótce
wyjaśnię: patrzymy na bardzo absorbujący nas obraz
w kinie, podczas tego „przygrywa” nam (jak to
mówią) muzyczka. Jesteśmy tak przejęci losami
bohaterów, że nie słyszymy absolutnie trwającej cały czas
muzyki, a jednak w jakiś sposób jest ona w naszej
świadomości: wyrażamy ten stan rzeczy pojęciem
„podświadomego”. Ale co właściwie oznacza ten w
potocznej mowie mętny, a w filozofii nadużyty termin? Według mnie jeden
Hans Cornelius podał istotną definicję
i istotny opis odpowiadającego mu zjawiska: podświadome istnieje w
postaci działania swego na treść świadomą — tak istnieje w
pewien sposób dla nas i cała nasza przeszłość, nawet w tych
jej częściach, których zaktualizować we wspomnieniu nie
potrafimy, tak jak i stan ogólny całego naszego ciała,
którego części i ich stanów
poszczególnych możemy sobie w danej chwili, a nawet nigdy
(np. stan przysadki mózgowej lub lepiej jeszcze części
mózgu) jako takich nie uświadamiać. Istnieje podświadomość w
postaci szczególnego „zabarwienia”,
które nadaje ona treściom aktualnie przesuwającym
się przez centr naszej świadomości. Można to pokazać na przykładzie
zabarwienia dosłownego, a nie w przenośni. Patrzę na białą plamę na
zielonym tle. Uwaga moja jest
tak skupiona na owej plamie, na której np. coś ma się za
chwilę ukazać, że nie widzę zupełnie jako takiej otaczającej ją
zieleni. A jednak plama owa nie jest właśnie dla mnie
w tej chwili biała: wskutek działania zielonego tła, na zasadzie
kontrastu, czyli tu specjalnie na zasadzie tzw. barw dopełniających,
widzę ową „obiektywnie” (tzn. jaką byłaby
na czarnym np. tle) białą plamę jako z lekka zaróżowioną
wskutek zielonego sąsiedztwa, mimo że jako takiego tła,
które to zjawisko wywołuje, nie dostrzegam. Przykład ten
może być rozszerzony, z odpowiednimi dla danej sfery modyfikacjami, na
wszystkie rodzaje naszej odczuwalności. Znany jest (np. choćby z Pana
Tadeusza) wypadek budzących się wskutek zatrzymania młyna młynarzy: dla
nich moment ciszy na tle odpowiedniego hałasu miał charakter budzącego
stuku; dowód, jak dalece tło zupełnie pozornie nie
istniejące może zmieniać rysujące się na nim przeżycia. W ten właśnie
sposób istnieją „treści podświadome” w
znaczeniu freudowskim: teorię Corneliusa można
uważać za ogólny fundament pod teorię Freuda, w obrębie
której podświadomość nie
jest tak ściśle zdefiniowana.
Po tej dygresji koniecznej wracamy do kwestii węzłowisk, czyli
kompleksów. Znanym
faktem, dawno jeszcze przed powstaniem psychoanalizy rozważanym, jest
tzw. „nurtowanie” w nas utajonych treści. Dajmy na
to: ktoś nam, jak się wyrażał Sienkiewicz,
„szpetnie przymówił”; my zamiast wydobyć
szpadę z pochwy i pchnąć gościa w brzuch,
jak to czynił z zasady natychmiast Bogusław Radziwiłł, przemilczeliśmy
jakoś tę historię z powodu chwilowego — powiedzmy —
braku dowcipnej odpowiedzi (tzw. esprit
d’escalier, czyli „wyskrzyk” czy
„duchotrysk” schodowy) lub pewnej małostkowości
samej sprawy, z której robienie wielkiej afery mogłoby nas
ośmieszyć. Niby nic, a wstyd.
Coś nas gnębi i nurtuje. Chwilami ów incydent staje nam żywo
w wyobraźni: tysiące
dowcipów skrzy się jak stado piór śniegowych w
słońcu, dochodzi w myśli aż do mordobicia — nic z tego,chwila
przeszła:„skoczyłem”,jak mawiał Lord Jim
Conrada.Potem
obraz blednie, nie widzimy go jako takiego, jak tego zielonego tła w
przykładzie z białą,
a właściwie różową plamą; ale coś nas gnębi jak zgaga: nie
smakuje nam np. tak świetna
zwykle galaretka z nóżek i duże, świetnie wypielęgnowane i
nalane piwo, a nawet czułe
spojrzenia jakiejś damy, które w innych warunkach
przyjęlibyśmy zupełnie inaczej.
(Umyślnie daję przykłady trochę ohydnawo — wulgarne, aby być
zrozumiałym absolutnie przez wszystkich.) To się nazywa, że nas coś
nurtuje, podminowuje, nie daje używać życia i jego tzw.
„darów”. Ale tu mamy do czynienia z
niedawnym np. wypadkiem,
z obrazem, który raz po raz „wychynywa”
z niepamięci, aby nam zatruć jakieś skądinąd rozkoszne wrażeńko
aktualne. Bywają jednak (jak często!) wypadki takie, że obraz
przykrego zdarzenia ginie nam w pamięci bez śladu i pozornie żadna siła
nie potrafi go
z naszych śmierdzących czeluści duchowych na światło świadomości
wydobyć; a jednak nawet wtedy działa, kanalia, i potrafi najbardziej
„promienną” teraźniejszość zapaskudzić, stworzyć
fatalne, stale powtarzające się, niekorzystne dla nas nastawienia,
wywołać w nas stałe zgubne reakcje na pewne zdarzenia, wplątać nas w
nie — do — pozazdroszczenia sytuacje, uwikłać po
prostu w świństwa, a nawet zgubić. A my możemy nic
o tym nie wiedzieć i być przekonanymi, na tle pozornej samorzutności
naszych impulsów, że działamy według najistotniejszych praw
naszej świadomej natury, lub też tworzyć świadomie programy działań,
których potem, na tle kompleksowych zwałów w nas
drzemiących, nigdy urzeczywistnić nie będziemy w stanie, postępując
wbrew wszelkim
świadomym i słusznym założeniom. I nie będzie to żaden brak woli: w
innych okolicznościach wykażemy się nią znakomicie. Ale będą na pewno
pewne typy zdarzeń, związane z naszymi utajonymi węzłowiskami,
wyrosłymi na zatłamszonych w świadomości
przeżyciach, które będą nas stale zmuszały do pewnych
postaw, do których potem znów
w świadomości normalnej (bo przecie nie cała świadomość każdego jest
podminowana
węzłowiskami) będziemy mieli wstręt najgłębszy. Zahamowana reakcja,
niewyżyty odruch, zagnębione uczucie, dawno zapomniane widma już od lat
i ich dziesiątków nieważnych dla nas zdarzeń będą w danej
sferze panować nad nami niepodzielnie, autorytatywnie, podczas gdy w
innych, nie zaplugawionych nierozegranym podświadomym,
będziemy dalej swobodnymi twórcami naszych egzystencji. Taką
jest straszliwa potęga
podświadomości, której wielki bohater podziemnych gąszczy
ludzkiej duszy, Zygmunt
Freud, wydał bezlitosną walkę, dając nam wszystkim broń przeciw
potajemnie żyjącym
w naszych piwnicach i suterenach potworom i gadom, zatruwającym wyższe
piętra naszego zaiste, nawet u tzw. niepięknie
„maluczkich”, wspaniałego ducha. Jeśli świadomi
siebie tzw. „inteligenci”, analizujący pozornie
każde włókienko swych przeżyć i charakterów, nie
mogą uniknąć działania tych podpowierzchniowych potęg, to
cóż mówić
dopiero o ludziach nie posiadających odpowiednich narzędzi analizy i
obrony, a zdanych na pastwę komplikujących się warunków
naszego bogatego, ale zadławiającego
nas życia wśród dzisiejszej cywilizacji, która
rozpętana przez nas niebacznie, nie dba już
o jednostkę i dąży ku swoim niezbadanym celom.
Otóż dziś mało kto może obejść się bez psychoanalizy, tak
jak dawniej mało kto
mógł żyć bez zwierzeń i spowiedzi — wyładowanie
podświadomości i rozplątanie jej
bezwyjściowych pozornie zawikłań jest konieczne. Środki ku temu daje
nam Wielki
Spowiednik Ludzkości, Zygmunt Freud. Ale iluż nie umie słuchać jego
wszechmądrego
i dobrotliwego głosu, iluż w imię prawa „zachowania
kompleksów”, przywiązania do
choroby, którą wynagradzają sobie wszystkie braki
„poskąpione” im przez przeznaczenie, przez fałszywy
wstyd i również fałszywą ambicję — te dwie
najzgubniejsze potęgi codziennego życia — przez programowe
niezrozumienie i bezrozumny opór, odrzuca
jedyne zbawienie w postaci ułatwienia poznania swych błędów
i ukrytych chorobowych ognisk, z których wyrastają niepojęte
pozornie, przeczące — i zasadom, które się
wyznaje, i charakterowi (to jest najważniejsze) — czyny.
Jeśli wyczerpane są wszystkie środki świadomego samopoznania, a mimo to
machina nie idzie dobrze i ciągle się coś psuje, i zdarzają się
szarpania ze sobą i z ludźmi,
to jakaż może być droga duchowa postępu, jak nie pozwolenie komuś na
zagłębienie się
w — czekające po prostu z utęsknieniem swego rozwiązywacza
— plątowiska, bagna,
„gappo” i potworowiska podświadomych głębin. Sam
człowiek wobec siebie jest tu bezsilny: nie ma dlań takiego punktu
zaczepienia, który by mu pozwolił zahaczyć o tak
zdolne do dalszego prucia misterne konstrukcje podświadomych kłamstw;
człowiek
wie tyle, ile mu ta jego przeklęta, strzegąca zazdrośnie swych tajemnic
podświadomość
pozwoli — ani mniej, ani więcej. Instynkt, nieomylny w
warunkach prostych, dla których był stworzony w tajemniczych
pomrokach przeszłości, staje się wrogiem, gdy warunki zaczynają się
zbyt szybko zmieniać w stosunku do zmian, nie mogących im nadążyć zmian
strukturalnych już nie ciała — o tym u nas mowy nie ma,
możemy się tylko
degenerować i upadać — ale zmian tak dotąd podanych i
plastycznych organów wyższej kontroli i świadomości:
mózgu i systemu nerwowego.
Wszystko ma swoje granice, dokonaliśmy cudów, ale nie można
pędzić tak dalej,
bo grozi to katastrofą: rozpętane zmiany warunków
zewnętrznych przerastają o tyle
plastyczność naszych ciał i organów, że całość grozi
zwaleniem się w pierwotną nicość, w ciemność duchową,
równającą się mrokom totemicznego klanu; z której
wtedy,
dawno, wyjście było jedno jedyne — poprzez władzę i
cierpienia mas na wyżyny cywilizacji obecnej. Ale tak wiecznie w
kółko kręcić się nie można, choć zdawał się wierzyć
w to Oswald Spengler, nie wypowiadając jakby wniosków
ostatecznych i zdający się nie
uznawać absolutnej nieodwracalności przemian społecznych, tego
„transcendentalnego” (w znaczeniu H. Corneliusa)
według mnie prawa, obowiązującego wszystkie możliwe zbiorowiska
społeczne we wszechświecie: społeczeństwo stwarza gnębiące je
jednostki, aby wznosić się wyżej w hierarchii duchowej istnienia,
rośnie w przez nie stwarzaną potęgę, aż po wielu fluktuacjach, dających
pozory odwracalności, zabija twórcze
indywiduum, aby odpocząć w bezruchu absolutnej, równej dla
wszystkich doskonałości. Ale o tym później.
Na razie chodzi tylko o granice wytrzymałości ludzkiego systemu
centralnego w stosunku do wymagań współczesnej cywilizacji.
Sądzę, że jesteśmy niedaleko od punktu
krytycznego i należy zastanowić się nad najbardziej doraźnymi środkami
obrony przed
zbliżającą się katastrofą. Są to problemy ważne w każdym ustroju
społecznym i nic nie
uwalnia nas od jak najintensywniejszego zajęcia się nimi natychmiast.
Demoniczne, niesamowite działanie węzłowiska ukrytego w gąszczu
narośniętych
nań podobnych przeżyć — reakcji (np. jak raz było W danym
miejscu zahamowanie,
zdarzy się drugi raz, trzeci i czwarty, stwarzając coraz grubszą
warstwę otorbień, nieprzebijalną dla chcących dotrzeć do pierwotnego
faktu przy pomocy introspekcji) najlepiej pokazać można na przykładzie
— tu żadne czysto teoretyczne określenia nie pomogą, wyjaśni
to najlepiej mechanizm danego poszczególnego zdarzenia.
Weźmy przykład fikcyjny, może trochę „naciągnięty”,
ale może właśnie dlatego lepiej sprawę ogólną
ilustrujący: „dajmy na to” (jak to mówią
w niektórych dzielnicach), że pewien pan idzie
zerwać z narzeczoną, która „trochę” się
niestosownie zachowała, robiąc oko do pewnego huzara na przykład.
Obmyślił to wszystko bardzo pięknie: jak wejdzie, jak ucałuje
ją wspaniałomyślnie w „czółko”, jak
powie jej o swojej niezgłębionej miłości i proporcjonalnej do niej
ambicji i wściekłych wymaganiach od siebie i najbliższych sobie, od
otoczenia i życia w ogóle,a potem z
godnością,„udrapowany”cierpieniem,wyjdzie,by
nigdy nie wrócić.
Zaznaczamy mimochodem, że pan ten jest schizoidem hiperestetycznym
(nadczułek) z lekką komponentą cyklotymiczną. Zaznaczamy jeszcze fakt
pozornie nic nie znaczący z wczesnego dzieciństwa owego pana. Oto
podczas lekcji francuskiego, gdy miał
lat siedem, został, jak to mówią „czynnie
znieważony” przez przystojną nauczycielkę,
pannę Eufrozynę, której bardzo jakimiś figlami (np.
komponowaniem słów bez sensu)
dokuczył. Panna Eufrozyna dała mu lekko w mordkę. A on zamiast jej to
oddać skurczył się w sobie z bólu nie tyle fizycznego, co
moralnego, poczerwieniał jak piwonia, łzy
zdławione nie trysnęły z odpowiednich gruczołów (łzowych) i
mało nie pękł z wściekłego wzruszenia, które nie było jednak
czystą złością — to jest najważniejsze. Przecie
owa panna Eufrozyna to była już jego druga dziecinna miłość. (Łączyła
się z jakimś potajemnie przeczytanym nieprzyzwoitym wierszem o
„złotym cielcu”, była tą, której nogi
chciałby obejrzeć, tak jak oglądał je u dziewcząt wiejskich, nie
krępujących się tak bardzo obnażania od dołu, ale nie takich jak
Eufrozyna tajemniczych.) Otóż snardz ów
nie oddał ciosu i po chwili tłumaczył już jakiś kawałek z polskiego na
francuski, dusząc
w sobie kłąb nierozplątanych myśli i uczuć, łykając z trudem przez
zaciśniętą grdykę olbrzymie pakiety wzgardy dla samego siebie. Fakt ten
został po roku gruntownie zapomniany. Pozornie śladu pamięci o nim w
świadomości p. X nie było. A jednak w istocie
trwał w nim, jak go Freud nazywa, utajony uraz psychiczny i wszystkie
podobne do poprzedniego fakty wtłaczały się już jakby w pewną koleinę,
odegrywując tamtą, dawno
zapomnianą, zahamowaną reakcję. Fakt [ten] wyznaczał stosunek p. X do
najróżniejszych spraw życiowych i wiele razy już cierpiał
ów X bardzo z powodu pewnej „niezdolności
czynu” w chwilach odpowiednich. (A może był tu też wrodzony
masochizm
fizyczny, połączony z sadyzmem psychicznym?) Tu nie palnął w mordę
snardza, który
mu coś przykrego powiedział, tam nie zbił jakiejś damy,
która go bezczelnie zdradziła, tam okazał słabość wobec
puszącego się nad nim przyjaciela, który go po prostu na
dudka wystrychnął itp., itp. W ogóle wszędzie gdzie p. X był
skrzywdzony, zawsze reakcja jego była zahamowana i nie dochodziło nigdy
do takiej siły wybuchu, jaka właśnie w danym wypadku mogła być
wymagana: czyli zakręcone węzłowisko nie mogło
się rozkręcić i rozpętać w reakcję dającą pełne zadowolenie spełnienia
kompletnego,
autentycznego czynu. Aż wreszcie przyszedł czas, że napięcie uczuć
wzrosło do odpowiedniego stopnia, ale wyzwolona reakcja jako
proporcjonalna odpowiedź na podnietę
nie udała się: niby kompleks w pewien sposób sam się
rozwiązał, ale nie w takim stopniu, jaki dla zdrowia byłby konieczny, a
przy tym w ogóle nie było pacjentowi uświadomionym, dlaczego
on właśnie tak, a nie inaczej na wszystkie tego samego rodzaju podniety
reagował. (Oczywiście dla wytworzenia się pewnego typu
kompleksów potrzebne
są podłoża o pewnym charakterze — i tu wracamy
znów do Kretschmera: inne będą
oczywiście kompleksy leptosomów, a inne
pykników.)
A więc „nasz”, jak to mówią, pan X
wchodzi do narzeczonej i zaczyna z nią mówić
ściśle według programu. Ale już po paru minutach rozmowy on sam czuje
(a ona widzi
przed sobą nie dawnego narzeczonego, tylko całkiem obcego jej, a nawet
wstrętnego
snardza), że plan wymyka mu się z rąk jak nieużyteczna szmata, wydarta
podmuchem
jakiegoś piekielnego samumu wiejącego z samych trzewiów,
jakby z gorących warstw
zwierzęcego mięsa i z tajemniczych centrów
gruczołów rozmieszczonych po całym organizmie.I rozpoczyna
się dzika heca.Dawny kompleks (węzłowisko) działa.Wszystkie
piękne postanowienia diabli biorą jedne po drugich; jest to niby tak
zwana walka uczucia z rozumem czy na odwrót, ale w gruncie
rzeczy jest tu coś więcej: są dwa uczucia i jeden rozum, będący wyrazem
tylko tego uczucia świadomego, to drugie działa
z ukrycia, skrytobójczo, ale z tym większą pewnością
— zwycięża prawie zawsze. Pan
X zaczyna robić łagodne początkowo wyrzuty. Ale postać narzeczonej
zlewa mu się
z zapomnianą od wieków nauczycielką: jej jako takiej nie ma,
została niejako „czysta forma”, w którą
zostaje zapchana owa nieszczęsna huzarska kokietka; następuje tak
zwana pseudomorfoza, jak kiedy dany roztwór krystalizuje się
w formie pozostałej po
innym krysztale i przyjmuje jego formę. Kończy się na tym, że
doprowadzony do szału
X, odegrywając całe okropne upokorzenie doznane wtedy od biednej panny
Eufrozyny,
wali narzeczoną w zapłakaną mordkę i wyzywa ją od ostatnich
krów, a wreszcie uciekł,
zapominając u niej ulubioną laskę, bez której nigdy w życiu
kroku nie zrobił; będzie mu
ona potrzebna jako pretekst — nędzny, ale przecie —
dla powrotu, bo w gruncie rzeczy
on świadomie czuje, że postąpił jak ostatnia świnia i będzie musiał
narzeczoną przeprosić, choćby bez nadziei nawiązania
stosunków na nowo, a bez pretekstu może nie mieć
siły dla pokonania fałszywej ambicji — po prostu chce
wrócić, a nie wie, jak to uczynić,
i tu podświadomość go wyręcza.
Oczywiście każąc „podświadomości” działać jako
odrębnej postaci, wyrażamy się
skrótowo — zastępczo, jak mówi Tadeusz
Kotarbiński, nie robiąc zresztą żadnej hipostazy. Tak samo
mówimy o miłości, inteligencji, intuicji itp., nie myśląc o
jakichś tzw.
„władzach” umysłu czy jaźni całej, tylko
wyodrębniając z całości osobowości pewne jej
względnie samodzielne (pozornie) momenty (części, które
kompletnie niezależnie bez
całości innych istnieć nie mogą): w ten sposób ułatwiamy
sobie opis niesłychanie zawiłego gąszczu psychiki naszej, gdzie
uczuciowość, uczucia cielesne jako takie (do których
po części uczuciowa strona jest sprowadzalna), pojęciowość, pamięć i
wyobraźnia (do
których to ostatnich „gry” pojęciowość
jest bez reszty sprowadzalna) tworzą pozornie
nie dający się rozplątać chaos, w którym jakimś dziwnym
trafem tylko zdaje się panować pewna stała względnie organizacja. Jeśli
zawsze będziemy sobie uświadamiać skrótowość pewnych pojęć
psychologii (choćby nawet pojęć fenomenologów: aktu,
intencjonalności, ideacji itp.), możemy ich płodnie używać, nie
popadając w fałszujące rzeczywistość hipostazy, tzn. uprzedmiotowienia
ich, uosobienia, wynoszenia ich do rangi
potęg, oddzielnych bytów, władz czy nawet nieomal
bóstw jakichś, bliżej nie określonych. Pojęcie
podświadomości trzeba trzymać na wodzy, podobnie jak pojęcie kompleksu:
uważać trzeba, aby pojęcia te nie wyrwały się nam z rąk i nie zaczęły
żyć samoistnym życiem, panując nad nami i naszą teorią psychologii,
stwarzając w jej obrębie
swoistą metafizykę i mitologię. To grozi, według mnie,
niektórym psychoanalitykom.
Według opisanego zdarzenia urojonego możemy sobie wyobrazić łatwo
działanie
węzłowisk duchowych w każdym poszczególnym wypadku. Każdy
przykry fakt, doznana krzywda, obelga, upokorzenie, zawód,
zostaje możliwie prędko jako taki zapomniany. Ale jego skutki
pozostają, stwarzając całe szeregi specyficznych reakcji
wokół
„otorbionego” (jak echinokok w swej wapiennej
powłoczce) faktu pierwotnego, źle lub
wcale nie odreagowanego. (Kompleksom tego rodzaju łatwiej podlegać
muszą typy
schizoidalne, o zahamowanych w ogóle reakcjach, niż łatwo
się wyładowujący cyklotymicy.) I tak wlecze się ten utajony byt
węzłowiska czasem życie całe, póki przypadkiem nie natrafi
na swe ostateczne wyładowanie. Przeważnie jednak nie następuje to
nigdy i człowiek do końca często jest ofiarą nie znanych mu,
niepoznawalnych w ogóle,
utajonych potęg. Wiele ciężkich chorób psychicznych da się w
ten sposób wytłumaczyć
i wiele też — przez uświadomienie i przez to usunięcie
węzłowiska (tzw. jego „rozwiązanie”) —
wyleczyć. Chodzi tylko o to, aby umiejętnie zabierać się do rozbabrania
czyjejś duszy, by zamiast usunięcia zatruwającego psychicznego ropienia
nie nabawić pacjenta nowych ognisk nienormalności przez
zasugestionowanie mu rzeczy, o których
mu się nigdy nie śniło — tu w dosłownym freudowskim
znaczeniu, bo według jego
teorii sen jest, poza różnymi pozornie dowolnymi,
przypadkowymi omyłkami, przemówieniami się i tzw.
„umyślnymi przypadkami” itp., tym zjawiskiem, w
którym podświadomość, uwolniona z oków dziennej
trzeźwości, zaczyna objawiać się pod postacią
symbolicznych, pozornie nic z utajoną ich treścią nie mających związku,
obrazów zdarzeń i przeżyć.
Nie będę tu streszczał obszernie rzeczy, które każdy
znajdzie w książce Freuda w tłumaczeniu polskim pt.Wstęp do
psychoanalizy (wydawnictwo Przeworskiego),wyjaśnię
tylko, o co chodzi, na paru przykładach.
Po kilku dniach przerwy w pisaniu widzę, że wymyślenie dobrego
przykładu na przemówienie się jest wprost niemożliwe:
dowód to jeszcze jeden na korzyść teorii Freuda:
przykłady takie mogą powstać jako rzeczywistości, a nie fikcje,
stworzone muszą być
przez prawdziwe „węzłowiskowe natchnienie”
— wymyślić ich nie sposób. Mogę tylko,
w braku chwilowym wspomnień osobistych (każdy z nas miał z pewnością
dziesiątki
tego rodzaju zdarzeń, tylko ich nie pamięta), zacytować przykłady
freudowskie:
1. Morderca, który zabijał przy pomocy bakterii, zamiast
napisać „przy moich doświadczeniach na świnkach
morskich” napisał mimo woli „na ludziach”
i tym się zdradził;
2. jakiś pan mając mowę i chcąc powiedzieć: es kamm zum Vorschein
(wyszło na
jaw), powiedział: zum Vorschwein (Schwein — świnia), ponieważ
chciał ukryć, że przy
sposobności wyszły na jaw jakieś świństwa, a „stan
podświadomy” mu na to nie pozwolił, demaskując ukryte myśli
przez przemówienie się. Przykład na chęć ominięcia
niewygodnej sytuacji: pewien snardz idąc zerwać z narzeczoną (co było
dlań bardzo przykrym) nie wiadomo czemu poszedł przez las, a nie, jak
zwykle, drogą, wlazł w gąszcz
i rozerwał sobie tak pończochy, że musiał wrócić do domu
— wskutek czego odłożył
przynajmniej przykrą sprawę „do jutra”.
Co do marzeń sennych, musimy stwierdzić, że przy powierzchownym nawet
badaniu wykazują one pewną stałą symbolikę, której stałość i
prawidłowość nie jest żadnym
cudem, a polega po prostu na podobieństwie ludzi między sobą, a przede
wszystkim na
podobnych u nich zasadniczych sferach uczuć. Nie dziwimy się, że ludzie
mają dwoje
oczu i po jednym nosie, a nawet, że mają prawie te same uczucia i
kompleksy myślowe, ale z chwilą kiedy kilku osobnikom pod postacią
panującego, profesora, księdza czy
przełożonego lub pryncypała śni się ojciec, to wydaje się nam czymś
dzikim i naciągniętym. Tymczasem posiadanie ojca, specyficzne dla niego
uczucia i specyficzne kompleksy czy węzłowiska, których te
uczucia są powodem, są tak samo prawie wspólne
wszystkim ludziom, jak para oczu i uszu lub uczucia erotyczne czy
religijne. Wiele rzeczy, które w psychoanalizie rażą nas
jako wynaturzone, wmówione, zasugestionowane,
okazuje się zupełnie naturalnymi konsekwencjami wspólności
struktur psychicznych,
zupełnie analogicznymi do podobieństw konstrukcji cielesnych. Tak więc
w snach
przeżywamy wszystkie utajone w normalnej świadomości uczucia,
kompensujemy je
i uzupełniamy, jako też odegrywamy sobie w stosunku do stłumień,
które nam narzuciło i narzuca życie rodzinne i społeczne i w
ogóle stosunek nasz do całości gatunku.
Obok węzłowisk erotycznych i rodzinnych najważniejszym jest opracowany
przez
Freuda, a także przez ucznia jego Adlera, kompleks niższości
(Minderwertigkeitsgefuhl
komplex, inferiority complex), który będzie tu specjalnym
tematem naszych rozważań.
B. KOMPLEKS (WĘZŁOWISKO) NIŻSZOŚCI
Węzłowisko niższości jest tak samo oparte o najbardziej zasadnicze
uczucia Istnienia
Poszczególnego (żywego osobnika), a nawet może jeszcze jest,
bardziej istotnym dla
jego istnienia jak kompleksy erotyczne i rodzinne, jakkolwiek
ostatecznie od erotyzmu
się wywodzi. Chodzi tu o potwierdzenie samego faktu istnienia w jego
najpierwotniejszej nagości: człowiek jest nie przez to, że jest po
prostu i koniec, ale przez to, że ma pewien kierunek, że rozwija się,
że staje się czymś więcej, niż jest w danej chwili, że przerasta
siebie, a przez to przerasta innych, staje się czymś
wyróżniającym się, coraz wyraźniejszym dla siebie, często
pośrednio lub bezpośrednio i z jakiegoś punktu widzenia
dla gatunku czymś lepszym od reszty osobników. Jest to
zasadnicze prawo wewnętrzne
i zewnętrzne rozwoju indywiduum, a przez to rozwoju gatunku,
który rozwija się właśnie w osobach najbardziej
rozwijających się osobników. Z tego punktu widzenia
węzłowiska erotyczne jako takie, poza samą prostą ich strukturą
związaną z naturą popędu, muszą być do pewnego stopnia funkcjami
szerszego ogólnego dążenia do samo potwierdzenia się i
ugruntowania gatunku, będącego źródłem kompleksu niższości,
związanego z tym pierwotnym faktem, że istnieć to znaczy rozwijać się i
iść naprzód (i to
do ostatnich nieomal chwil życia), a stanie w miejscu jest
równoznaczne z cofaniem się,
z powolną śmiercią. W tym „transcendentalnym”
prawie (w znaczeniu Kanta i Corneliusa, tzn. absolutnym prawie
ontologicznym, jak bym to raczej sformułował) leży źródło
kompleksu niższości, na tym tle że mimo iż jest nam dany, jak by
wyraził się Tadeusz
Miciński,„rozpęd do nieskończoności”,nikt z nas nie
może go w swoim istnieniu w całej pełni ziścić i życie nasze jest
wypadkową najróżniejszych starć naszych danych z otaczającym
nas układem osób, sił społecznych i natury materialnej,
których wypadkowa,
często z punktu widzenia żądań jednostki wykoślawiona lub wręcz dla
niej katastrofalna, stanowi to, co określamy mianem historii naszego
życia.
Dobrze spełniony („wygrany” — lepsze
określenie, ale nie podoba mi się jego, że tak
powiem, „muzykał”) kompleks niższości, przy
odpowiedniej dla istotnego rozwoju danego osobnika sumie
warunków, może być powodem najistotniejszej,
najautentyczniejszej jego twórczości, począwszy od
objawów czysto indywidualnych: sztuki, filozofii, nauki, aż
do działalności najbardziej bezpośrednio społecznej: na szczytach
władzy prawowiernej lub rewolucji; źle spełniony staje się powodem
przykrych deformacji
osobnika, który przejawia się wtedy w życiu w formach
wykoślawionych niespełnionej
ambicji i zatruwa tak siebie, jak i swe otoczenie ptomainami swego
psychicznego rozkładu. Węzłowisko niższości, według tak powszechnych
najistotniejszych dla samego czynnego bytu indywiduum jego
źródeł, musi być tak powszechnym, jak są na tle konieczności
przedłużenia gatunków węzłowiska erotyczne: wynika ono z
samych podstaw istnienia, które jest rozwojem, i z
ograniczeń, które ten rozwój z konieczności na
swej drodze napotyka. Ta zasada ograniczenia to jest druga zasada
transcendentalna, w znaczeniu konieczności dla całego aktualnego i
wszelkiego możliwego bytu, a nie jakichś metafizycznych kombinacji w
rodzaju „form zjawiskowych” czy
„kategorii”, jest tą, z której wypływają
zasadnicze tego bytu cechy: wielość jego elementów
ograniczonych czasowo i przestrzennie, powtarzalność stanów
wewnętrznych i zjawisk i ich prawidłowość indywidualna; wewnątrz danej
osobowości biologiczna i psychologiczna, i prawidłowość statystyczna w
złudnym, a koniecznym świecie „materii martwej”. Z
tego stanu
rzeczy wynika, że właściwie różne formy kompleksu niższości
wytworzyć się muszą
u wszystkich indywiduów, poczynając od najniższych, bo
właściwie pragnienia nasze
— w związku z nieskończonością czasu i przestrzeni i
potencjalną, graniczną, subiektywną możliwością nieskończoności we
wszystkich spełnieniach (zaczynając od pragnienia wiecznego trwania i
rozpierania się nieskończonościowego w przestrzeni) — są
nieogarnione i spełnienie ich jakiekolwiek musi być w pewnym sensie ich
ograniczeniem i kompromisem. Stąd smutek nieuchronny spełnionych
zamiarów i marzeń, specyficzna melancholia dokonanych
czynów, pewnych szczytowych osiągnięć, znana tak
dobrze wszelkim działaczom społecznym, twórcom życia,
władcom i transformatorom
rzeczywistości. Może wolna od niej do pewnego stopnia jest
twórczość artystyczna i filozoficzna; pierwsza przez
ograniczone z założenia w swym wyrazie prawo całego istnienia, zasadę
jedności w wielości, dające się poznać w konstrukcjach będących jakby
skondensowanymi pigułkami Tajemnicy Bytu, wyrażonej czysto formalnie, a
nie treściowo — zniszczenie absolutnego nienasycenia przez
jego poglądową formalizację
i stworzenie zamkniętej w sobie, absolutnie samowystarczalnej
strukturalnej jedności; druga, tj. filozofia, przez ujęcie czysto
pojęciowe w całościowej formie zasadniczych
rysów Istnienia we wszystkich jego przejawach (materii
martwej, stworach żywych,
psychiki i życia społecznego tych stworów), przy czym za
cenę pośredniości symbolicznej, w przeciwstawieniu do bezpośredniości
rzeczywistej dzieła sztuki zyskujemy całość
absolutną, czego w zawsze cząstkowym, choć realnym tworze sztuki
osiągnąć się nie
da. Ale i tu nawet, mimo pozornego graniczenia z rzeczami ostatecznymi,
prześladuje
nas zasada ograniczoności: są to zawsze twory tu i teraz przez jakiegoś
ograniczonego
„ktosia” dokonane, objęte zasadą niedoskonałości
wszelkiego ludzkiego tworzenia, jego
niesamowystarczalnością. Nieskończoności Aktualnej nie zgłębimy nigdy:
ani pojęciowo, ani bezpośrednio, ani w przeżywaniu, ani w
twórczości, a jednak musimy ją przyjąć
— tu leży źródło wszelkich tajemnic i
niezwalczonych zagadek bytu. I w tych sferach,
pozornie zaprzeczających zasadzie Tożsamości Faktycznej
Poszczególnej (czyli w języku Leibniza kontyngencji
— tość i takość, a nie inność), oczekuje nas konieczny smutek
i melancholia rzeczy dokonanych. Dlatego to nawet najbardziej doskonale
„wygrany” kompleks niższości, objawiający się
zrealizowaniem wszystkich marzeń w danym
zakresie, pozostanie właśnie — na tle absolutnego bytowego
nienasycenia Istnienia
Poszczególnego — właśnie tylko i jedynie
kompleksem nie do rozwiązania, jeśli popatrzymy na osobnika w
ogóle pod kątem psychologicznym, a nie mierząc wartości jego
według standardu dokonanych czynów, które mogą
być wielkie i wspaniałe, a twórcy
swemu — na tle niedosiężnej nieskończoności —
pozostawić tylko wrażenie istotnej
nudy i niesmaku mimo powierzchownego zadowolenia z samego faktu
dokonania czegokolwiek bądź. Oczywiście, jak to z samej analizy tej
psychologii wynika, schizoidzi
mają w stosunku do tych uczuć i stanów pierwszeństwo przed
cyklotymikami.
Tak więc węzłowisko niższości, które specjalnie od wczesnego
dzieciństwa — na tle
ciągłych ograniczeń pożądań, chętek i zamiarów dziecka
— musi się rozwijać, tzn., że
ciągle tworzą się urazy stwarzające z tych pożądań kompleksy właśnie,
tj. nieświadome
źródła ujemnej oceny swej osobowości przy świadomym dążeniu
do przezwyciężenia
nurtującego w głębiach przykrego poczucia upośledzenia, może być
przyczyną największych czynów ludzkich, mających
pierwszorzędną wagę dla całej ludzkości, a jednocześnie może być
źródłem wszelkich niskich, najniższych może ze wszystkich,
uczuć: zazdrości, zawiści i bezsilnej wściekłości tak zwanych z
rosyjska „nieudaczników” (może
nieudanków lub nieudałków) w stosunku do tych,
których życie pociągnęło wzwyż.
Ha, trudno! Nas będzie tu zajmowało specjalnie węzłowisko upośledzenia
źle wygrane
i nieprzyjemne skutki tego stanu rzeczy dla otoczenia obciążonych w ten
sposób osobników, a także fakt istnienia tak
szczególnie wielkiej ilości ludzi o tych źle wygranych
(czy rozegranych) węzłowiskach, które zakładamy na tle
powszechności pewnych praw
u wszystkich absolutnie, najbardziej nawet zresztą względnie udanych
ludzi w naszym
kraju. Tu będę musiał się puścić na daleko idące hipotezy,
których podstawy przekraczać będą znacznie moją kompetencję.
Istotą Kompleksu niższości (węzłowiska upośledzenia) jest pewne
podświadome
niezadowolenie ze swojego położenia czy stanowiska w świecie i ze
stosunku otoczenia, które zdaje się być zbyt obojętne czy
negatywne wobec rzekomych wartości i czynów danego osobnika.
Zaznaczyć trzeba, że odbywa się ta ocena często w głęboko podświadomych
warstwach i nikt by często nie poznał w danym, pozornie zadowolonym
z siebie, osobniku kogoś ciężko psychicznie zranionego swoim
nieodpowiednim położeniem w układzie, w którym los żyć mu
kazał. A jednak nieświadome ognisko złych
myśli promieniuje swą ciemną emanacją, zmieniając różne
reakcje na rzeczywistość do
tego stopnia, że dana ofiara kompleksu często by się nie przyznała do
swoich własnych,
nie zauważonych zwykle, drobnych postępków, do ich istotnego
kierunku i intencji,
gdyby mogła widzieć cały mechanizm swego wewnętrznego stawania się. Tak
więc
154
dwie są drogi wyjścia z fatalnego położenia stworzonego przez
węzłowisko upośledzenia, o ile nie nastąpi zupełna równowaga
między pragnieniami a rzeczywistością, marzeniem a jego spełnieniem,
równowaga kompromisu i ugody, normalnego
półzadowoleńka wydzielonym kęskiem istnienia i nasycenia
własną osobowością (osobistością),
które jednak stanowi większą część ludzkiego bytu, miąższ
wegetatywny społeczności, na której inne, obce jej pozornie
wyrastają osobniki, uczucia i myśli; dwie są drogi:
jedna droga — rzeczywistości — wiedzie przez realny
trud do czynów usprawiedliwiających, choćby w męce,
istnienie danego stworu na tej ziemi i w świecie całym i pozwala mu
pozostawić za sobą, jako ślad jego bytu, wartościowe dla niego samego i
dla
innych, pośrednio lub bezpośrednio, twory; druga droga, droga
nieprawdziwego napuszenia urojoną wielkością, którą na
pewien czas nawet innych zamamić można, wiedzie
przez kraj brzydkiej i małej fikcji do niesławnego końca,
który można by przyrównać
do rozprucia pustego, nadętego śmiesznie balonu.
Ale często zdemaskowanie nie następuje równo z końcem danego
napuszonego na
sztuczną wielkość osobnika. Czasem on sam przez innych systematycznie
podbechtywany uwierzy w swą ważność z taką siłą, że do końca życia w
jej poczuciu dotrwa,
a nawet długo po śmierci błąka się między ludźmi jego wydęty ponad
wszelką miarę
majak — balon, zanim sąd nadeszłych nieomamionych pokoleń,
sąd historii już powoli
dech sztuczny z niego wypuści, okazując jego nicość i wewnętrzną
pustkę. Nie mówię
o wypadkach przeciwnych: rozpoznania ważności tych, których
za życia za nieważnych w nieświadomości swej i głupocie uważaliśmy, bo
jest to wprost codzienny banał,
nieomal od najdawniejszych dziejów ludzkości. Nie idzie mi
tu o te wielkie społeczne
przejawy owej złudy, tylko raczej o ten codzienny jad małych zdarzeń
tego typu, przejawiający się w małych duszach, niezdolnych nawet do
wielkich kłamstw i zakłamań. On
to bowiem stwarza atmosferę ogólną danej grupy, miasta czy
społeczeństwa całego, na
której dopiero inne bakcyle potężniejszych i straszniejszych
chorób się zahodowują.
Jest jasne,że pewna część
tzw.„ludzisków”musi na tę chorobę
chorować.Możliwe,że
wszyscy w mniejszym lub większym stopniu natężenia i utajenia ją mamy.
Ale na czym
polega to, że nasz właśnie kraj nieszczęśliwy, którego cała
historia zda się być jedną
wielką potworną omyłką, cierpieć zda się właśnie najbardziej ze
wszystkich, o ile mi się
zdaje, krain naszego globu? Czemu przeciętnemu, a nawet co najgorsze,
(i poniektóremu) wybitnemu osobnikowi naszej nacji zda się
bardziej wprost zależeć, by się wydać
czymś wydatnym niż być nim w istocie? Czemu nam właśnie wystarcza złuda
naszej
ważności wobec nas samych a nade wszystko wobec innych, samo napuszenie
się na
wartość, sam blichtr dostojeństwa zewnętrzny niż sama ważność owa jako
taka, sama
wartość istotna, samo wewnętrzne dostojeństwo, oparte o rzeczywistość,
a nie pozór
spełnionych czynów? Nigdzie, zda się, ani w historii, ani w
chwili obecnej nie nastąpiło
ani nie następuje takie przemieszczenie i zwichnięcie wartości, jak w
naszym nieszczęsnym narodzie. Czy większa część nieszczęść,
które naród ów sam na siebie w ciągu
dziejów sprowadził, nie na tym mechanizmie utajonym każdej
(prawie) poszczególnej duszy się zasadza? Bo nie brak nam
wielkich danych i wielkich talentów, zdolności
i możliwości — tego bezsprzecznie odmówić nam niż
można. I gdybyśmy inne cechy
charakteru, konieczne dla realnej twórczości, posiadali
— cuda wprost przy tamtych
danych osiągnąć byśmy mogli. Ale unosi nas łatwa w pewnych warunkach do
spełnienia żądza chwilowego, a nie dalekodystansowego świecenia
blaskiem gwiazd pierwszej
wielkości i dlatego stwarzamy (stwarzaliśmy często) raczej sztuczne
zwodniczym światłem błyszczące niby — gwiazdy, a w istocie
tanie rakiety, które tylko pewien czas prawdziwe gwiazdy
udawać mogą, a potem gasną bez śladu, nie zostawiając nawet trwalszej
świetlistej smugi po swoim przejściu. A przekleństwem atmosfery kraju,
w którym
przewagę ma napuszenie nad ważnością samą, jest to, że gdy się zjawi
wreszcie prawdziwie ważny ktoś, to materiału dla twórczości
wedle swego wymiaru i potęgi nie znajduje i sam przez to zmarnieć musi
(...nie znajdzie i przez to często wartości swej całkowitej ludziom
oddać nie może). I czyż nie jest pełną przykładów takich,
zmarnowanej
ludzkiej potęgi, historia nasza?
Ja historię znam zbyt mało, aby się tutaj w zbyt uczone dysertacje
wdawać. Ale gdy
czytałem kiedyś dzieje nasze, to wprost aż wyłem (chwilami) z oburzenia
i rozpaczy
i mimo woli pięści zaciskałem z wściekłości, że podobne rzeczy dziać
się mogły i że
naród tak wielkimi możliwościami wewnętrznymi i zewnętrznymi
rozporządzający tak
mało istotnego zdziałał i stworzył, a wszystkich prawie swoich,
rzadkich zresztą, prawdziwie wielkich mężów —
przez brak podtrzymania ich, a tępy zasię opór przeciw ich
wielkości i hojnej dla innych potędze — zmarnował i
mówiąc dalej tym trochę napuszonym stylem, zgnoił. I tak
było (nieomal) aż do czasów ostatnich (przedwojennych
czasów) i coraz rzadziej widzieliśmy prawdziwą wielkość
między nami. Bo nie chodzi tylko o wielkość danych osobników
(jako taką), tylko o to też, jak ta wielkość całość bytu ludzkiego w
danym społeczeństwie na wyższe szczeble podnosi. Zaraz na ten
temat pewną teoryjkę przedstawię, opierając się na doskonałej książce
panów Moreta
i Davy’ego: Des clans aux empires (Od klanów do
imperiów) L’Evolution de l’humanite.
Synthese collective. La Renaissance du livre.
ZNACZENIE INDYWIDUUM W ROZWOJU SPOŁECZNYM
I TRAGEDIA UPOŚLEDZONYCH
Wspomniani panowie: Moret i Davy, opisują w niezwykle ciekawy
sposób tajemniczy wysoce proces powstawania
zaczątków indywidualnej władzy w pierwotnym,
prawie zupełnie komunistycznym klanie. Taki pierwszy zalążek władcy,
jaki widzimy
w formie australijskiego klanowego „alatunij”
(magika), jest postacią dość nieokreśloną. Według Frazera
(którego znam Golden Bough) wszystko zaczyna się od
publicznego czarodzieja; wiadomo, że magia jest najpierwotniejszą formą
religii, odnoszącą się
do potęg prawie jeszcze nieosobowych. Według mnie u podstawy ich leży
cała „reszta”
istnienia, czyli wszystko to, co nie jest „mną”,
czemu ja się w pewnym sensie przeciwstawiam. Zaznaczę mimochodem, że
jestem przeciwnikiem sprowadzania uczuć religijnych do uczuć życiowych,
jak to czynił w swych Wierzeniach religijnych Bronisław
Malinowski. Jest to stanowisko tzw. naukowe (dla mnie
„pseudo”), które polega na tym,
aby nie implikować zaraz u podstawy badań jakiejś mniej lub więcej
określonej metafizyki, a właściwie ontologii. Ale czasem to właśnie
niby — naukowe stanowisko prowadzi prostą drogą do stworzenia
najbardziej jadowitej, bo fałszywej w dodatku, metafizyki, czego
najdoskonalszy przykład widzimy w tragikomedii materializmu, podjętej
dziś
na nowo na wielką skalę w trochę zmienionej postaci przez tzw.
„Wiener Kreis”, szkołę
filozofów wiedeńskich.
Prócz tego w każdym kraju znajduje się pewna ilość mniej lub
więcej inteligentnych
materialistów pseudonaukowców, których
kierunek wiedeński sobie akaparuje, stwarzając filie po świecie całym.
Jak to we wszystkich moich pismach starałem się udowodnić, jakaś
metafizyka, w znaczeniu Ontologii Ogólnej, jest konieczna
— chodzi tylko
o to, jaka. Otóż udowodniona jest chyba dostatecznie
niesamowystarczalność poglądu
fizykalnego (ostatnia transformacja materializmu na nim się opiera) w
opisie całości
świata. Pogląd ten tkwi korzeniami w poglądzie życiowym, w
którym również tkwi cała
problematyka filozoficzna. Pogląd fizykalny jest częścią poglądu
życiowego, odpowiednio przetransformowaną i rozwiniętą. Przy pomocy
tego poglądu, wbrew twierdzeniom
wiedeńczyków i innych mniej perfidnych gatunków
materialistów, twierdzeniom opartym w ostatecznej instancji
na niespełnialnych obietnicach wyników przyszłych
eksperymentów, nie możemy absolutnie wyjaśnić istnienia
zindywidualizowanej materii
żywej, żrącej, przetwarzającej „materię martwą” na
żywą, rozmnażającej się i regenerującej się, a nade wszystko nie możemy
wyjaśnić istnienia czuć (a dalej myśli). Raczej jest
częściowo prawdziwe psychologistyczne (poglądy Berkeleya, Macha,
Avenariusa i najdoskonalszy, najkonsekwentniejszy pogląd Corneliusa,
też mimo wszystko niesamowystarczalny — bo co robić z
wielością jedności osobowości i takością, a nie innością
świata?) sprowadzenie całego poglądu fizykalnego do danych
„psychicznych” i wyrażenie go w terminach tych
„bezpośrednio danych” (oj, dana, dana, ty moja
bezpośrednio
dana!), tj. części naszych przeżyć — jakości prostych:
dotyków wewnętrznych (czuć organów i mięśni),
zewnętrznych, barw, dźwięków, zapachów i
smaków — bo z tych ostatecznie
elementów, plus wspomnienia i wyobrażenia, ujętych w
zespoły, czyli kompleksy, składają się ostatecznie tak nasze
najsubtelniejsze uczucia, jak i najbardziej wzniosłe
czy abstrakcyjne myśli, poza ich utrwaleniem w odpowiednich znakach.
Ale tam, gdzie
dla mnie jest „kupa jakości”, tam jest pani X sama
dla siebie jako taka, rozciągła, cielesna i na to nie ma rady, i tu
zaczyna się właśnie monadyzm; bo czymże jest tzw. „materia
martwa”, jeśli nie zbiorowiskiem takich bytów
samych dla siebie (cielesnych jaźni),
jeśli w ogóle realnie trwa, a nie jest majakiem
idealistów, cudownie dla jedności świadomości skonstruowanym
„intencjonalnym korelatem” ich
„intencjonalnych przeżyć”?
Fu — do czorta! Podobnym do błędu materialistów i
psychologistów jest błąd antymetafizycznych
antropologów, etnologów i socjologów,
chcących z niczego zrobić coś
i ze strachu, miłości i głodu, tych uczuć fundamentalnych
„życiowych”, tylko w jakichś
niesamowitych natężeniach, stworzyć nowy wymiar: magiczny, a dalej
religijny przeżywania, będący podstawą dalszej transformacji w pojęcia:
„mana” totemicznych konstrukcji i innych wyższych
kultów, aż do czci jednego Boga. Otóż nie,
największe natężenie głodu i strachu (zwykłego, tzn. przed określonym
niebezpieczeństwem) nie potrafi stworzyć zupełnie nowego wymiaru
religijnego przeżywania. Wymiar ten stwarza się w erotyzmie, bo tam
wchodzi już w grę dziwność innego, podobnego stworzenia i zupełnie
specyficzny do dziwności tej stosunek chwilowy, nie trwający ciągle i
stale. Można by to samo powiedzieć o głodzie; ale tu jest przepaść, bo
w miłości występuje kwestia drugiej „jaźni”, co
zawiera już w sobie pewien element tajemniczości, podobnie jak sam fakt
przeciwstawienia się cielesnego „ja” temu, co nim
nie jest i którego
częściami są inne, podobne temu „ja” stwory. Czyli
w samym fakcie istnienia ograniczonego stworu żywego jest pewna
tajemniczość jego dla niego samego, a także tajemniczość otaczającego
świata, nie będącego nim, a wypełnionego podobnymi stworami.
Bez tej „metafizyki” koniecznej — raczej
prymitywnej, koniecznej ontologii za metafizykę w złym znaczeniu tego
słowa uznanej, bo metafizyka, znaczy tylko to, czego w terminach
czystego poglądu fizykalnego opisać absolutnie nie możemy (a więc
psychologia i biologia wraz z anatomią, fizjologią, a dalej z
paleontologią i historią wszystkich
żywych stworzeń i ludzkiego rodzaju, a dalej socjologia) —
nie da się stworzyć specyficznych uczuć religijnych jako
zlepków z dobrze znanych z najcodzienniejszego przebiegu
codziennego dnia uczuć życiowych.Wtedy,gdy to staramy się zrobić (a nie
wtedy,
gdy wpadamy w „metafizykę” pozornie, według
naukowców typu materialistycznego
i pochodnych), deformując rzeczywistość, fałszujemy ją właśnie
gruntownie pod pozorem twierdzenia, że nie można dzikiemu Arunta czy
Kuakiutl imputować naszego,
opartego na długowiecznej kulturze światopoglądu. Zaprzeczamy wtedy
temu podstawowemu faktowi, że istnienie (IP) (żywego stworu) jest
przeciwstawieniem się jego
całej strasznej i tajemniczej w najwyższym stopniu dookolnej
rzeczywistości, że jest to
fakt pierwotny, którego pewnego rodzaju zrozumienie wymaga
minimum świadomości refleksyjnej, jaką już w wysokim stopniu przez mowę
obdarzone są ludy najpierwotniejsze; a tkwi dalej po prostu w fakcie
jeszcze pierwotniejszym: koniecznego ograniczenia każdego stworu w
nieskończonym świecie i niepojętości zasadniczej dla niego
samego tak istnienia jego samego, jak i tego świata.
Nie biorąc tego stanu rzeczy pod uwagę, tylko rozpatrując uczucia
religijne i ich wytwory jedynie jako pewną fantazję z punktu widzenia
oddziwnionego kompletnie codziennego poglądu życiowego najpospolitszego
naszego cywilizowanego człowieka
prymitywnego (np. zmechanizowanego robotnika, urzędnika albo
behawiorysty),
wtedy dopiero fałszujemy kompletnie i beznadziejnie stan rzeczy;
który opisać mamy.
Dlaczego zaś pierwotny człowiek wybiera zwierzęta i rośliny jako
pierwsze pochodne uosobienia nieokreślonego, bezosobowego
„mana”, będącego według mnie
pierwotnie całym dookolnym światem, wydaje mi się znajdować objaśnienie
w tym
stanie rzeczy, że stwory te, wykazując pewne analogie do jego własnej
osoby i jego jednogatunkowców, posiadają, poza pewną
określoną indywidualnością osobową, właśnie pewną dziwność i odrębność,
która nadaje się najlepiej do symbolizowania tajemniczych
potęg opiekuńczych lub złowrogich, w każdym razie tajemniczych (bo
pochodnych od samej Wielkiej Tajemnicy) przestrzeni otaczających
Istnienia w całości.
Ciekawe jest — zaobserwowałem fakt ten w muzeach
australijskich, nieporównanych
jako bogactwo etnograficznego materiału — że u dzikich o
większej stosunkowo kulturze, wyobrażających w drzewie i kamieniu swoje
bóstwa, twarze tych ostatnich stanowią zupełne
przeciwieństwo typu posiadanego przez ich
twórców. To samo daje się zauważyć w rzeźbach
murzyńskich.
Ale dość tej dygresji — wróćmy do pierwotnego
klanu totemicznego jako organizacji społecznej.
W najpierwotniejszej formie swej jest to społeczeństwo bardzo
ograniczone (przeważnie najwyższymi jednostkami są dwie fratrie,
podzielone na pewną ilość klanów
— wyższe skupienia tworzą się dopiero przy już bardziej
rozwiniętej i skonsolidowanej władzy) co do ilości członków,
żyjące prawie że w komunistycznej wspólnocie wszystkich
dóbr, pierwotnie o macierzystym dziedziczeniu nazw,
totemów, odznak. Potem dopiero, w miarę osiedlania się
koczowników i przejścia w wyższy stan kultury rolniczej,
następuje zmiana macierzystego dziedziczenia na ojcowskie.
Zauważyć trzeba, że pierwotni dzicy nie mają pojęcia, że stosunki
płciowe wywołują
zapłodnienie kobiet, i wierzą, że wszyscy pochodzą wprost od totemu
klanu, który bezpośrednio (przy przejściu np. niedaleko
niego) zstępuje na swoją oblubienicę. U wielu
dzikich ojciec żyje w chałupie żony swej jedynie jako partner płciowy,
niańka swych
dzieci (o których nie wie, że od niego pochodzą) i robotnik
domowy i leśny (myśliwy),
a rządzi rodziną brat jego żony, uważany za istotnego tej rodziny
władcę, będący u siebie w domu takimże niepozornym faktotum.
Ale nie o to chodzi. Główną sprawą, która nas tu
zajmuje, jest fakt, że totemiczny
klan komunistyczny w dalszym swym rozwoju wytwarza jednostkową,
indywidualną
władzę, aby — najwyraźniej — móc
rozwijać się dalej i pozwolić członkom swym osiągnąć wyższy stopień
kultury. Dzieje się to tak automatycznie, instynktowo, a nie programowo
oczywiście, jak wszelkie cuda instynktu u owadów, opisywane
przez Fabre’a.
Wygląda na to, że życie społeczne o pewnym stopniu kultury, a nade
wszystko związana z tym stopniem mowa, w związku z rozwojem kory
mózgowej (ośrodków asocjacyjnych), co jest
podstawą poprzednich zjawisk i wzbogaceniem na tym tle życia
psychicznego, wymusza dalszy rozwój w pewnym kierunku,
który może dalej polegać na
podniesieniu kultury duchowej i niesłychanym, w stosunku do pierwotnych
warunków, podniesieniu stopy życia pewnych
członków tego społeczeństwa, raczej całych
klas, na niekorzyść innych; te inne traktowane są przez demona gatunku
raczej jako
pewnego rodzaju gatunkowego gleba, na której rosną dopiero
rzadkie okazy wybitnych
indywiduów, prowadzących całość danej grupy ku wyższym
jeszcze stopniom kultury
i wyższym przeznaczeniom. Natrafiamy tu też na jakieś prawo
„transcendentalne”, absolutne, które
widać musi rządzić wszelkimi możliwymi zjawiskami społecznymi w całym
wszechświecie; prawo rozpuszczania się — w znaczeniu roztworu
— wielkich ludzi
w masie ludzkości, która rosnąc przez to w potęgę, utrudnia
pojawienie się nowych
wielkich indywiduów, aż do zupełnego ich zaniku i zaniku
indywidualnej twórczości.
Nie będę tu wchodził w szczegóły rozwoju indywidualnej
władzy, tak świetnie przedstawione w książce Moreta i
Davy’ego (warto by ją przetłumaczyć na polski zamiast tuzina
np. jakichś obskurnych powieścideł, służących tylko do jeszcze
większego zaklajstrowania i zagwazdrania mózgów
naszej z dnia na dzień spadającej w umysłowej kulturze publiki).
Ograniczę się tylko do paru słów.
Z tego, co różni ludzie piszą, widać, że powstawanie
indywidualnej władzy nie jest
procesem tak bardzo jednoznacznie dla wszystkich wyklarowanym. Są duże
dywergencje zdań co do ważności różnych czynników
tego procesu; jedno widać jasno, że proces ten jest złożony i że
różne czynniki skupiają jakby swe wysiłki, aby władzę tę
ukonstytuować. Jest to melanż społeczno — religijny, przy
czym robi wrażenie — o ile można
puścić się na nic nie wyjaśniające zresztą skrótowe
hipostazy — jakoby „demon gatunku”,
chcący go podnieść na wyższy stopień (prawo ewolucji jest jednak faktem
— jest
to integralny element samego istnienia indywiduum i gatunku),
zużytkował poczucie
Tajemnicy Istnienia dla celów organizacyjno —
społeczno — kulturalnych i przy pomocy sankcji magiczno
— religijnych umacniał władzę wybitnej jednostki,
która to
władza ma źródło swe w istnieniu rodziny rządzonej
ostatecznie zawsze przez kogoś,
a nie stanowiącej bezstrukturalnej masy. Tak jak coś jest w nas, co
pcha nas do zakreślenia pewnej — stałej w pewnych granicach
dla wszystkich — linii rozwojowej, która
jest istnieniem naszym, tak samo jest coś takiego w gatunku. Takie
pojęcia jak „elan
vital” Bergsona, wprowadzone jako ogólne
skróty dla pewnych faktów, mogą być przyjęte na
końcu danego systemu wykazującego konieczność danego stanu rzeczy przy
pomocy innych pojęć; umieszczone na początku, jako niby pierwotne
pojęcia hipostazyjne (lepiej niż hipostatyczne), nie wyjaśniają nic,
tylko uwalniają — na tle powierzchownego (jak w wierze
jakiejś dogmatycznej) uspokojenia — od dalszego badania ich
źródeł w głębszych koniecznościach samego faktu istnienia
żywego stworu, w wielkościach indywiduów tego samego gatunku
wśród „materii martwej”.
Specjalnie interesuje mnie tu nie skład tego coctailu organizacyjno
— religijnego,
stanowiącego pierwszy stopień władzy, z którego ona, jakoś
jeszcze odrętwiała i niemrawa, nie może ruszyć ku dalszej konsolidacji,
ile stopień dalszy, którego warunki
stwarza znów demon gatunku (skrótowo —
zastępcze wyrażenie antyhipostazyjne)
przez instytucję zwaną „potlatsch”. Robi to znowu
wrażenie, jakby wyrwanie komunistycznego totemicznego klanu z jego
samozadowolonego marazmu przy pomocy środków sankcyjno
— religijnych nie doprowadziło do pożądanego rezultatu w
kwestii uintensywnienia rozwoju.Wszystkie dane są: skrawek kory
mózgowej w pysznym gatunku
gotowy; jest prymitywna, niezbyt bogata może w osobne słowa dla
podobnych rzeczy
mowa; są zaczątki kultury materialnej (narzędziowej), mogącej rozwinąć
się daleko; jest
ogień; jest wiara, która nadaje już władzy nimb
metafizyczny, a klan nie rusza się w dalszą drogę. A tu stworzywszy to
wszystko trzeba wyzyskać warunki do stworzenia wyższych wartości
— wszak (ohydne słowo, a tli muszę go użyć) żyje się tylko
raz: gatunkowo i indywidualnie tak samo. Raz pewno tylko na całą
wieczność powstały takie akurat wymoczki, płazy i ssaki, no i my też.
„A nuże” — jak dziwnie krzyczały
makbetańskie czarownice — trzeba wykorzystać ten niepojęty
cud istnienia jak najpełniej i najpotężniej: gatunek — ma się
wrażenie — „myśli” zupełnie tak jak
indywiduum, oczywiście „myśli” tak sumą
indywiduów, z których się składa.
Poza płciowymi przeżyciami samce nie są bardzo zdolne do rywalizacji,
wolą zasadniczo byt spokojny i zrównoważony. A tu tylko
ostra rywalizacja może wykrzesać coś nowego z zasypiających w wygodzie
tych właśnie, w których tląca się potencjalnie,
a odpowiednio rozdmuchana wyższość nad innymi może pchnąć całą grupę na
wyższe tory przeznaczeń. Nie będę wdawał się tu w detale tak świetnie
opisane w cytowanej książce francuskiej. Z pół religijnych,
pół na ekonomicznej podstawie opartych
świadczeń w naturze między grupami organizacyjnymi wytwarza się powoli
owa ciekawa instytucja indywidualnego „potlatschu, jakby
pewnego rodzaju pojedynku bez
broni, w którym chodzi o to, aby zaćmić w jakikolwiek
sposób przeciwnika, wywyższyć
się ponad swe otoczenie i następnie (i to mi się wydaje istotne,
jakkolwiek nie jest zaakcentowane u wspomnianych autorów)
dociągać całą grupę; do swojego podwyższonego
poziomu. Tu jest istota społecznego znaczenia
„potlatschu” i wynikającej z niego wszelkiej
władzy. Wydaje się, jakby sam klan komunistyczny nie był w stanie
wydźwignąć się
z danego niskiego [w] stosunku do możliwości tkwiących w korach
mózgowych jego
członków [poziomu] na wyższe poziomy kultury, na wyższy,
potencjalnie już jakby istniejący jej szczebel. Musi powstać władca
posiadający specjalne właściwości, przewyższające całe otoczenie siłą
fizyczną, odwagą, inteligencją i zdolnością narzucenia swojej woli
innym, musi wziąć klan za mordę i przez tresurę całej grupy;
którą będzie starał się dociągnąć do swojego standardu
(czyli wzorca?), rozpuści w niej tę siłę swoją jak
cukier w ciepłej wodzie, uczyni własnością wszystkich, podwyższając
natężenie duchowe, a przez to i materialną kulturę całego otoczenia.
Wydaje mi się, że przebieg historii jest taki, że do pewnego punktu
obie wielkości: natężenie indywiduum władającego
(względnie jego najbliższego otoczenia i tych, między
których ono rozdziela swą władzę) i natężenie całości
społeczeństwa utrzymuje się w pewnej równowadze, przy czym
następuje powolny podział na kasty, a dalej na klasy. Władca nie
rozpuszcza się w swej
potędze równomiernie między wszystkich i stwarza
(również prawdopodobnie dla
celów doraźnych, a w gruncie rzeczy instynktowo dla
celów dalekodystansowych, gatunkowych)
nierówności społeczne i różne napięcia
społecznego potencjału wewnątrz
grupy, która też przez to w całości wzmaga swój
potencjał ogólny i swoją twórczość we
wszystkich dziedzinach. Do tego przyczyniają się wojny, ten
„potlatsch” międzygrupowy, a dalej międzynarodowy.
Po pewnym czasie występują objawy pewnego skostnienia tego ustroju,
klasy rządzące przez ciągłe łączenie się między sobą degenerują się
(prawo „egzogamii” nie jest w tym wypadku
— na tle kwestii dziedziczenia dóbr i
honorów — zachowane), a jednocześnie następuje
coraz większe rozprzestrzenienie się
i równomierniejsze rozłożenie dóbr duchowych
między całą grupą („naród”), przy
jednoczesnej nierównomierności materialnej. Następuje
przeganianie się klas w pewnym
rodzaju wyścigu i ostatecznie dawna struktura — na skutek
samouświadomienia i potęgi klas dorabiających się takiej, że aż
przerastającej potęgę indywiduum w ogóle (a
specjalnie rządzącego osobnika i jego najbliższej klasy:
„podpór tronu”) — rozpada
się i następna klasa (dorabiająca się) dostaje władzę w swoje ręce. Po
czym następuje okres „kłamliwy”, zdaje się też
konieczny, tzw. demokracji, czyli panowania kapitału.
Początkowo kapitał tworzy nowe wartości kulturalne, przez swą
koncentrację koncentrując organizację mas, po czym zaczyna się zmieniać
w pasożytującego na ludzkości
nowotwora, grzebiącego większą część jej w swoich konstrukcjach i
zużytkowującego
cynicznie dla swych celów (zysku) dawne pozytywne niegdyś i
twórcze uczucia narodowe w postaci wojen. Międzynarodowej
organizacji kapitału przeciwstawia się międzynarodowa organizacja
robotnicza (czasowo też u początku swego istnienia na małych odcinkach
kompromisowa organizacja faszystowska), po czym kapitał prywatny
zostaje usunięty na korzyść samorządzącego się państwa pracy,
obejmującego całą ludzkość i organizującego racjonalną (w
przeciwieństwie do dzikiej, dla zysku) wytwórczość i
rozdział dóbr.
Cóż się dzieje w tym przewrocie z indywiduami władczymi, z
typami dawnych
władców? Następuje kompletna transformacja władcy
rozpuszczającego mimo woli potęgę swą wśród mas na władcę
— sługę klas dorabiających się: początkowo trzeciego,
a potem czwartego stanu.
Zdaje się, że ten proces jest nieunikniony i jeśli kultura wyższa ma
być na jakiejś planecie, wśród jakichś (IPN), (żywych
stworów) operujących mową, osiągniętą, to musi
to odbywać się mniej więcej w taki sam sposób, jak u nas.
Od razu nie można osiągnąć i wyższej kultury, i ogólnego
szczęścia: najpierw jedno,
poprzez męki uciśnionych — musi być ludzka miazga, na
której wyrastają pyszne
kwiaty wielkich indywiduów — obdarzycieli całości,
a potem dopiero drugie, na tle samouświadomienia się masy i już innego
gatunku zaprzężenia wielkich indywiduów (ale
już innego typu) do świadomej pracy dla dobra całej ludzkości.
Nie jestem tutaj jakimś „rzecznikiem wstecznictwa”:
przeciwnie, mam najradykalniejsze przekonania społeczne (można by to
nazwać pewną formą nie falansterowego, broń Boże, socjalizmu)
— chodzi mi tylko o to, czy może być zasadniczo inny przebieg
procesu wytworzenia idealnego szczęścia na ziemi, tj. braku nędzy i
nierówności dóbr przy jednoczesnym wysokim
kulturalnym poziomie; przychodzę do wniosku,
że nie. Jest to, zdaje się, tragedia wszelkich gatunków
(IPN) we wszechświecie. Chodzi
tylko o to, aby kłamliwy — pozornie dający równy
start dla wszystkich, a w gruncie
rzeczy implikujący najohydniejsze niewolnictwo — okres
fałszywej, zakłamanej demokracji trwał jak najkrócej.
Niestety, nie możemy przetelegrafować naszych zdobyczy na
księżyc Jowisza, gdzie może tworzy się właśnie jakaś ludzkość w postaci
odpowiadającej naszej Rewolucji Francuskiej. Ba (jak to
mówią i piszą niektórzy), sami dla siebie
nie umiemy wyprowadzić najprostszych wniosków z naszej
własnej historii. Zamiast
rewolucji od góry, która mogłaby dać szczęście
milionom, bez żadnego rozlewu krwi,
przy pomocy jednego dekretu podpisanego przez uświadomionego co do
obowiązków swych władcę, co chwila widzimy wyrzucanych
gwałtem władców tych, którzy z dziwnym uporem
trzymali się beznadziejnie swych fikcji, oraz walkę klas,
która jest widać
złem koniecznym, nie do uniknięcia na tym
tzw.„padole”.
Chodziłoby o to, aby zmądrzały nareszcie klasy rządzące tam, gdzie nie
zostały jeszcze zmienione przez władców innego typu,
pochodzących z zupełnie innych warstw
społecznych i psychicznych — to najważniejsze — i
zaczęły robić rewolucję od góry,
póki czas. Mając w swym ręku skondensowaną już władzę, nie
potrzebując z trudem
jej zdobywać, jest to po prostu igraszką: parę dekretów i
koniec. Ale przekleństwem
ludzi władających tego typu jest to, że muszą być — po
niepotrzebnym wylaniu rzek
krwi, cofnięciu kultury, zniszczeniu tzw. kulturalnego dorobku
— na zbity łeb wylani,
choć mogliby być błogosławionymi po wieczność dobroczyńcami ludzkości.
Mieć władzę i nie użyć jej dla dobra większej części społeczeństwa, i
popierać międzynarodową
bandę wyzyskiwaczy i maniaków siły kapitału dla jego siły
— jest mimowolną czasem,
ale jednak zbrodnią. Ale rewolucja od góry jest widać
niespełnialną utopią, bo mężowie
stanu są to przede wszystkim ludzie nie umiejący wyciągać
wniosków z przeszłości na
przyszłość, nie dbający o dobro ogółu w szerokim znaczeniu
tego słowa i jeśli nie dbający o wartości osobiste, jakie daje władza,
to w każdym razie zapatrzeni w jakieś fikcyjne prestiże,
wielkomocarstwowe imperializmy i nie widzący tego, że ziemia pali się
im pod nogami.„A nuż za mojego życia nie trzeba będzie
zrezygnować”,tak sobie myśli
każdy albo z powodów ogólno ideowych, albo
osobistych. Ale te elementy splatają się
czasem w nierozdzielną całość, a u „niemytych dusz”
łatwo jest bardzo o wszelkie podstawienia, mniej lub więcej wygodne.
Utożsamić się z ideą „jedząc langustę w cylindrze”.
(tzn. mając samemu cylinder na głowie, a nie to, że niby sama langusta
itd. — nie warto
gadać, jak mówił pewien stary hrabia) jest bardzo łatwo;
trudniej jest uczynić to siedząc w smrodliwym więzieniu i będąc
zjadanym przez robactwo i bitym systematycznie po mordzie: są idee
wygodne i niewygodne. Uświadomić sobie niewygodną ideę
i wprowadzić ją w czyn jest bohaterstwem. Mało jest
bohaterów na czołowych stanowiskach kuli ziemskiej: są albo
szczerzy stronnicy ginącego świata w imię przebrzmiałych
w istocie dawno już fikcji, albo cynicy. Fikcje te zdają się być
potrzebne tylko jeszcze jedynie przedstawicielom gnijącego nowotworu
— kapitału, dla ich potwornych przedśmiertno —
drgawkowych machinacji... Trudno — rewolucja od
góry jest widać beznadziejną utopią, a podburzanie i
rewoltowanie rządzącej elity — co tu na małą niezmiernie
skalę robić usiłuję — pracą beznadziejną i niewdzięczną.
Jeśli tylko wyjątkowi ludzie mogą świadomie zmniejszyć materialny
standard swego
życia na rzecz innych ludzi lub jakichś wartości duchowych, trudno
wymagać tego
od osobników rekrutujących się przeważnie z klas,
którym zależy na jak najdłuższym
przynajmniej utrzymaniu status quo ante, lub też będących
dorobkiewiczami, arywistami z klas niższych.
Niezaprzeczalnym faktem historycznym, dotąd ważnym na naszej planecie
(ale zdaje
się, że i wszędzie nieuniknionym — przynajmniej inna droga
osiągnięcia pewnych war-
tości jest niewyobrażalna), zdaje się być konieczność epoki, w
której tworzą się wielkie
organizmy państwowe, oparte na władzy jednostki lub nielicznej grupy
najbliższego jej
otoczenia i na nierówności, na hierarchii klas, przy czym
najniższe klasy zmuszone są
wieść żywot względnie nędzny, nie mogąc sobie nawet uświadomić w tych
warunkach
bezcennej wartości samego faktu istnienia w związku z olbrzymią
przewagą ujemnych
przeżyć: po prostu i niedelikatnie mówiąc, życie ich jest
torturą. Ten stan rzeczy, potworny i ohydny w swej istocie —
jeśli staniemy na punkcie widzenia istotnej zasadniczej
równości potencjalnej wszystkich członków naszego
gatunku (a świadczy o tym
wybijanie się wyjątkowych osobistości z klas najniższych przy
odpowiednich warunkach) — jest widać, na nieszczęście,
konieczny dla stworzenia podwalin kultury i materialnej, i duchowej, na
której podstawie dopiero, przy ukróceniu
jednostki przez organizującą się masę, świadomą już swych
dróg i możliwych osiągnięć w przyszłości,
może powstać możliwość ogólnego szczęścia i sprawiedliwości,
przy zachowaniu zdobytej już kultury — ale za cenę pewnego
zmniejszenia natężenia porywu indywidualnej
twórczości. Czymś trzeba za to zapłacić — to
trudno. Asceta za swą wewnętrzną doskonałość płaci wyrzeczeniem się
bogactwa przeżyć i użycia — musi zapłacić i ludzkość,
z tym trzeba się pogodzić. Jeszcze przed wojną, w r. 1912 i 13,
doszedłem do wniosku,
że za cenę doskonałości uspołecznienia ludzkość musi zapłacić: a)
końcem religii (i tak
zresztą w naturalny sposób kończącej swą rolę długowiecznej
wychowawczyni ludzkości) jako „pierwszego metafizycznego
przybliżenia”, b) samobójstwem filozofii
— w postaci negatywnego raczej (ograniczającego granicę
Tajemnicy, implikowanej przez niemożność zdefiniowania wszystkich pojęć
systemu i koniecznością przyjęcia pojęć pierwotnych) co do swych
wyników systemu ogólnego, do którego
zdążamy i który połączy
pozorne sprzeczności, implikowane przez istnienie w każdym ujęciu
pojęciowym i c)
upadkiem sztuki, która wyczerpawszy przedwcześnie wszystkie
środki działania, musi
skończyć się albo w powtarzaniu tego, co było, albo w zupełnej
perwersji, obłędzie i dezorganizacji swych form konstrukcyjnych.
Oczywiście dawniej, zaledwie wychylając się
ze swego arystokratyczno — (ale nie w hrabskim znaczeniu)
— estetycznego światopoglądu, podszytego zwątpieniem
filozoficznym na tle utknięcia w systemie Corneliusa,
którego studiowałem od dziewiętnastego roku życia, byłem z
wymienionych wyżej
powodów w rozpaczy. Teraz, po wyrzeczeniu się sztuki i
napisaniu mego główniaka
(1917-1932), pogodziłem się z tym wszystkim jako z wielką koniecznością
dziejową
i sądzę, że tak powinni pogodzić się z tym wszyscy, a wtedy zapanuje
raj na ziemi: niestety łatwiej byłoby to zrobić mnie niż np. Karolowi
Rumuńskiemu. Trudno. Wyciekną
tzw. morza krwi, kultura się cofnie, nic się już wartościowego w
wymiarach tej walki po
stronie tzw.„konserwy”nie stworzy — to
jest „więcej niż pewne”,jak to mówią
— a wyjdzie na to samo, gdyby bez tych wszystkich ujemnych
stron tego procesu ktoś nacisnął
guzik i jednym dekretem zmienił kurs całej historii świata. Ale ci,
którzy mają w swych
rękach napięcia społecznego na kwindecyliony parowych
Aleksandrów Macedońskich,
wolą tę siłę powoli zmarnować, aby zgniła im w ręku, wolą żyć poniżej
samych siebie
lub być sługami ginącego świata, gnijącego nowotworu, niż zużyć ją we
właściwy sposób, choćby mieli przy tym sami pęknąć lub co
najmniej zmniejszyć standard życia
i osobistego napuszenia władzy na wzór dawnych
tyranów.
Czy okres gnębienia warstw niższych i tworzenia kultury indywidualnej,
z której
potem korzystać może dalszy rozwój kultury kolektywnej,
społecznej, jest absolutnie
konieczny, nie moim zadaniem rozstrzygnąć tu definitywnie; w każdym
razie konieczność ta wydaje się nieskończenie prawdopodobna.
Następuje powolne rozpuszczanie się wielkich ludzi w ludzkości i
powolne wzrastanie
siły klas tzw. niższych, przy czym następuje powolne również
przemieszczanie się typu
władcy, przy jednoczesnej jego transformacji, z jednej warstwy do
drugiej. Przykładem
niech będzie panowanie nad światem dzisiejszej finansjery, należącej do
stanu trzeciego,
który zwalił (raczej zaczął walić) świat wielkich mocarstw i
„dobrze urodzonych” władców dawnego typu
od Egiptu i Asyrii do Rewolucji Francuskiej. Dawniej władcy, o ile
się utrzymali za cenę kompromisu, grali i grają rolę błazeńskich,
symbolicznych postaci,
będących w gruncie rzeczy marionetkami w rękach istotnych
rządców świata, podobnie jak narzędziami ich są idee
narodowo — szowinistyczne, narzędziami koncentracji
ich ponadnarodowej potęgi, mającej źródło w zysku bez
względu na dobro i potrzeby
reszty ludzkości. Dlatego skrajni, szczerzy narodowcy wszelkich
gatunków należą dziś
według mnie do omamionych: wydaje im się, że postępują według
najszczytniejszych
w ich mniemaniu idei, a tymczasem działalność ich jest tylko tajną
funkcją jakichś zamaskowanych potęg kapitalistycznych, zużywających
nacjonalizm dla ich bezproduktywnych i implikujących krzywdę
milionów ludzi celów.
Chodzi mi w tej chwili o uwydatnienie różnicy pomiędzy
Polską a innymi krajami
kuli ziemskiej w tym czasie, kiedy się tworzyła nasza zachodnia
kultura. Na mnie robi
to takie wrażenie, jak bym na względnie czystej i pięknej twarzy
oglądał jakiś ropiejący
wrzód. Przestańmy rozdymać fikcyjne wielkości naszej
przeszłości i wmawiać w siebie, żeśmy mieli wszystko, i sztukę, i
naukę, i heretyków morowych, i filozofię, i technikę, i
diabli wiedzą co, bo, w gruncie rzeczy mieliśmy to przeważnie
urządzone, a w każdym razie zapoczątkowane przez obcych. A co do
osławionego indywidualizmu polskiego, którego rozwojowi nic
na przeszkodzie (w wymiarach szlacheckich) nie stało,
i „wzniosłych” (niby) instytucji poświęconych
swobodzie, jak np. liberum veto (które
podziwia komediancki prorok nigdy niespełnialnego snu o nadczłowieku
— indywidualiście w tej właśnie epoce ludzkości), to właśnie
całość tych instytucji (może dobra,
gdyby się stosowała do wszystkich — ale na to trzeba
znów większej kultury) i przedwczesny ten, a zarazem
spóźniony indywidualizm, raczej nieodpowiednie rozłożenie
jego wśród jego różnokulturalnych warstw
szlacheckich, były przyczyną wszystkich naszych nieszczęść dawnych i
obecnego niskiego pod każdym względem prawie poziomu
naszego kraju.
Historia polska jest historią tragiczną i ohydnych (słabościowych)
omyłek. Nie będę
tu, nie mając odpowiedniego wykształcenia, wdawał się w ich krytykę.
Pierwsza zasadnicza omyłka: przyjęcie chrześcijaństwa i w
ogóle kultury z Zachodu, a nie od strony
Bizancjum, było tym błędem inicjalnym, który zwichnął całą
naszą historię i misję
narodową, a wszystkie dalsze pomyłki są już jego prostą funkcją; ciągłe
szarpanie się
w połowiczności między istotnym przeznaczeniem a skutkami pierwszego
potknięcia
się, a do tego jeszcze pewne nasze wyłącznie specjalnostki, w
szczególności zaś jedna,
która jak tamten błąd niosący w sobie potencjalnie wszystkie
klęski zawiera w sobie
źródło zwichnięcia naszego charakteru narodowego,
zahamowania swoistej kultury
i wypaczenia tych właściwości duszy, które mogłyby być
podstawą wielkich czynów
społecznych i wielkiej twórczości: mam tu na myśli tego
potwora, którego nikt w tych
czasach nie spłodził, tylko my: szlachecką demokrację. Sama nazwa swą
jakąś dziką,
bezczelną sprzecznością budzi dreszcz wstrętu i obrzydzenia.
„Jest to potwór, który raz
się rodzi i nigdy lat swych nie dochodzi.” — można
powiedzieć o tej ohydnej hybrydzie instytucyjnej; rzeczywiście lat
swych nie doszła, bo znudzone naszą ohydą państwa
ościenne odebrały nam swobodę dalszego gnicia we własnym śmierdzącym
sosie. Kara
była w zupełności zasłużona, ale jakim sposobem stało się, że
naród tak pod każdym
względem uzdolniony mógł sprowadzić na siebie tak zasadniczo
kłamliwą i niemrawą
formę bytu, podczas gdy wszędzie gdzie indziej, mimo wszelkich wojen,
zamięszania
i chaosu, utrzymywała się w społeczeństwach hierarchiczna struktura
wewnętrzna, po
której powierzchni tylko przewalały się wszelkie zdarzenia,
struktura pozwalająca na to,
aby mimo całej „niespokojności czasów”
kultura poszczególnych krajów prawie
równomiernie rosła niemal aż do Rewolucji Francuskiej,
markującej tak prawie zasadniczy
etap rozwoju ludzkości, jak powstanie wielkiego państwa z totemicznego
klanu. Jedynie
równie ważnym zdarzeniem jest Rewolucja Rosyjska, ten na
fantastycznie wielką skalę
zrobiony eksperyment, markujący znowu początek końca kłamliwej ery
demokracji
i panowania kapitału.. My zrealizowaliśmy jakąś karykaturę demokracji
wcześniej niż
wszyscy — przecie Polak zawsze pierwszy! — i to
stanowi naszą hańbę, coś, co zaprzecza istnieniu w nas zdrowego
instynktu rasowego i społecznego. Brak wszelkiej struktury w naszej
kulturze, przypadkowe przyjmowanie wszystkiego z zewnątrz, wspaniałe
początki bez odpowiednich końców (ta kardynalna cecha
najbardziej nawet wybitnych
Polaków, podczas gdy każda krytyka potępiona jest jako tzw.
„samoopluwanie się a la
maniere russe”), brak wszelkiej oryginalności w
wytwórczości naukowej, artystycznej
i filozoficznej, przy kolosalnych danych na tę oryginalność (to jest
najokropniejsze), to wszystko przypisuję bałaganowi szlacheckiej
demokracji, stwarzającej bagno chaosu
i rozpad indywiduum bez dyscypliny wewnętrznej zamiast jego swobodnego
rozwoju:
Swobodę trzeba zdobyć — to jest kardynalne prawo ewolucji
społecznej i indywidualnej, a do tego potrzebna jest dyscyplina.
O ile cały rozwój kultury w innych krajach zachodził
wewnątrz ściśle zhierarchizowanej piramidy i przez to właśnie
mógł posiadać wewnętrzną dyscyplinę na skutek rozłożenia
ciśnień wewnątrz tej piramidy, posiadającej określoną formę, to u nas
piramida
ta nie istniała prawie wcale: płynne instytucje, płynna przechodnia
władza, chaos i rozpad.To jest właśnie ciekawe,Że Zachód (a
nawet Wschód,„barbarzyńska
Rosja”— tam
była jednak struktura, prymitywna i dzika, ale była — Piotr
Wielki miał przynajmniej
dobry materiał dla swej twórczości) wytrzymał tak potworny
chaos wojen i walk religijnych nie tracąc kulturalnej wysokości.
Twierdzę, że było tak dlatego, że wśród spiętrzonych fal
armii przelewających się z kraju do kraju rdzeń krain tych pozostał
nietknięty; walczyli przeważnie królowie i panowie na czele
najemnych wojsk — jądro danego kraju (w przeciwieństwie do
dzisiejszych wojen wplątujących do czynnej postawy
wszystkie warstwy narodu): chłop i mały burżuj pozostawali nietknięci.
A przy tym ci,
co walczyli, to nie była nadęta hołota, tylko prawdziwi, względnie
rzadcy, rasowi panowie, którzy jednak swoją potęgą, siłą
swych ambicji, pragnień, idei i przekonań wynosili też walczące pod ich
dowództwem grupy na wyższy poziom życiowego natężenia.
Wszystko to robione było z potęgą: był to jeszcze okres rozpuszczania
się wielkich ludzi
w tłumie i względnie słabej więźby społecznej, poza gniotem
władców i ich wasali.
Oczywiście jak piramida zaczęła gnić od góry, jak typy
władców fizycznie i duchowo
się zdegenerowały, jak klasa ich przestała wydawać naprawdę silne
indywidualności,
a karmiące się tylko siłą przodków wśród form i
prerogatyw władzy, przerastających
jej rzeczywistą wydajność w ich karlejących postaciach, piramida
musiała zgnić i runąć
i nowe czynniki musiały objąć kierownictwo twórczości
życiowej i społecznej ludzkości. W każdym razie na Zachodzie, a
później na Wschodzie, konflikt został doprowadzony do
ostatnich granic dramatyczności i napięć sił działających. U nas, w
ohydnej,
gówniastej demokracji szlacheckiej, siły rozkładały się bez
wielkich różnic potencjałów
i napięć, i dlatego wytworzył się ten ohydny kocioł społecznego,
narodowego i indywidualnego niżu, to zagłębie psychicznego, społecznego
i ideowego upadku, w które musiały wlać się sąsiednie,
debordujące potęgą twórczą twory państwowe. Państwa (i
ludzie też) nie lubią próżni dookoła: popuść no trochę
„bliźniego”, a zaraz ci na mordę
wlizie; cóż dopiero mówić o plemiennych czy
narodowych albo sztucznie państwowych
grupach ludzkich o wysokiej prężności i wynikającej z niej skłonności
do ekspansji, na
tle dawnej i głębokiej kultury, która jeszcze nie zaczęła
się degrengolować.
Jest faktem chyba pewnym, że Polska utrzymywała się we względnej
równowadze
i jakiej takiej twórczości, dopóki jeszcze były w
niej ślady klasycznej struktury tych czasów (nazwijmy ją
piramidalną), dopóki „piramidał” jej był
względnie zachowany.
Oczywiście — na tle specjalnego położenia geograficznego i
stosunków etnicznych,
w związku z popełnionym kardynalnym bykiem: przyjęcia kultury z
Zachodu, na tle
przeszłego okresu walk książąt dzielnicowych, co utrudniło tak przyszłą
konsolidację
— zachowanie tego „piramidału” było
niezmiernie utrudnione, a trudności te spotęgowane były jeszcze cechami
narodowymi, które wszyscy znamy. „Mądry Polak po
szkodzie” (byłoby jeszcze dobrze, ale on i po szkodzie bywał
głupi, tzn. nie głupi — inteligencji u nas nie brakło
— tylko lękkomyślny), to „jakoś to
będzie”, krótkodystansowość,
aprenuledelużyzm, robienie wszystkiego „na łapu —
capu” (piękne słówko, co?) ten, że
tak powiem, „jebał — piesizm” (termin
zmarłego pejzażysty Jana Stanisławskiego), ten
parszywy pseudoindywidualizm, dobry wtedy, gdy trzeba było się bić,
gardłować, pić
i jeszcze co najwyżej nabijać kabzę, ale nie myśleć — to były
wady, które razem z poprzednimi
„koordynatami” musiały dać w rezultacie zupełny
upadek.
Nie moją rzeczą jest głębsza analiza tych spraw na tym miejscu i w
ogóle, ponieważ
brak mi w tym kierunku wykształcenia, a nawet ochoty. Nie mogłem nigdy
czytać dużo
o historii polskiej, bo mnie zatykało ze wstydu i oburzenia, tym
bardziej że sam, jak
i wszyscy moi ziomkowie, byłem produktem tej okropnej machinacji
dziejowej — czułem sam na sobie jej skutki. Ale muszę
stwierdzić, że dzięki pewnej pracy nad sobą,
dzięki Kretschmerowi, Freudowi i dr de Beaurain zdołałem przynajmniej
pewne rzeczy
odparować. W ostatnich czasach wiele dał mi do myślenia widok (inaczej
nie mogę powiedzieć, bo niestety patrzyłem na to jak z loży, nie będąc
w stanie przyjąć w tym żadnego udziału z powodu schizoidalnych
zahamowań) Rewolucji Rosyjskiej, od lutego
1917 do czerwca 1918. Obserwowałem to niebywałe zdarzenie zupełnie z
bliska, będąc
oficerem Pawłowskiego Pułku Gwardii, który je rozpoczął.
Uważam wprost za nieszczęsnego kalekę tego, który tego
ewenementu z bliska nie przeżył. Bliższe opisy i wyjaśnienia znajdą swe
miejsce w pismach pośmiertnych. (Tom XIV, wyd. 1978 r.)
Podczas tego, gdy inne ugrupowania ludzkie, w przybliżeniu narodowe;
wypracowywały w mękach twórczych swoje kultury, stwarzając
podstawy dla samouświadomionej
już cywilizacji o tendencji wszechludzkiej naszych czasów
(mimo potwornych sprzeczności, błędów i programowego
cynicznego świństwa tak jest — może w małym jeszcze
stopniu, ale to cechuje okres, który rozpoczęła Rewolucja
Francuska), co działo się właściwie u nas? Oczywiście działo się coś
podobnego, co gdzie indziej, tylko w szalonym
stopniu zahamowania przez wyżej wspomniane czynniki wewnętrzne,
psychiczne i będące do pewnego stopnia ich funkcją czynniki
instytucyjno — formalne.
Zamiast tego, aby piramida gniotła wszystkich równomiernie,
względnie do ich stanowisk, potęgowało się coraz bardziej rozwydrzenie
ambicji arystokracji, której przedstawiciele musieli mieć
większe ilości adherentów, na których
znów mogliby się w walkach swoich oprzeć. Dlatego
uszlachcali całe masy ludzi nie mających środków do tego,
aby podołać i moralnie, i fizycznie spadającemu na nich dostojeństwu,
które w dodatku,
teoretycznie tylko, ale i tak wystarczająco, aby wykoślawić charaktery
i odebrać wszelki
krytycyzm, czyniło ich „równymi”
największym panom, a nawet, w zasadzie, królowi; bo
teoretycznie nawet najnędzniejsza jakaś szerepetka też do korony
pretendować
mogła, nie mówiąc o magnatach, z których każdy
uważał się za pokrzywdzonego, że
nie jest królem lub co najmniej księciem udzielnym na swoich
dobrach, co praktycznie
często się zdarzało. Tak więc (nie wiem dokładnie, kto zaczął ten
proceder upadku, ale
zdaje się raczej magnateria zbyt
„zindywidualizowana”) spsienie arystokracji
połączone
było ze spsieniem, zdemokratyzowaniem i zdewaluowaniem w kulturalnym
procesie
samej instytucji szlachectwa, która w innych krajach w tej
epoce służyła do podciągania wyżej całej danej społecznej struktury;
bądź co bądź wszystko jedno, czy z obecnego
punktu widzenia uważamy to za złe i wolelibyśmy chrześcijańskie
katakumby lub totemiczny klan jako ustrój całej ludzkości,
Wtedy tradycja szlachecka — przez ambicję dociągnięcia się do
sławnych (zawsze) z czynów nadzwyczajnych
przodków — była czynnikiem pchającym całość wzwyż.
U nas, na tle tego, że takie ilości ludzi zostawały szlachtą za byle
co, głównie za podlizywanie się i służalstwo wobec możnych,
potrzebujących podpór dla swych wychodkowych zaiste
troników, kwestia tradycji i atmosfera wielkich
czynów, poza czysto szablonową odwagą, była odwartościowana.
Oczywiście nie neguję wartości odwagi osobistej, z której
Polacy słynęli. Odwaga to wielka rzecz; ale jeśli nie jest oparta o
całokształt dodatnich właściwości danego osobnika, traci niezmiernie na
swej wartości. Iluż
jest odważnych bandytów lub awanturników bez czci
i sumienia? Za dużo było u nas
odważnych do szaleństwa warchołów i wtedy tym gorzej dla
nas, bo lepiej by było, aby
właśnie warcholi mieli mniej temperamentu i byli na mniejszą skalę
stworzeni, w zamian za ludzi uczciwych, którzy jakoś
znów u nas przeważnie jaj nie mieli lub też mieli
je zbyt jakoś ukryte. Wielki charakter, wielki rozum i wielka odwaga
stwarzają dopiero
prawdziwie wielkiego człowieka. Takich było mało albo ginęli u nas w
ogólnym bałaganie niewidocznie, jak muchy w lepie. Naprawdę
na pewno nie można chyba powiedzieć, kto zaczął, ale że chyba arystony
były najbardziej winne, to jest bardzo prawdopodobne; bo oni przecie
musieli hodować i korumpować szarą ćmę szlachecką, aby z niej
sobie wiernych wasalów na sejmikach stworzyć, a ewentualnie
spreparowaną już dobrze bandę w gardłowych sprawach, zajazdach czy to
już jawnych buntach przeciw władzy swojej (a dla obcej) używać.
Tak więc banda ludzi bez wykształcenia, bez poczucia obowiązku i
właściwie bez
uświadomionej dobrze przynależności państwowej, niezdyscyplinowana,
niezhierarchizowana, banda, w której, na wzór jej
elementów — pierwowzorów (o ile tak
powiedzieć można), tj. magnaterii, każdy — według potwornej
na owe czasy z punktu „europejskiego”widzenia
zasady:„szlachcic na zagrodzie równy
wojewodzie”— uważał się za
pierwszego i nadymał się też odpowiednio, aby swoje ubóstwo,
swój strój szaraczkowy,
swój brak ogłady i wykształcenia pokryć.
W instytucji jedynej w swoim rodzaju demokracji szlacheckiej mamy
główne źródło tej naszej wady narodowej, na
którą w wymiarach pychy rodowej pierwszy explicite
w naszych czasach zwrócił uwagę Boy, tj. tzw. przeze mnie
puszenia się. Każdy Polak,
na tle charakteru struktury (pseudo) swego społeczeństwa, powoli
skonsolidowanej
w ciągu historii, musiał się napuszać na większą wartość i potęgę niż
ta, którą istotnie
posiadał.
Zasada, że każdy szlachcic mógł zostać królem,
pogłębiająca różnicę między szlachtą
a nieszlachtą (czy gdzie trzeci stan lub chłopi byli traktowani z
podobną pogardą jak
u nas?), była przyczyną przede wszystkim napuszania się do pęknięcia
nieomal wielkich
panów. Bo mało było prawdopodobieństwa, żeby
królem został np. pan Piegłasiewicz,
ale że mógł nim przy pewnym napuszeniu się i zwerbowaniu
odpowiedniej ilości zwolenników zostać jakiś Lubomirski czy
Radziwiłł, to było zupełnie naturalne.
W ten sposób każdy magnat napuszał się faktycznie już, a nie
tylko teoretycznie, na
możliwego króla i uważał się w gruncie rzeczy za
pokrzywdzonego, jeśli nim nie był.
W każdym razie, nawet przy braku świadomego dążenia do władzy
królewskiej, taki
był zasadniczy podkład podświadomy jego psychiki — stąd też
(chyba) nazwa „królewięta”. Pycha i chęć
wyniesienia się ponad drugich były dominującymi uczuciami każdego panka
i co gorzej, półpanka, a ponieważ nikt nie mógł
zadowolić swych ambicji,
więc biedne arystony nadymały się sztucznie do pełna ze swymi
pożądaniami, sztukując wzrost (w znaczeniu przenośnym)
„obcasami” i „czapami z
piór”. Stąd każdy Polak
ma tendencje do wspinania się choćby na palcach, aby wydać się wyższym,
i do tworzenia sobie tego, co nazywam „kołpakiem
napuszenia”, sztucznej nadbudówki ponad siebie,
pustej, a dekoracyjnej, mającej omamić drugich co do istotnej wartości
głowy, która
się pod tym kołpakiem kryje. Nie dokonywanie wielkich czynów
w celu faktycznego
wzniesienia się nad drugich przez „potlatsch”, przy
pewnym zefasowaniu swej indywidualności w ramach państwowych i ścisłym
zhierarchizowaniu wartości istotnej, stało
się celem głównym, ale napuszenie się do
rozmiarów pseudo — króla,
królika w swoim
powiecie czy województwie, odgrywanie wobec odpowiednio
pomniejszonej widowni
(pomniejszonej nie tylko ilościowo, ale jakościowo — to jest
ważniejsze) roli absolutnie fikcyjnej zamiast rzeczywistej —
w tym ostatnim wypadku nie na fikcyjnym wierzchołku, tylko na miejscu
realnym, gdzieś trochę poniżej faktycznego szczytu władzy.
Oczywiście hierarchia była, ale piramida zamiast piętrzyć się twardo
prostymi liniami
„wybrzuszała się”, niebezpiecznie się deformowała i
galareciała, stawała się koloidalną,
aż wreszcie zmieniła się w bezkształtną kupę na wpół
płynnych ekskrementaliów za
Sasów i Poniatowskiego.
Mimo istnienia wysiłków wyjścia z tej ohydy u pewnych
jednostek wskutek chronicznego upadku ogółu i połowiczności
nawet wielkich względnie ludzi nie nastąpiła żadna poprawa radykalna.
Gdyby uwolniono chłopów i gdyby gilotyna porządnie
sobie parę lat u nas popracowała, inaczej by wyglądała Polska, a nawet
pośrednio i Rosja w wieku XIX.
Ha, trudno — za późno trochę nad tym biadkać,
[...] Piłsudski nie mógł stworzyć tak
wielkich rzeczy, do jakich był powołany. Obawiał się rozprężenia w
razie daleko idących przekształceń społecznych, które by go
zbliżyły do pierwszego okresu działalności, a po drugie, nie zawsze
może umiał dobierać odpowiednich pod względem umysłowej struktury
pracowników. Tę trudną do zdobycia, w braku instynktu,
właściwość posiadał np. Napoleon, który nawet skończonych
wrogów swych: Talleyranda i Fouchego,
umiał do ostatnich niemal chwil dla swoich celów wyzyskać.
Ale Napoleon rósł w wielkość w miarę ciężarów,
które brał na siebie. Dźwiganie Francji i świata całego na
spiętrzeniach jego myśli wydźwigiwały znów myśl tę coraz
wyżej, a siłę dawała mu także
przeszła burza rewolucji, której musiał się stać
wszechświatowym rozprzestrzenicielem: musiał — inaczej by
zginął zaraz na początku swej kariery. Polska nie miała takiej
tradycji albo też ją zagubiła: prócz zyskania własnej
swobody nie mogła nic dać światu. I Piłsudski, nad którego
głową już zaczynało chwilami ukazywać się blade widmo
piórami zdobnego kołpaka, przez dziwną ascezę w stosunku do
wielkości chwili (bo
chwila obecna jest od Rewolucji Francuskiej jedną z największych w
historii naszej
gałki) nie wziął na siebie całkowitego brzemienia odpowiedzialności i
zamiast być całkowicie sobą pozwolił na swobodną grę sił obok swojej
niezupełnie ucieleśnionej woli.
A Polska z niedoszłej czy też raczej zdeformowanej męczennicy stała się
zwykłym państwem obecnej chwili. (Niezwykłym czymś, wszystko jedno, jak
to będziemy interpretować, jest dziś w świecie tylko Rosja.) Cylindry,
przyjęcia, ordery, posunięcia, posunięcia i posunięcia — ale
idei kierowniczej nie ma i przy tym składzie i rozkładzie sił
działających być nawet nie może. Idei nie można szukać i sztucznie jej
wytwarzać: ona musi
być w masie narodu i trzeba ją tylko ogniskować albo trzeba ją ze swych
najgłębszych
bebechów spontanicznie w jakimś szale twórczym
stworzyć.
Ale wróćmy znów do dawnych czasów.
Kiedy mówiłem o moich historycznych
„teoriach” Karolowi Konińskiemu, powiedział mi, że
jakkolwiek też nie jest sympatykiem
demokracji szlacheckiej, to jednak zdaje mu się, że ilość potworna
szlacheckiego mrowia przez natężenie i skumulowanie ambicji
indywidualnej dała tyle godności wytrzymania niewoli, a nawet do
wybrnięcia z niej [sic!]. Może tak i jest, ale wobec tego, że
w razie wytworzenia się innej struktury w poprzednich okresach upadku
mogło wcale
nie być, słabe to byłoby dla mnie pocieszenie.
O ile tak się czuli magnaci, jak to starałem się przedstawić, to bardzo
podobnie musiała się czuć reszta deformującej się piramidy, tylko w
różnych proporcjach, zależnie od oddalenia od podstawy. Sama
podstawa — chłopi, tzw. „czerń”, nie
istnieli nieomal
zupełnie. Była to kompletnie inertna, martwa masa, pozbawiona wszelkiej
struktury
i jakichkolwiek zorganizowanych dążeń, zagnębiona zupełnie niewolą u
szerepetków,
szlachciurów, półpanków (typ
specyficznie polski) i panów prawdziwych.
Otóż wskutek takiego nastawienia warstw najwyższych, ciągle
niezadowolonych
z niemożności wygrania swego,pożal się
Boże,tzw.„indywidualizmu”,warstwy o szczebel niższe
czuły się też nie na miejscu i oczywiście zamiast starać się zmienić to
miejsce
przez jakąś wybitną działalność nadymały się sztucznie do rangi
królewiąt i „robiły”, tj.
odstawiały, wielkich panów nie w swojej nawet klasie, a o
klasę wyżej, tzn. za wysoko,
nieproporcjonalnie do swego istotnego położenia i środków.
Wieczne niezadowolenie
i wieczne nadęcie ponad możność, i życie ponad stan fizyczne i poniekąd
duchowe, jeśli
chodzi o poczucie ważności i władzy, stało się zasadniczym rysem
psychicznym każdego niemal Polaka.”W ten sposób
dobra materialne,które mogły być zużyte na istotne
podniesienie wytwórczości i kultury, szły na wzmożenie tzw.
„blichtru”, na rywalizację,
na „potlatsche”, ale nie dotyczące wartości
istotnych, tylko pozorów. Wskutek tego bogactwa kraju
marnowały się w sposób nietwórczy i nie dający
nic na przyszłość.
A ludzie kapcanieli i deformowali się w tym nadymaniu się coraz
gruntowniej; wytwarzała się ta ogólnoszlachecka
(„szlachcicka”) choroba, której symptomy
skomplikowane można streścić w tym zdaniu: że pozory są ważniejsze niż
rzeczywistość, że wobec
braku dalekich perspektyw użycie i pozorna twórczość jest
istotniejsza niż spełnianie
trudnych czasem i niewdzięcznych zadań na daleki dystans, z myślą o
drugich współczesnych i dalszych pokoleniach. A wszyscy
pięli się chaotycznie w górę jedni przez
drugich, wywyższając się w fikcyjnych wartościach pochodzenia, bogactwa
zużywanego na nieproporcjonalne do istotnego stanu efekty zewnętrzne i
urojonego znaczenia.
Gdzie indziej wszystko było zhierarchizowane; aby przejść o klasę
wyżej, należało
czegoś dokonać naprawdę, a nie napuszać się lub podlizać się komuś
więcej jeszcze napuszonemu. Jak to już raz wspomniałem w książce o
narkotykach a propos puszenia
się u nas w wymiarach rodowo — heraldycznych,
które jest tylko jedną formą puszenia się
ogólnego, we Francji np. książę de St. Simon walczył całe
życie, zdaje się, o to,
aby mieć wyższy numerek książęcy od pana marszałka de Luxembourg. Ale
wynik tej
walki nie zależał od siły napuszenia się obu tych panów,
tylko od faktycznych danych:
dat, zasług przodków i koligacji (czyli czystości rasy), i
dlatego tak trudną i żmudną
było rzeczą stosunek ten ustanowić. Ale właśnie te rzeczy ustanawiano i
dlatego piramida nie wybrzuszała się, a jak się raz wybrzuszyła, to tak
porządnie, że ją diabli wzięli,
bo te warstwy (trzeci stan przede wszystkim), które ją
podkopały (tzn. ten czubek właśnie tuż ponad trzecim stanem), były same
nasycone potęgą przez to rozpuszczanie się
sił pierwszorzędnej jakości od góry piramidy i związaną z
tym wysoką tresurą, a dalej przez olbrzymią kulturę umysłową, przez
stałe wyrabianie charakterów w stałej walce
o prawdziwe podniesienie swego poziomu: społecznego i wewnętrznego. W
każdej
chwili pod dostatkiem było wybitnych ludzi na odpowiednie stanowiska,
kiedy tylko
sytuacja dojrzała odpowiednio do zmian istotnych. A tego nie można
powiedzieć o naszym kraju, który wszystkie siły swe, zdaje
się, wydał na wytworzenie pseudowielkich
indywidualności w wiekach poprzednich; panuje u nas straszliwy brak
prawdziwie morowych, genialnych ludzi, tj. snardzów mających
intuicję chwili i umiejących w tej odpowiedniej chwili kondensować
odpowiednie układy sił. Ale to daje przede wszystkim posiadanie jakiejś
idei, naprawdę przyszłościowej na daleki dystans, w którą
się naprawdę wierzy, która jest po prostu warunkiem
koniecznym życia danego indywiduum
(do tego musi dojść odpowiednie natężenie intelektualne, na
które u nas nie zwraca się
nigdy dostatecznej uwagi), a której wcielenie jest warunkiem
istotnego postępu całej
ludzkości, a nie tylko danego narodu lub klasy kosztem innych.
Skończyła się epoka kultur izolowanych, ziemia stała się organizmem, a
każdy jej
dwunogi mówiący mieszkaniec stał się przynajmniej
potencjalnie równym co do
możliwości jego sprawiedliwego zużytkowania dla dobra jego i
ogółu jej obywateli.
W każdym razie musimy wierzyć, że w najbliższej przyszłości to nastąpi.
Tak więc pewne właściwości wrodzone narodowi polskiemu, połączone z
jego potęgującą się w swych charakterystycznych rysach strukturą
szlachecko — demokratyczną, będącą do pewnego stopnia też ich
funkcją, wytworzyły z Polaków naród ludzi nie
zadowolonych ze swego losu, tzw. z rosyjska
„nieudaczników”, którzy jako
jedyny gatunek przeciw niespełnionym ambicjom musieli widzieć w
sztucznym napuszaniu się do
nie osiągniętej realnie wielkości: pić, bić się i puszyć się do
ostatecznych granic możliwości — to był jedyny ratunek na
nieprzyjemny podświadomy podkład poczucia własnej małości. Więc przede
wszystkim alkohol, ten wielki pocieszyciel, o którym
przeczytać można parę nieuprzejmych słów w książce mojej o
narkotykach.
Alkohol bowiem ma właściwość chwilowego podnoszenia każdego
najnędzniejszego
nawet stworu o kilka pięter w hierarchii Istnień
Poszczególnych, podnoszenia oczywiście urojonego, po
którym upadek trzeba zalać jeszcze większą porcją, aby
osiągnąć tę
samą wysokość, co poprzednio. Niestety prawo nałogu jest takie, że
coraz wyższe dawki
powodują coraz większą glątwę (moje doskonałe słowo na katzenjammer,
które nie chce
się uparcie przyjąć wśród ogółu
alkoholików) i upadek i coraz większych dawek trzeba, aby
się z niego na platformę optymizmu wywindować. Ale i to nie jest
procederem
o stosunkach stałych, ponieważ poziom dobrego samopoczucia osiągalny
maksymalnymi dawkami poniżej tzw. „zachlania się na
trupa” staje się z każdą chwilą coraz niższy —
potem już bez względu na dawkę, która osiąga
również swoją wartość graniczną.
Mówiąc bardziej technicznie, choć niedokładnie z punktu
widzenia fizykalnego porównania, tzw. Randbedingungen
(warunki kresowe) całego pijackiego pola zwężają swój
zakres, a dawka osiąga swoją maksymalną wartość graniczną (Grenzwert) i
następuje
po prostu „szlus” — snardz (facet) jest
„gotów”.
Bicie się (wojny, podjazdowe walki, zajazdy i pojedynki) były też
świetnym usprawiedliwieniem dla wewnętrznej nicości i dla braku ochoty
na wszelką twórczą, względnie tylko konstruktywną pracę czy
robotę.
I tak wytworzyło się tzw.„odwalanie zajęć”na
„olaboga”czy „na łeb na
szyję”lub „na
dżibol pajs” i przeżywanie reszty czasu w atmosferze
tymczasowości, w oczekiwaniu jakichś szczęśliwych zbiegów
okoliczności, które wszystko [w] najlepsze zmienić mogą.
Tymczasowość i ten ohydny, specyficznie polsko — szlachecki:
„jakoś to będzie” to są
przywary, które trwają dziś w nie mniejszym natężeniu niż za
czasów saskich, a kto wie,
czy nawet w ostatnich latach (trzydziestych) nie potęgują się powoli.
Tymczasowy nastrój zaczyna się już na pewnej wysokości,
poniżej trochę tych szczytów, na których panuje
jeszcze „względnie radosna twórczość”.
Na tym polega piekielny charakter miasta Warszawy, co do
którego istoty długi czas nie mogłem zdać sobie sprawy:
pośpiech
gorączkowy powierzchowności (nie wytężona szybkość autentyczna istotnej
pracy),
wszystko na „aby zbyć” (a nie istotnie dokonane),
tymczasowość i załatwianie „po łebkach”, bo nie
wiadomo, co będzie jutro.
Niepewność materialnego jutra, a ideowego pojutrza i co gorsze,
popojutrza jest rozpowszechniona do pewnego stopnia na całym świecie:
cały kłamliwy okres demokracji jest czymś tymczasowym, przelotnym. Ale
te narody i grupy, a nawet indywidua
będą miały głos w organizacji przyszłej lepszej ludzkości,
które w tym okropnym okresie szybkiego i słabego pulsu
zachowają: 1. maksimum długodystansowności, 2. wiary
w trwałe wartości wysiłków kulturalnych, może doraźnie nic
nie dających wobec parszywego tempa całości, może na razie spełnianych
bezinteresownie, w szerokim znaczeniu tego słowa obejmującym nie tylko
pieniądze, ale i tzw. „sławę” i 3. uporczywej
wiary w jakieś, zatracone obecnie wśród ogólnego
cynizmu, wyższe wartości organizacyjne i społecznie twórcze
rodzaju ludzkiego. Bo to, co dziś się za twórczość społeczną
uważa, to są przeważnie trociny, które zdmuchnie pierwszy
zefirek zwiastujący wielki
huragan przemian na wielką skalę, którego (mówiąc
poetycznie) odległy szum i palący
dech (jak przed uderzeniem wichru halnego) daje się nieomal słyszeć i
odczuwać od
strony mrocznej dali burzliwej przyszłości. Mam tu na myśli organizację
gospodarczą
całej kuli ziemskiej przy zgodnym współżyciu
narodów bez zatraty ich indywidualności, organizację podobną
do współżycia organów w organizmie.
Umieć nie być tymczasowym w atmosferze palącego się domu i zakładać w
nim np.
dzwonki elektryczne,polewając drugą ręką płomienie z małego
kubeczka,wielką byłoby
zaiste sztuką. A takim musi być trochę człowiek dzisiejszy, o ile chce
wytrzymać napór
przemian przyszłościowych, które mogą się rozpocząć lada
chwila, o ile biała rasa ogłupiałych geniuszów nie zginie
samobójczą śmiercią w nowej długotrwałej wojnie. Ale
wtedy jest kolej na rasy żółte i czarne — cała
możliwa wiara jest chyba w tym „szwarcgelbie”, bo
na białych nie można mieć już wielkiej nadziei. Ludzkość będzie żyć,
ale na
kolorowo, i może biali ludzie będą jeździć w wagonach z napisami
„white people” (jak
to jest dziś z Murzynami w Ameryce, którzy jeżdżą w wagonach
z napisem „coloured
people”) w idealnie urządzonym czarno —
żółtym Państwie (pracy) Całego Globu. Ale
to są ostateczności. Może odezwie się zdrowy zwierzęcy instynkt gatunku
i przemówi
ponad przemądrzałymi, bezsilnymi, ucylindronionymi głowami
mężów stanu i dyplomatów, przemówi do
nie zdegenerowanych jeszcze mózgów, że czas już
najwyższy, aby
elita mózgów, o ile naprawdę jest, dokonała
bezkrwawej transformacji bez utraty wysokości ogólnej i bez
zniszczenia dotychczasowego dorobku kultury. Może pomoże ludzkości w
tym samouświadomieniu eksperyment rosyjski, który
— częściowo chociaż
pouczający w związku z tym, że odbywa się w nienormalnych warunkach
— powinien
wiele dać do myślenia, ale dotychczas — i to jest ciekawe
— nie daje.
Ale wróćmy po tych dygresjach i powierzchownym zbadaniu tła
węzłowiska upośledzenia u nas do szczegółowej analizy
codziennych jego przejawów, zatruwających według mnie
nieznacznie całość kulturalnego życia naszego kraju.
Czy jest gdzie tylu nieudanych ludzi, co u nas? Pewien Francuz
mówił: „Mais c’est
inoui — mais alors tous les Polonais sont des gens
detraques?” I jest to do pewnego
stopnia prawdą. Każdy Polak jest nie na swoim miejscu, każde miejsce
jest dla niego
za niskie. I mogłoby tak być, o ile do zajmowania miejsc wyższych
dążyłoby się przez
rzetelną pracę, uczciwy wysiłek i wytwarzanie realnych wartości, a nie
przez wydymanie swej pustki do rozmiarów fikcyjnej, urojonej
rzeczywistości. Czy gdziekolwiek jest
tylu ludzi nie spełniających swych najprostszych obowiązków,
co u nas? Każdy wie,
że tylko realnym wysiłkiem może wydobyć się ze stanu, który
wydaje mu się nieodpowiedni. Wyłamują się z tego prawa tylko oszuści,
złodzieje, bandyci i zbrodniarze.
U nas jest jeszcze jeden środek: napuszenie, który w gruncie
rzeczy jest wprost zbrodniczy. Ktoś powiedział słusznie: „you
can fool some people all the time, you can fool all
the people some time, but you can’t never fool all the people
all the time.” (Można nabierać pewnych ludzi cały czas, można
nabierać wszystkich ludzi pewien czas, ale nigdy
nie można nabierać wszystkich ludzi cały czas.) U nas żyje się tak, jak
by to ostatnie
właśnie było możliwe i dlatego tak często są krachy wielkich pozornie
osobistości, załamania wzorcowych okazów, szybkie
wykańczanie się ludzi zdolnych i inteligentnych:
brak im oceny własnej i charakterów; „eine
masslose Selbsttiberschatzung”, jak pisze
Kretschmer o niektórych schizoidach, cechuje wszystkich.
Jest szalenie trudną rzeczą
poznać samego siebie (tego zdania z kaligraficznych wzorków
nikt z nas nie bierze na
serio), a jeszcze trudniej jest, szczególnie schizoidom,
poznać „kimi” są w danej grupie,
w danym narodzie, a nade wszystko w danym czasie: do jakiej grupy
należą — schodzącej w dół czy wstępującej, do
ludzi przyszłości czy też do degeneratów dawnego porządku.
Mimo wszelkich wysiłków i pozornych sukcesów ja
np. zupełnie nie znałem siebie (i drugich), aż do przeczytania
Kretschmera i istotnego dopiero na tym tle zrozumienia Freuda, do lat
blisko czterdziestu pięciu, mimo że bawiłem się w psychologiczne
analizy i rady, w pisanie powieści i rysowałem psychologiczne portrety
często nawet
jako takie właśnie udane.
Nie ma na świecie istoty bardziej zakłamanej na temat swego stanowiska
i znaczenia
w czasoprzestrzennym kontinuum świata jak przeciętny Polak. W
ogóle zaznaczyć pragnę, że mówię tu zawsze o
wszelkich przeciętnych, a nie o poszczególnych indywiduach i
ich wyczynach. Na wszystkie wywody te mogą mi zawsze odpowiedzieć
optymiści „różniczkowi”: ale przecież
był Kazimierz Wielki, Skarga, Chodkiewicz, Żółkiewski,
Zamoyski, Kościuszko, Kołłątaj itp. i inni — cytuję pierwsze
lepsze nazwiska z dawnej przeszłości ze strony
„duchów jasnych”, z prawa. Owszem byli
— i co z tego? Czyż
nie zmieniło się wszystko w śmierdzące świństwo już za
Sasów, by skończyć się za
Poniatowskiego i trwać w istocie, choć w mniejszych natężeniach, mimo
przebłysku
dwóch powstań, legionów Piłsudskiego i jego
twórczości aż do naszych czasów? Byli
morowi ludzie, ale z powodu braku materiału nie mogli stworzyć tego, co
byliby stworzyć mogli. I może połowa nie spełnionych czynów
Piłsudskiego ma tutaj źródło swe,
bo dajcie Michałowi Aniołowi kadź jakiegoś półpłynnego
niepachnącego materiału zamiast marmuru, a też posągu z tego nie zrobi.
Chyba by musiał ten
„materiał”„zamrozić”, a na to
nie każdy ma siły i ochotę, no i dostateczny „mróz
w kościach” — na to
trzeba być już satrapą z krwi i kości, jakim Piłsudski, mimo czysto
zewnętrznych pozorów, z powodu choćby swej socjalistycznej
tradycji w istocie swej nigdy nie był. Na to
trzeba by innego kalibru indywiduów, o innej wprost jakości.
Nie wytworzyliśmy ich
dotąd i „da Bóg” nie stworzymy, bo za
nas w dookolnym świecie zrobią inne „ugrupowania”
tę robotę i nasza pomoc będzie już wtedy zbyteczna. My będziemy wtedy
ograniczać prawa karteli lub podwyższać o 5% bezpieczeństwo robotnika w
hutach czy coś
podobnego. Ale świat nas minie w swej drodze ku sprawiedliwości i u nas
zrobią to
wszystko za nas obcy przybysze ze Wschodu czy Zachodu. Wtedy już będzie
to zupełnie obojętnym. Polska zawsze mogłaby odegrać dziejową rolę, ale
zawsze się od tego
wstrzymuje. Wstrzymała się też nawet w osobie [...] Piłsudskiego. Może
to instynkt nie
pozwalający brać na siebie zbyt ciężkich przeznaczeń, nie dający
lekkomyślnie „mierzyć
sił na zamiary”. Ale bez tego ostatniego nic się prawdziwie
wielkiego w historii świata
niestety nie wydarza i wydarzać nie będzie. Czy zgadzamy się z ideami i
obecnymi metodami komunizmu, czy nie, w tym jest też, musimy to
przyznać, wielkość obecnej
Rosji. Było to nastawienie na wielkość bezwzględnie i u nas, ale z
powodów wyżej wymienionych nie było do ostatka dociągnięte.
Potworne ilości napuszonych kłamliwie w arystokratycznej demokracji
osobników
(pojęcie wręcz sprzeczne) nie mogły dać innego rezultatu jak ten,
który nagle w końcu
XVIII wieku ku przerażeniu swemu ujrzeli płascy optymiści jak
również i wyznawcy
maksymy, że „Polska nierządem stoi”. To dziedzictwo
przygniata nas dotąd i przygniatać
będzie jeszcze, gdy inni za nas, nami samymi, historię przyszłej
ludzkości tworzyć będą.
I kto wie, czy to nie będą u nas właśnie, jako typowi niezadowoleńcy,
Żydzi (w tej chwili
zrobił mi się żyd na papierze, a gdy chciałem go rozmazać, utworzył się
obraz jakby
Żyda z profilu — uważam to za proroctwo), bo tak jakoś na
razie to wygląda.. Ale nie
bawmy się w przepowiednie — teraźniejszość jest dość
zajmująca jako taka, zajmująca
i potworna — bez względu nawet na to, co z niej wychynąć
może. Chociaż ja głęboko
wierzę, że kłamstwo musi się załamać i nastaną lepsze społecznie czasy
za cenę jedynie
sztuki i filozofii, no i trochę zniszczonej kultury (ha, trudno
— za wszystko musi się płacić, i za doskonałość społeczną
też), o ile współcześni wszechświatowi mężowie stanu
nie zmądrzeją i nie zarządzą jakiejś dekretowej transformacji od
góry. Bo ostatecznie po
co są? A tak dalej być nie może. Czemu ci właśnie panowie uważają się
za upoważnionych do tego, aby w ich osobach ludzkość miała popełniać
zbiorowe samobójstwo przez
ich krótkowzroczność, ich klasowy mężostański egoizm i po
prostu chwilami, zdaje się,
brak inteligencji. Bo chyba nie tylko jakieś dziwne zaczarowanie dawno
miniętej przeszłości prowadzi myśli ich i plany ani nie zwykłe
niedbalstwo i zaślepienie w chęci użycia śmierdzącego już ogonka
uchodzącej w dal niepowrotną przeszłości. Tak źle nie jest.
Ale obserwując to świadome staczanie się w otchłań musi się przyjść do
wniosku, że
działają tu siły międzynarodowe, ponadludzkie, mimo że przez ludzi
pozornie kierowane, które wymknęły się spod naszej kontroli
i „hasają” po świecie bez istotnego celu, jak
krowy na wiosnę. Są to siły międzynarodowego kapitału, co był kiedyś
organem i stworzył naszą obecną kulturę, a zmienił się z biegiem czasu
w złośliwego nowotwora.
Na tym zakończę ten pobieżny szkic tła, na którym wyrasta
nasza zbiorowa psychologia nadętych na wielkość nierobów, z
których masą jako materiałem społecznej
twórczości nawet prawdziwi geniusze czynu nic poradzić sobie
ani w przeszłości, ani obecnie nie mogli. Mam wrażenie, że kompleks ten
da się rozwiązać przez uświadomienie go, i piszę to wszystko: 1. nie
przez chęć samoopluwania się (bo sam dzięki zbiegowi okoliczności mam
tej wady narodowej względnie mało — mam inne, nie przeczę,
ale ta jest u mnie wraz z zawiścią i zazdrością dość wytłamszona) ani
2. zrobienia
komuś nie potrzebnej przykrości (czego nie cierpię — robię
tylko przykrości programowe w imię tzw.„celów
wyższych”),ani 3.przez megalomanię (bo nie uważam się
bynajmniej za żadną doskonałość), tylko po prostu chcę raz zrobić coś
dla drugich (poza
książką o narkotykach) i przyczynić się, choćby minimalnie, do lekkiego
choćby odmienienia ogólnej atmosfery naszego kraju,
która jest już przykra dla ludzi mogących się
od zbiorowego życia wyizolować, a dla pewnych osobników do
tego życia społecznego zmuszonych może być wprost nie do zniesienia,
nie mówiąc już o atmosferach w poszczególnych
przestrzeniach i zakamarkach współbytu kulturalnego.
Działalność moja
w kwestii choćby krytyki literackiej, filozoficznego i
ogólnego wykształcenia literatów
i rzeczowych dyskusji spaliła, jak to mówią, na panewce
zupełnie. Może ta książka, która
mi ani sympatii ogółu, ani popularności (za którą
nigdy zresztą nie goniłem, uważając,
że jest to nagminną wadą literatów polskich wojennych i
powojennych) nie przyniesie
na pewno, przyczyni się do tego, że każdy jej uczciwy (a jak mało
naprawdę intelektualnie uczciwych ludzi jest u nas!) czytelnik zrobi
sobie mały rachunek sumienia i zastanowi się na chwilę, w wolnej
właśnie chwili od kart, radia, dancingu i kina (no i pracy
zawodowej oczywiście) — kim jest, czym jest jego otoczenie, w
jakich czasach żyje i co
on ma właśnie przed sobą do zrobienia. To już będzie wiele. Mam
wrażenie, że w innych krajach ludzie myślą na te tematy i nie marnują
się tam przez to tak kolosalne ilości energii indywidualnej na
próżno.
Nie będę tu gadał wielkich słów (mam wstręt do tego
— od tego są obchody), nie
będę bił się w piersi i wyrywał pękami włosów skąd się da
(od tego są inni), bo mam
wrażenie, że ludzie u nas są tak zblazowani na frazes, że raczej może
przemówić do
nich ciche poufne gadanie niż ryk jakiegoś nawet genialnego frazesmana
z odpowiednio przystrojonej estrady. Nie chcę też poruszać tu tzw.
wielkich zagadnień — też nie jestem od nich, poza jedną może
filozofią, specjalistą. Co innego w powieści — tam mogę
sobie użyć w świecie ordynarnej fikcji, choćby nie wiadomo jak do
rzeczywistości zbliżonej. Takie pisanie, jak to, to jest właśnie sama
rzeczywistość i miara musi być w nim
zachowana większa niż w najbardziej życiowym czy społecznym romansie,
który też
musi być uczciwą robotą, a nie bezczelnym podlizywaniem się najgorszej
publice za
parę groszy, co się u nas coraz namiętniej i nagminniej robi.
Zagwazdranie ogólne, fazdrygulstwo (fastrygowanie połączone
z bałagulstwem) i gnypalstwo (grzebanie palcem
w tym, czego traktowanie wymaga precyzyjnych instrumentów)
doszło u nas do takich
szczytów, że już łagodnie mówić i pisać o tym nie
można.
Trzeba zacząć walić w mordy, myć niechlujne pyski i głowy trząść, i
łbami zafajdanymi walić o jakieś chlewne ściany z całych sił, bo
naprawdę, jak przyjdą wypadki przerastające naszą epokę obecną
— łatwych tryumfów w Lidze Narodów czy
czymś podobnym — to mogą zastać już nie naród, a
kupę płynnej zgnilizny: „vermine de
l’Europe”, jak nazywał swych ziomków
pewien polski dyplomata.
Przejdę teraz nagle od zupełnych ogólników do
całego szeregu drobnych zagadnień
poszczególnych codziennego dnia w tym przekonaniu, że ten
codzienny dzień, często
nie zauważony jako taki, nie rozpoznany w swym charakterze, jest w
stanie zatruć skumulowanym, scałkowanym działaniem swych
różniczkowych wartości wielkie momenty dziejowe i
uniemożliwić wyzyskanie wszystkich sił, gdy nareszcie wielka chwila
nadejdzie. To samo tyczy się narodów, jak i
poszczególnych osobników. Ważne chwile rozwojowo
— zwrotne nie zdarzają się co dzień, podobnie jak chwile
natchnienia w dowolnej sferze działalności ludzkiej: od społecznej aż
do artystycznej. Cała sztuka polega
na ujęciu ich w kluby, na maksymalnym, racjonalnym zużyciu wybuchowych
materiałów, które każdy z nas ma w sobie:
pyroksylina na wolnym powietrzu spala się spokojnie — w
odpowiednim zamknięciu nabiera potwornej siły prężności. Charakter
życia
w Polsce jest przeciwny skupieniu wielkich zasobów sił i
wydawaniu ich we właściwy
sposób w odpowiednim natężeniu, raczej, i to na tle źle
rozegranego kompleksu niższości (węzłowiska upośledzenia), prowadzi do
powolnego rozładowania ich w drobnych utarczkach codzienności, w
zażeraniu się marnym, choć wzajemnym, poszczególnych
snardzów o jakiś ochłap, bez wytworzenia silnych
potencjałów. Życie nasze jest
bezforemne i rozproszkowane wskutek tego, że każdy nie spełnia drobnych
obowiązków wobec siebie i innych, uważając się za
postawionego na miejscu nieodpowiednim,
oczywiście zbyt niskim, i pokrzywdzonego przez los. A ponieważ brak mu
istotnych
właściwości do faktycznego wzniesienia się ponad siebie, więc musi się
z konieczności nadymać i puszyć niepomiernie. Nie mówię tu o
faktycznie pokrzywdzonych przez
bandę wyzyskiwaczy nieszczęśnikach ani o ludziach rzeczywiście
zepchniętych poniżej
ich zdolności i możliwości. Polska jest krajem nie wyzyskanych
zdolności — to jest inna
sprawa, ale to, na tle zresztą tych samych właściwości duchowych,
stosuje się tylko do
wyjątków: całe tabuny ludzi, którzy mogliby
podnieść faktycznie kulturę kraju, muszą
zarabiać w nieistotny sposób na życie, aby resztkami sił, na
marginesie swojej egzystencji, tworzyć rzeczy najważniejsze dla nich i
dla innych — czego to ostatniego zwykle we właściwym czasie
się nie dostrzega. Ale ogół składa się przeważnie z nadętych
pyszałków, lepszych do wszystkiego, tylko nie do tego, czym
są i być powinni. Dlatego
poza wyjątkową (chyba Ameryka przewyższa nas pod tym względem)
obojętnością na
niedolę drugich odznaczają się Polacy wprost mistrzostwem we wzajemnym
i niczym
nie uzasadnionym okazywaniu pogardy — mówię:
okazywaniu, gdyż w 98% nie mają
do niej żadnej przyczyny — ani w swej własnej wyższości (bo
ta jest na ogół urojona),
ani w niższości swego przeciwwzgardziciela, którego
sztucznie się poniża (przeważnie
w myślach swych), aby nim skutecznie pogardzać móc. Bo
jedynym prawie i niezawodnym środkiem wywyższenia się w
sposób nieistotny jest pogarda dla drugich. O tych
rzeczach chcę teraz pomówić szczegółowo.
ATMOSFERA MIAST
Zastanawiałem się dawniej wiele razy, na czym polega to, co nazywamy
atmosferą
danego miasta, a które czyni, że w jednym mieście
— i to niezależnie od takich rzucających się w oczy
czynników, jak: architektura, kompozycja miasta jako całości
(w razie
jego małości) lub części (w razie nieobejmowalnej łatwo wielkości),
stopień natężenia
ruchu i jego charakter, które wpływają na stosunek nasz do
danego skupiska ludzkiego,
ale dają się łatwo wyeliminować w sądzie o nim przez odpowiednią
analizę i abstrakcję [sic! — obserwację?] — czuję
się (czuje się ktoś) fatalnie lub świetnie. Otóż te
„imponderabilia”, których dawniej jako
zamknięty w sobie (raczej w sztucznej jakiejś przezroczystej kulce
arystokratyczno — artystycznego światopoglądu) leptosom
— schizoid nie widziałem, ujrzałem nagle po przejściu pewnej
granicy spykniczenia, którą
osiągnąłem, poza naturalnym rozwojem w tym kierunku, przez radykalne
przezwyciężenie używania tytoniu. Niewidziałem zaś ich dlatego, że
byłem, en ma qualite deschizoide, odcięty zupełnie od ludzi i nie
rozumiałem ich wysoce zróżnicowanych charakterów.
Odkrycie to może wydać się wielu z moich czytelników
— pykników banalnym
— dla mnie było epokowym, jak wszystko w ogóle w
czasie tej gwałtownej zmiany charakteru i usposobienia.
Otóż tym, co stanowi o nieuchwytnej różnicy
międzymiastowej, co nadaje tak silne,
a tak mało uchwytne jakości wszystkim naszym przeżyciom w danej
miejscowości,
którą zwiedzamy, jest ogólny charakter stosunku
wzajemnego ludzi w niej panujący.
Jeśli długo gdzieś mieszkamy, zatracamy zupełnie zdolność reakcji na
dany stan rzeczy: najlepiej obserwować zjawiska atmosfery moralnej przy
zmianie miejsca połączonej z przeniesieniem w okolice nieznane.
Twierdzę, że zasadniczym stosunkiem Polaka do Polaka jest wzajemna
pogarda, jeśli
nie naturalna, to sztuczna, a to jest jeszcze gorzej. „Morga
castillana” — piekielne podobno puszenie się i
dźganie się o byle co kastylskich grandów i
szlachciców, jest niczym wobec naszej
„morgi”, ale raczej w ponurym znaczeniu praskim. U
nich było to
zhierarchizowane, obiektywne, u nas nie: puszenie się jest
zdezorganizowane przez
nadrabianie miną, zapychanie pustek pakułami, wydymanie pustych
pęcherzy aż do
granic pęknięcia. Na ten temat z dużym wysiłkiem humoralnym skomponował
poeta
następujący czterowierszyk:
Hrabia de Bushy.
Bardzo się puszy,
Lecz on wie z czego,
Choć to nic mądrego.
Pisałem już o tym puszeniu się w wymiarach pseudo —
arystokratycznych w książce
o narkotykach, dziełku ku szkodzie ogółu mało niestety
czytanym. Ta sama zasada rozszerzyć się da na wszystkie dziedziny.
Doszedłem do przekonania, że w Polsce np. są
cztery gatunki hrabiów: 1. ci, co mają tytuł i używają go;
2. ci, co mają tytuł i nie używają go (gatunek niezmiernie rzadki, ale
sam znam takiego, który dla idei opuścił dom,
rodzinę, tytułu nie używa i żyje w nędzy); 3. ci, co nie mają tytułu i
używają go i 4. gatunek najdziwniejszy, iście polski: ci, co nie mają
tytułu i nie używają go, a jednak, nie
wiadomo jak, są mimo to hrabiami; on sam, pytany, stanowczo temu
zaprzeczy, skarci
lokaja, który doń tak powie, i słusznie, a jednak hrabią
jest — nie ma na to rady, jak na
pluskwy. Ktoś (pewien znany pianista) radził mi, abym się według mojej
teorii zaczął
teraz dobrze puszyć, to może na siedemdziesiątą rocznicę urodzin
dopuszę się (do) hrabiego. Ale nie wykonałem tego mając inne rzeczy do
roboty, a po wtóre nie wiadomo,
jak świat za dwadzieścia lat wyglądać będzie — może nawet w
Polsce takie rzeczy stracą
wreszcie wartość.
Otóż u nas każdy napusza się tak, aby móc na
drugiego z pogardą patrzeć. Twierdzę,
że u nas 85% ludzi, poza normalnym odżywianiem się, żyje, wprost tyje i
puchnie z pogardy dla „bliźnich”. Jest to tak
dalece potrzebne dla większości naszego społeczeństwa
jak oddychanie. Nie karmieni pogardą dla innych ludzie tacy więdną,
zamierają, flaczeją
i gasną marnie. Powrócę do tego problemu w innych
transformacjach dalej — na razie
chodzi mi o ulicę. Przede wszystkim zawsze można zrobić zarzut taki
komuś, który
takie rzeczy, jak ja teraz, opowiada: „Masz manię
prześladowczą połączoną z megalomanią i wszystko to ci się tylko zdaje.
Ciągle jesteś zwrócony na siebie, przewrażliwiony,
przedrażniony, o chorobliwej ambicji” itp., itd.
Jest to bardzo przykry i rozpowszechniony sposób
odparowywania wszelkich takich
zarzutów, szczególnie jeśli chodzi o oczyszczenie
z elementów ohydy zakłamania stosunków
przyjacielskich. Jest to jeden z pierwszych objawów oporu u
osobników, których przy pomocy analizy ich
węzłowisk chce się trochę wyważyć z ich zbyt dobrego
o sobie mniemania i uniemożliwić im np. znęcanie się nad drugimi przez
odegrywanie
na nich swego kompleksu niższości i zatłamszonych, nienasyconych
ambicji. Przyznaję,
że ja, z moim charakterem i położeniem społecznym, specjalnie byłem
narażony na
tego rodzaju traktowanie. Ale przeciwnie niż by wydawać się mogło, z
wiekiem, mimo
wielu gorzkich doświadczeń, i to nieraz na ludziach, którzy
mi się zdawali najlepszymi
przyjaciółmi, wszelkie rozgoryczenie, które może
w małym stopniu miałem w młodości, opuściło mnie zupełnie. Patrzę na
najgorsze świństwa względnie pogodnie, albowiem pojąłem ich ukryte
mechanizmy. I tam, gdzie w wielu wypadkach widziałbym
perfidię, złą wolę, sadyzm czy też świadomą chęć upokorzenia
— widzę tylko nieszczęsnego snardza, zdanego na pastwę swych
bolesnych węzłowisk i popełniającego trzy
czwarte swych drobnych, a nawet wielkich świństewek zupełnie
podświadomie, tylko
dla odegrania się jakimś cudem ze swoim kompleksem niższości, w
przekonaniu, że jest
najszlachetniejszym człowiekiem pod słońcem. I w gruncie rzeczy onże
szlachetnym
i jest w istocie swej, tylko niemy tą duszyczkę ma, o czym zupełnie nie
wie — i żadnych
środków ku jej umyciu nie ma i nie przedsiębierze.
Wracając do tematu: zauważyłem, że chodzenie po ulicach Warszawy
wyczerpuje
mnie w specjalny sposób. Wychodziłem z domu zdrów
i rzeźwy i względnie zadowolony z dokonanych czynów, szedłem
tam, gdzie miałem ochotę i gdzie nic złego spotkać mnie nie mogło, a
dochodziłem. na miejsce jakiś skwaśniały, zniechęcony i
pożółkły, jakby w stanie lekkiej glątwy czy depresji i
fizycznego nawet osłabienia.
Jako właściciel wielkiej firmy gębowzorów, czyli będąc po
prostu psychologicznym portrecistą, mam tę wadę, że gęba ludzka w
niesamowity sposób mnie interesuje.
Normalnie idąc po ulicy musiałem każdą twarz zarejestrować: wziąć ją w
siebie, szybko
strawić, „intuicyjnie” określić i wyrzygać: każdą
— to przesada, ale co drugą, trzecią na
pewno, a kraj nasz obfituje w ciężko zakłamane, interesująco
zamaskowane i dziwne,
skomplikowane i życiowo zmasakrowane mordy — to trzeba mu
przyznać. Po kwadransie takiego pracowitego spaceru byłem
gotów: uciekała ze mnie wszelka radość
życia i beztroska, mordy zatruwały mnie mniej lub więcej wyraźnie
wyrażaną pogardą.
Patrzyłem też, jak inni się patrzą na innych — to samo:
pogarda, cicha, zatłamszona i jadowita lub bezczelna, pyszałkowata,
„jurna, butna, junacka, zawadiacka” (ładne wyrazy,
co?) i plugawa — zawsze plugawa i śmierdząca. Przestałem
patrzeć na twarze i — „o
dziwo!” (jak mówił poeta!) — zmęczenie
przeszło, beztroska i zadowolenie trwały na
ulicy nawet bez przerwy i donosiłem tam, gdzie chciałem, moje dobre
samopoczucie
bez uszczerbku. Odkryłem tajemnicę miast: tzw. „mal
ochio” nie jest blagą — ludzie
męczą się i wysysają spojrzeniami, tak jak dodają sobie energii i
otuchy. To ostatnie czynią narody o zdrowym instynkcie solidarności:
Anglicy, Francuzi, Niemcy, Rosjanie,
Włosi, Syngalezi, Tamile i dzicy Australczycy i pewno inni,
których nie znam — Polacy
nie! — zasadniczo nie szanują się oni wzajemnie, bo nikt
nigdy, przynajmniej z początku, nie wie, czy ma do czynienia z pustym,
wygniłym w środku, napchanym pakułami
„diabłem”, czy też z naprawdę
„ludzkim” człowiekiem i dlatego też z
góry sobą pogardzają, sycąc w ten nie szlachetny
sposób poczucie swej własnej małości i nędzy, zamiast
dokonać czegoś, co by ich mogło naprawdę wynieść ponad siebie i świat
ukazać w nie
znanej piękności. Brrr...
LOKALE PUBLICZNE
To samo co na ulicy dzieje się tez w lokalach publicznych, tylko w
jeszcze bardziej
intensywny sposób. O ile na ulicy ludzie śpieszą się, myślą
o rzeczach aktualnych, dla
których się śpieszą, są zatroskani i roztargnieni i tylko
bokiem, że tak powiem, załatwiają wzajemne okazywane pogardy, o tyle w
lokalach — poza zabawą, która zaczyna
się przeważnie po większych już dawkach alkoholu, paraliżującego, jak
wiadomo, przeważnie nastawienie pogardliwe, a wyzwalającego,
przynajmniej we wczesnych stadiach
nałogowego zatrucia, pogodną i pobłażliwą megalomanię (u
pederastów megalopedię) — okazywanie pogardy
wchodzącym, wychodzącym, moszczącym się i już siedzącym staje się
chorobą nagminną. Jest to niemal jedyna rozkosz lokalu poza wdychaniem
ohydnych wyziewów tytoniowych (nie palę bezwzględnie trzy i
pół roku), słuchaniem rwącej nerwy na strzępy muzyki,
tarciem się w tańcu i mówieniem bzdur, które
na szczęście tłumi ogólny gwar i ryk ludzi i
instrumentów, bo przecie o rozmowie tzw.
dawniej „istotnej” (typ ter), rozmów
jest obecnie prawie na zaginięciu wobec ogólnego
zgłupienia i spospolicenia, popieranego usilnie przez odpowiednią
literaturę podlizywaczy wstrętnej klępy — publiki) nie może
być w lokalu mowy. Za to puszenie się „odchodzi”,
jak pięknie mówiono dawniej w Małopolsce, na całego.
„Jak ty śmiesz, szuropadło jedne, siedzieć, gdzie ja się
znajduję” — zdają się mówić oczy
wszystkich. Ogólne
patrzenie na siebie Polaków w miejscach publicznych
przypomina bardzo dewizażowanie się wzajemne kobiet,
szczególnie tej „lepszej” (elle est tres
bien) w stosunku do tej
troszkę gorszej.
Nikt tak szybko (znowu) nie rozpozna i nie zanalizuje czyichś wad
psychofizycznych, jak trochę brzydsza kobieta u tej trochę ładniejszej,
wobec której jest speszona: lewe ramię niżej, krzywy
obojczyk, nos w lewo, oko prawe opada, rysa koło ust,
O — Beine, paznokcie na każdym palcu inne, kolana za grube,
szyja w fałdach, kostki za
cienkie, podbicie za niskie, prawdopodobnie na małym palcu nagniotek
— to jest w stanie powiedzieć kobieta o przeciętnej
spostrzegawczości o swojej rywalce po piętnastosekundowej obserwacji w
ruchu. Otóż podobnie, o ile mi się zdaje, starają się na
gwałt
odkryć wady „przeciwległe” dwaj Polacy, dążąc
przede wszystkim do najszybszego zlekceważenia swego przygodnego vis
— a — vis, interlokutora czy świeżego znajomego.
Znałem człowieka wyjątkowo inteligentnego, który
przedstawiał typ nałogowego,
zawodowego lekceważyciela; a ponieważ był odważnym (bił się
kilkakrotnie w pojedynkach) i mocnym w pysku dialektykiem, więc nie
ograniczał się do ironicznych spojrzeń, podśpiewywań, przytupywań i
uśmiechów, tylko miażdżył wprost ludzi zupełnie.
„Ilu żeś ich dziś zlekceważył, drogi Percy”
— pytaliśmy go z innym typem gnębiciela
bliskich (na zimno, podstępnie, nieznacznie), trawestując Szekspira
— tam było: „zabił”.
— „Tylko siedmiu — niech diabli wezmą
takie bezczynne życie” — odpowiadał dosłownym
zdaniem biednego Percy, bo do tego znał na pamięć wszystkie podpisy w
ilustrowanym wydaniu Szekspira ze wspaniałymi rysunkami de
Seluze’a (kto tego nie zna, jest
dla mnie po prostu kaleką). Oprócz spojrzeń i
uśmiechów i wydęcia całej postaci (co
było najwyraźniej dla niektórych zlekceważycieli za mało)
weszło ostatnio po wojnie
w modę podśpiewywanie przy mijaniu na ulicy lub nawet w polu czy w
lesie. Idzie taki
pan zupełnie spokojnie; aliści na kilka kroków zaczyna
śpiewać czy nucić przeważnie
bezsensowną melodię, nuci cały czas mijając i jakie jeszcze dwa
— trzy kroki za, potem
nagle urywa. Trudno za taką rzecz bić z punktu w mordę, a jednak u
wielu pozostaje
pewien nie przyjemny osad, o ile nie zdobędą się na szybką reakcję i
nie zaryczą np. jakiejś arii na cały głos. To zwykle peszy bardzo
subtelnego zlekceważyciela i z podkurczonym ogonem oddala się jak
niepyszny. Ale jeśli przechodzień na śpiew ten nie zareaguje
— zdradliwy śpiewak cudownie się zaraz po minięciu ofiary
swej poczuje, jakoś
mu raźniej się zaraz zrobi, świat się piękniejszy zda, kolacyjka i tzw.
„kobietki” lepiej
smakować będą, sen przyjdzie „niefrasobliwy”, czy
jak tam jeszcze ohydniej wszystko to
wyrazić można. Zlekceważył taki gość, nie wiadomo po co, Bogu ducha
winnego bliźniego i w ten sposób wywyższył się przed sobą, i
własna nicość nie gniecie go już tak
parszywie w dołku jak przedtem.
Wszystkie takie drobne objawy, zadawalniając czające się w głębiach
węzłowisko
upośledzenia, nasycając żądzę własnej ważności w sposób
drobnostkowy i niski, uniemożliwiają przez rozmienienie istotnej
wartości tego kompleksu na „drobne”, i to dość
parszywe, zużytkowanie go na tle skumulowania ukrytej w nim siły
działania w sposób
wartościowy. Ciągłe rozpraszanie sił indywidualnych na czynności
osłabiające zbiorowość musiało odbić się ujemnie na
twórczości całego narodu, która stoi bezwzględnie
poniżej przeciętnej europejskiej. Nic tu nie pomogą pocieszania się
stuletnią niewolą
i krótkością samodzielnego bytu państwowego —
właśnie powinno być inaczej: sto lat
niewoli powinno było u normalnego narodu skondensować siły,
które powinny były
wybuchnąć jak wulkan w czasie swobody. Nic podobnego nie widzimy;
następuje coraz
gorsze zagwazdranie naszych wartości kulturalnych: rozwija się tylko
sport rekordowy, radio, coraz bardziej zapełniają się dancingi i kina,
ale o wielkiej twórczości nie słychać nic.
Można by mnie zwrócić uwagę, że z tą pogardą to albo mam
manię prześladowczą,
albo jestem okazem wyjątkowym, słusznie nienawidzonym. Pierwsze, wobec
niezwykłej jak dotąd pogody ducha u mnie, mimo przeciwieństw, jest
jawnym fałszem. Co do
drugiego, to nie wypada mi się tu wygłupiać w żądaniach choćby
obiektywnego sądu,
bo jak mówią Niemcy, „Selbstlob stinkt”
— samochwał śmierdzi. Nie — nie wszystkie
takie historie są złudzeniem; coś takiego obiektywnie istnieje i trzeba
walczyć z tym
przez uświadomienie, bo większość ludzi tak postępujących nie czyni
tego przez złość
wrodzoną i cynizm, tylko przez nierozpoznanie u siebie fatalnie
skierowanego działania węzłowiska upośledzenia, którego
napięcia ześrodkowane w kierunku realnej pracy
i twórczości mogą dać wspaniałe rezultaty. Skanalizowanie
kompleksu niższości powinno być jednym z postulatów
wychowawczych w naszym kraju, od wczesnej młodości odpowiednich
bubków zaczynając. (Mam wrażenie, że kobiety mają znacznie
mniej
tego problemu od mężczyzn: one tylko obserwują bacznie wydęcia tych
ostatnich i zastosowują do ich stopnia swoje postępowanie, ale jako
takie puszą się stosunkowo bardzo mało i to ich puszenie się wpływa
niewiele na zatrucie ogólnej atmosfery moralnej.
Tak mi się zdaje — oby to było prawdą!).
PRYWATA
Tak zwana prywata, o której tyle można się nasłuchać w ciągu
historii polskiej, jest
pośrednio też wynikiem tego samego kompleksu niższości źle ku działaniu
obróconego. Jest to w związku z
krótkodystansowością indywiduów, która
zsumowana, scałkowana daje krótkodystansowość całego narodu:
nie warto się wypinać na nic istotnego,
byle jak przeżyć, możliwie znośnie, to życie, a co będzie potem
— wsio rawno. Cześć
dla przodków, tak rozwinięta w Chinach, tym do niedawna
najwspanialszym kraju naszej kuli, jest zupełnie pięknym objawem
— nawet poza wszelkimi problemami arystokracji, puszenia się
na ten temat i ordynarnego snobizmu.. Przodkowie bowiem nasi,
oczywiście w tych częściach ludzkości, które zachowały
zdrowy instynkt życia, przygotowywali naszą przyszłość i im to w dużej
mierze zawdzięczamy, jak żyjemy (poza tym,
że żyjemy w ogóle) i jaką my znowu mamy platformę dla
przyszłościowej twórczości.
Nie bardzo mamy za co być wdzięczni naszym dawniejszym przodkom,
którzy właśnie
przez prywatę, czyli patrzenie zaledwie na dystans własnego, często
parszywego życia,
stwarzali dla następnych pokoleń coraz gorsze warunki bytu, zakończone
katastrofą
rozbiorów i setką lat niewoli [...].
Otóż tzw. prywata jest to zatrata instynktu trwania
gatunkowego, a nie tylko egoizm jednostkowy; ten ostatni prowadzi
czasem też do wielkich czynów. To jest więcej:
to jest spsienie poczucia solidarności w czasie, czyli po prostu zguba
narodu. Można
być nawet dobrym i nieegoistycznym człowiekiem na małą skalę i dbać o
doraźne potrzeby swych bliźnich zamiast patrzeć w daleką przyszłość.
Jeśli większość nawet takich osobników przeważa w danej
grupie, jest to dla niej wyrokiem śmierci; cóż dopiero
mówić o nas, gdzie może 25% było tego typu, a pozostałe 75%
najgorszego warcholstwa. Dlatego chrześcijaństwo nie mogło jako takie
utrzymać się w pierwotnym
stanie swym w czystej formie, bo „królestwo jego
nie było z tego świata”: aby trwać już
w stanie deformacji w stosunku do swej idei pierwotnej, musiało przejść
okres pseudomorfozy i wcielić się w zupełnie obce organizmy tworzących
się państw, tworząc siebie
w postaci hybrydycznego nowotwora na pograniczu sprzeczności wyrosłego.
Nasi rzadcy kulturmani w ciągu historii robią na mnie wrażenie ludzi,
którzy szczegółowo rozstrzygają odpowiedniość
miejsc dla powieszenia obrazów w domu, który się
pali od dachu, a zalewany jest wodą od fundamentów. Dlatego
robota ich, polegająca przeważnie na przyswajaniu prawdziwych zdobyczy
twórczych innych narodów,
w ogólnym rachunku jest prawie równa zeru. Nic
nie pomoże wydymanie tragicznych
typów przeszłości, którzy zginęli w bagnie
ogólnej miernoty watowanych co najmniej
do połowy pseudoobywateli. Połową przyczyny naszej tzw. prywaty była
właśnie wata
wypychająca manekiny na tle źle skierowanej energii węzłowisk
upośledzenia. Czy zjawisko watowania, wszelkiego nadymania,
podklejania, zaklajstrowywania i lakierowania jest tak obce naszej
współczesnej epoce u nas? Sądzę, że nie zmieniły się tylko
formy,
istota pozostała ta sama.
Dziedzictwo szlacheckiej demokracji trwa dotąd, bo jak słusznie
zauważył Tadeusz
Szturm de Sztrem, nieszlachta dociągała się zawsze do szlacheckiego
ideału i mimo pozornego (o jakże pozornego!) zniesienia
przywilejów proces ten, doszlachcania się
indywiduów i całych warstw społecznych, polega przede
wszystkim na przejmowaniu
przywar tzw. „klas wyższych” ze względu na nikłość
ich zalet. Bo że coś tam ostatecznie
powstało, bo po prostu bezwładem samym powstać musiało, nie może wobec
otchłani
niedoróbstwa być przedmiotem podziwu. Takie postawy
osłabiają wysiłek na przyszłość i gorsze są stokroć od samoopluwania
się, któremu oddaję się tu oto przed wami,
„o bracia moi smutni (bez was nijako byłoby mi,
bracia)”.
HODOWLA PRZYJEMNIACZKÓW
Przyjemniaczkami w ścisłym znaczeniu nazywam takie typki,
które inni sobie po
prostu „przyhołubiają”, aby z nich mieć pociechę
jako z okazów do systematycznego
zlekceważania i okazywania pogardy.
Przede wszystkim wszelkie drabiny hierarchiczne w urzędach państwowych
i prywatnych instytucjach dają pole do stałego nasycania poczucia swej
wyższości, często
zresztą uczciwie zasłużonego. Nierówność nie da się usunąć w
żadnym ustroju, nawet
falansterowym; chodziłoby tylko o to, aby każdy typ człowieka był
odpowiednio do
swych zdolności i w ogóle danych zużytkowany i aby z tego
faktu, że dany osobnik
z konieczności stoi w danej hierarchii niżej od innych (jako
zastosowanie danego stopnia inteligencji czy charakteru), a dalej
— wskutek tego stanu rzeczy — niżej jako
odpowiedzialność, nie były wyciągane konsekwencje co do możliwości jego
osobistego
traktowania jako stwora godnego specjalnej pogardy. Przeważnie drabina
hierarchiczna
daje możność pewnym typom ludzkim (raczej nieludzkim) do odegrywania
ich węzłowiska upośledzenia, przez znęcanie się nad swymi podwładnymi.
Ci upośledzeńcy, którzy w danej hierarchi nie są w stanie
się ze swymi kompleksami wyładować, używają
sobie w innej sferze: np. gnębiony urzędnik odbija sobie doznane
upokorzenia w domu
czy też na innego rodzaju „najbliższym otoczeniu”.
Zjawiska tego rodzaju, pomijając notorycznych, urodzonych
sadystów np., a nie ludzi kompleksowych, mogłyby być przez
psychoanalizę zupełnie usunięte, a uświadomione poczucie niższości
znalazłoby swoje
naturalne, produktywne, dodatnie ujście.
Nie dość jest jednak znaleźć odpowiedni typ do nasycania wymienionych
wyżej nie
zdrowych pożądań zlekceważania jakiejś żywej ludzkiej istoty (są takie
prymitywy, którym wystarczają zwierzęta), trzeba go umieć,
mimo systematycznych zlekceważeń, przy
sobie na stałe zatrzymać; Bo cóż z tego, jeśli się kogoś raz
machnie, a ten wypnie się na
nas i odejdzie. Umiejętność tę nazwałem właśnie „hodowlą
przyjemniaczków”. Są ludzie, którzy po
prostu w tym celują. A sprawa nie jest łatwa, gdyż trzeba zaprowadzić
jakąś szatańską — miarę”, między przyciągającym
pochlebstwem i zręcznie podpuszczaną trucizną, i to w takiej formie,
aby poszkodowany musiał ją połknąć nic nie mówiąc, nie
stawiając problemu explicite (o czym mowa poniżej — jest to
problem zupełnie specjalny), bo takie postawienie niszczy wszystkie
wyniki hodowli i obezwładnia
zlekceważyciela momentalnie. Dlatego „oni” (wyraźna
mania prześladowcza) bardzo
nie lubią explicitnych „rozmów
istotnych” na ten temat.
Dozowanie jadów zlekcewazenia jest główną sztuką
hodowców. Mam wrażenie, że ja
specjalnie nadawałem się do tych celów z moją naturą
pykniczną w kierunku „bliźnich”
i „z moim niewyraźnym stanowiskiem jako malarza, pisarza
— czy filozofa. Dlatego poznałem dobrze ten mechanizm; do
tego dołączyło się dziwne szczęście natrafiania przeważnie na typy
wyrafinowanych hodowców. Chociaż twierdzę, że pewne typy
budzą
w większości ludzi ukryte nawet własności, bo przy moim obiektywizmie i
„absolutnym braku manii prześladowczej (qui
s’excuse s’accuse) trudno przypuścić, abym spotykał
tylko typy wyraźnie sadystycznych zlekceważycieli i tak zręcznych
hodowców. Na
tym kierunku pyknicznym w stosunku do ludzi, a następnie na iście
leptosomicznej
wrażliwości na złośliwość, chamstwo, brutalność i w ogóle
świństwa wszelkiego rodzaju
polegało to moje słynne już teraz zrywanie ciągle ze wszystkimi, o
którym nie wahał się
pisać w poważnym swym organie dowcipniś tej miary co Antoni Słonimski.
(Na tym
miejscu oświadczam, że na skutek jego dowcipów właśnie,
niezbyt pierwszej jakości,
zrywam z nim stosunki definitywnie — 26 IV 1936.) Zlekceważyć
tak sobie byle znów
kogo to nie jest maksymalna frajda. Wyjść na rynek i okazać pogardę
jakiejś przekupce
czy woźnicy albo zgoła gówniarzowi nieszczęsnemu, co
ekskrementy z miast nie skanalizowanych usuwa lub w kanałach pracuje,
to niewielka pociecha. Bo w świecie panuje
niestety nierówność i hierarchia, która będzie
przez odpowiednie zużytkowanie i poprawienie ogólnego bytu
złagodzona, ale całkowicie usuniętą nie będzie nigdy.
Otóż ja, ponieważ byłem kimś do pewnego stopnia znanym, a
jednocześnie nie uznanym i posądzanym o czort wie co, o blagę,
nabieranie na powagę wymyślnych, udanych
teorii, pisanie na farsę dramatów i powieści, plus jeszcze
dzikie i niesamowite plotki,
które się mojej osoby stale czepiały, nadawałem się
specjalnie do tej roli, w którą dzięki
naiwności i braniu ludzi takimi, jakimi mi się wydawali, zawsze po uszy
właziłem, a następnie, zraniony jakimś już wyjątkowo chamskim wyczynem,
zrywałem z „hodowcą”
stosunki, co było często pozornie nie proporcjonalne do danego
przewinienia, a wynikało z podsumowania w danej chwili całego szeregu
poprzednich nie odreagowanych
złośliwości i zlekceważeń. Trudność sytuacji polega na tym, że nie
każdy może się zdobyć na rozmowę wyjaśniającą; na to trzeba mieć środki
specjalne: przede wszystkim
trzeba być dobrym dialektykiem, a następnie dobrym psychologiem, że tak
powiem,
„detalicznym”; inaczej hodowca ośmieszy swą ofiarę
w ten sposób, że przez ambicję będzie ona musiała się nadal
poddawać jego wybrykom w milczeniu i zjadać jad w dowolnych dawkach, na
tle właśnie wypadku nieudanego wyjaśnienia mechanizmu puszczonego w
ruch przez dręczyciela.
Opisując jednak powyższy mechanizm szczegółowo, daję broń w
rękę nawet tym
moim kolegom — ofiarom, którzy sami nie posiadają
dość środków pod ręką, aby
wydać walkę zręcznemu dręczycielowi; bo w razie gdy jeden atak na
hodowcę się
nie uda, biada nieszczęsnemu przyjemniaczkowi: nigdy nie zdoła on się
już podnieść
z upadku.
Daję broń ofiarom, ale mogę uświadomić też danego hodowcę,
który nie jest urodzonym, świadomym, zimnym drańciem na małą
skalę i który tylko przez nieuświadomienie odegrywa w tak
parszywy sposób swój nieszczęsny kompleks
niższości zamiast
zużyć tę energię na faktyczne podniesienie się w hierarchii myślących
(IPN).
Weźmy jakiś przykład konkretny. Dla mego przyjaciela, wysokiego
dygnitarza, np. jestem świetnym medium dla jego upośledzeniowych
odegrywek. Nie pójdzie przecie do
Boya czy Irzykowskiego, czy innego jakiego akademika i nie będzie się
przed nim wypinał. To są wielkości uznane i szybko by takiego pana z
jego złośliwościami zlikwidowały. „Przyjaźń” zaś ze
mną daje mu specjalne prawa: tu może sobie pod tą pokrywką na
wiele bezkarnie pozwolić. Zresztą człowiek taki (o ile człowiekiem go
nazwać można)
ma doskonałą intuicję, taką miarę dozwolonej nieprawości, jak biedny
Bigda miał swoją
„miarę czasu”. Nie powie czegoś takiego, wskutek
czego przyjaciel jego (nawet przy tym
kolosalnym koeficjencie, czyli po prostu współczynniku
zrywalności, co ja np.) zerwać
by stosunki się odważył. On powie coś takiego, czego owoce będzie sam w
cichości
smacznie pożywał, podczas gdy jego ofiara w bezsilnej złości skręcać
się po cichu będzie, bo na wyzwolenie się z pajęczych sieci sił jej nie
starczy. Będzie tak, o ile oczywiście ofiara ta kwestii explicite z
całą ostrością nie postawi.Wtedy,po chwilowym tryumfie, o ile ofiara
wytrzyma w ataku, w którym przewagę daje właśnie tortur
— majstrowi
explicitne postawienie kwestii, może zacząć być z nim źle. Tylko nie
ustawać i dognębić
do końca, a może, poza osobistym tryumfem, uratujemy uczciwego snardza
od wielu
pozornie małych, a jednak z punktu widzenia przyjaźni np. dość
grubawych świństewek.
Muszę podać tu jeden choćby przykład konkretny, który
starczy za tomy całe omawiających wyjaśnień. Jest to przykład nieomal
klasyczny i dlatego mimo pewnych osobistych dla mnie niedokładności w
nim zawartych muszę go tu detalicznie omówić. Nie
uważam się bynajmniej za geniusza (jak to mi paru
niepoczciwców starało się wmówić
— tzn. nie genialność bynajmniej, tylko właśnie uważanie się
za geniusza jako takie), ale
znowu nie mogę zgodzić się z sądami różnych niezbyt
oczywiście dla mnie miarodajnych czynników, które
chcą mnie zmięszać z błotem i odmówić wszelkiej wartości
malarskiej, pisarskiej, scenicznej i filozoficznej. Jestem dość od
siebie wymagający i mam
wrażenie, że mój trzeźwy sąd (jestem przecie
spsychoanalizowany dokładnie — to jest
bardzo ważne) o sobie niewiele odbiega od rzeczywistości in plus, a w
chwilach depresji in minus. Dowcipy i aluzje na temat megalomanii
byłyby dowcipne w stosunku do kogoś, który by zdradzał tę
wadę. Ów dygnitarz jest zaś znawcą dowcipu i czyjąś nawet
lekką gafę ocenia natychmiastowo z dużą dozą słuszności. Jest przy tym
jako życiowiec
wyjątkowo sprawiedliwy i czuły na najdrobniejsze psychologiczne
subtelności, mogące
przynieść zmianę w ocenie czynu w kierunku dodatnim dla
„oskarżonego”. Jest to człowiek notorycznie dobry i
uczynny, czego nieraz na sobie doświadczyłem. Jest przy tym
normalnie bardzo delikatny, nawet subtelny w obcowaniu z ludźmi. Czemuż
niektórzy
stanowią w stosunku do niego trwały (jak ja), inni zmienny wyjątek?
Ogólne moje twierdzenie jest: gdziekolwiek widzisz, że
notorycznie dobry snardz
okazał się okrutnym, zimnym, bezwzględnym i nieuczynnym, gdziekolwiek
osoba
zwykle delikatna (tj. taka, która „nie
mówi o sznurze w domu powieszonego”) lapnie nagle
jakąś obskurną brutalnostkę dla kogoś niezmiernie przykrą, jeśli ktoś
poczciwy jak baran nagle wypuści z siebie śmierdzącą złośliwość itp.
itp. wypadki bez liku,
w których gość zaprzecza znienacka swemu istotnemu
charakterowi, szukaj kompleksu, a przede wszystkim źle odegranego
kompleksu niższości, czyli węzłowiska upośledzenia. W ten
sposób da się wytłumaczyć mnóstwo odstępstw od
charakteru, mnóstwo
niespodzianek, wobec których często i dobrzy nawet
psychologowie normalnego typu
stają jako wobec nierozwiązalnych zagadek, a przez nowy pogląd na te
sprawy mnóstwo sądów bezwzględnych o ludziach,
nieporozumień, zadanych niepotrzebnie ran,
zerwań, a nawet zbrodni (psychicznych i zwykłych fizycznych) może być
łatwo usuniętych. (Chciałbym choć raz w życiu być
„dobroczyńcą ludzkości” bezpośrednio i może
mi się to uda, o ile myśl moja o groźności małych pozornie truciznek
codziennego życia
zostanie należycie zrozumiana, a prośby o wglądnięcie w zakamary
własnych niemytych dusz wysłuchane..)
A więc „do dzieła”, jak mówiono dawniej
— tylko z góry nie opierajcie i nie zauporzajcie
się, o kotki me: wierzcie, że nie mam ani tzw. nadwrażliwości, ani
manii prześladowczej, tylko jestem zwykłą (może nawet niezupełnie
— dodaję to dla obiektywności), ale za to dość porządnie
umytą duszą. Tym samym nie twierdzę, że jestem bez wad.
Przeciwnie: mam wady zapewne nieuleczalne, ale widzę je dość jasno.
Wściekłość mnie
tylko porywa, jak widzę zupełnie porządnych ludzi zdanych na pastwę ich
kompleksów,
popełniających drobne, ale jadowite świństewka, na widok
których, żeby mogli je zobaczyć, wzdrygaliby się i rzygali
nawet ze wstydu i wstrętu.
Otóż nie ma nic gorszego, gorszego ośmieszenia i poniżenia
dowolnego snardza, jak
wskazanie przy pomocy aluzji przy osobach trzecich, że uważa się on za
geniusza (lub
w ogóle za coś dużo lepszego, niż jest), podczas gdy wiadomo
przecie, że jest on takim
a takim sobie bubkiem i koniec. I oto taki
„przyjaciel”, który by mi nieba w
normalnej
świadomości przychylił, „lapie” w obecności mało mi
znanej przystojnej i interesującej
damy taką rzecz a propos rozmowy o moim ewentualnym i mało zresztą
prawdopodobnym zaginięciu w górach: „I gazety
napiszą, że zginął w tajemniczy sposób genialny
Witkiewicz.” Przy tym oczy tortur — mistrza
błyskają dzikim zadowoleniem, a szczęki
rozsuwa bestialski, okrutny śmiech. I tak postępuje najlepszy w świecie
człowiek, który
— wiem o tym — ma nawet dla mnie w zwykłej
świadomości pewne uznanie i szacunek. Kobieta uśmiecha się
również zadowolona (w każdej kobiecie musi być sadystka
— to stanowi urok ich i niebezpieczeństwo — musi,
bo mają takie, a nie inne organy
i środki działania, dane im na udrękę i rozkosz samców przez
naturę) i obserwuje pilnie (jak i sam kat również), jakie
objawy zachodzą na twarzy ofiary.
Przez moją twarz przechodzi cień głuchego bólu,wstydu i
bezradności.Bo co tu robić
w takiej sytuacji? 99,99% ludzi kurczy się w takich razach w sobie i
poprzysięga zemstę
przy innej sposobności. Dajmy na to, ja mógłbym doczekać
np., kiedy rzeczony dygnitarz (który miał kiedyś lekkie
aspiracje muzyczne) będzie jechał na urlop do Rymanowa
i powiedzieć od niechcenia: „I oto w „Rymanowskim
Gońcu Zdrojowym” (czy czymś
takim) pojawi się notatka, że wielki muzyk zawitał do skromnego
zdrojowiska.” Byłoby
to świństwo pierwszej klasy, bo wiem o muzycznych dążeniach dygnitarza
i wiem równie dobrze, że mimo całej sprawiedliwości,
sumienności, dobroci i uczoności w ekonomii wielkim człowiekiem nie
jest, nawet w swym własnym zawodzie (a nie tylko in potentia w
opuszczonej dla wyższej kariery czy też przez intuicję swych miernych
zdolności muzyce), nie mówiąc o jakichkolwiek innych sferach
działalności ludzkiej.
Po chwili milczenia (w której tłamszę obrazę i żal
— tamci liczą, że na takie rzeczy
nie ma odpowiedzi, bo odpowiedź wkopuje tylko zaatakowanego jeszcze
gorzej, dając
dowód, jak się ofiara ciosem tym przejęła —
delikwent musi pożreć wszystko na oczach
otoczenia, które napawa się jego upokorzeniem i
„niewiedzeniem — co — począć”)
z trudem podnoszę się do walki explicitnej z nieznośnym stanem rzeczy:
czyn, który
spełniam z całą świadomością olbrzymich środków
psychologicznych i życiowej znajomości tzw. „natury
ludzkiej” (przeważnie jest to dobrze zaklajstrowane świństwo
— to,
co nim nie jest, nie należy jakby do tego gatunku, jest jakimś
irracjonalnym wyjątkiem,
bo niezmiernie cienka jest warstewka lakieru, którym pokryte
jest niby uspołecznione
bydlę ludzkie — banały, ale trzeba o tym wspomnieć), jest
objawem niezmiernie rzadkim: olbrzymio większa część ludzi poddaje się
w wypadku takim bezwładnie, maskując w jakikolwiek sposób
rzeczywisty stan uczuć i licząc na odegranie się w przyszłości.
Mówię: — Czyż nie czujesz, Gustawie, że
mówisz teraz rzecz przykrą, niesmaczną,
niedowcipną, tylko aby mnie nic wiadomo po co poniżyć i fałszywie
przedstawić wobec
panny Ludwiki i mieć nade mną wątpliwej wartości przewagę. (Brwi
kobiety skaczą do
góry ze zdziwienia — wygląda, jak zwykle zdziwiona
samica, wspaniale.)
GUSTAW (Twarz powleka mu bladokrwawy cień zniecierpliwienia, a nawet
lekkiej złości, która potem umiejętnie zostaje
przetransformowana na żal jakiś, oburzenie
przyjaciela na niesprawiedliwość, głębokie zranienie najpiękniejszych
uczuć.) — Ależ
Stasiu, wstydziłbyś się z takiego głupstwa robić kwestię, przecież
powiedziałem to ot tak
sobie.
JA — Nie, kotku, nie ot tak sobie, tylko chciałeś odegrać
twój kompleks niższości. Ja
specjalnie nadaję się do takich rzeczy...
GUSTAW (Już tryumfuje: ofiara wpadła w wilczy dół
— można ją przytłamsić jeszcze więcej. Kobieta oblizuje się z
zadowolenia wywołanego świadomością asystowania
przy walce dwóch bezrozumnych samców. [Gustaw]
mówi stukając się palcem w czoło.) — Stasiu,
Stasiu — źle jest z tobą: wyraźna mania persecutionis acuta.
Już parę osób
mówiło mi o tym. Z tobą trzeba ciągle uważać...
JA (Z goryczą) — Tak: ty uważasz. Ty naumyślnie robisz takie
kawały, a potem mówisz o specjalnej uwadze...
GUSTAW (Już cały rozpłynięty w rozkoszy wyższości.) — Musisz
się leczyć. Znałem
podobny wypadek. Dziś siedzi już w Tworkach. Naprawdę jest z tobą źle.
(Bierze mnie
lekko, niby czule — to najgorsze — za rękę,
którą wyrywam ze wstrętem „jak
oparzony”.)
JA — To niby staranie o moje zdrowie jest nową złośliwością.
Robisz ze mnie wariata, abym nie mógł się obronić przed
twymi złośliwościami.
GUSTAW (Już naprawdę oburzony — on to lapnął podświadomie, a
kara go spotyka jak za przestępstwo; Na tym polega pełna oburzenia, ale
zupełnie dla nich szczera
obrona niemytych dusz (NDN) — drugie N oznacza, jak zawsze u
mnie, liczbę mnogą.)
— To ty jesteś niesprawiedliwy przez tę twoją nieznośną
nadwrażliwość. Wiesz, że nie
masz życzliwszego człowieka ode mnie, i imputujesz mi rzeczy wprost
brzydkie. (I nie
wie biedaczek — kat — Gustaw, że faktycznie je
popełnia, tylko boczną rurką idącą
wprost z bebechów, tak zwanym psychowypierdnikiem,
niepodległym kontroli ośrodków wyższych, w obrębie
których do rany go można ze skutkiem przykładać.) To jest
już krzycząca niesprawiedliwość!
JA — Widzisz: wywracasz kota ogonem, i to w worku: z
krzywdziciela robisz z siebie zręcznie ofiarę i mnie stawiasz w roli
wariata o manii prześladowczej, ohydnego tzw.
„nerwusa” (asocjacja: nerwowy duchowy oberwus),
nadwrażliwca, jakąś kurczącą się
glistę, połączoną z niesprawiedliwym kwerulantem (czyli po prostu
kłótnikiem), fałszywym przyjacielem i niewdzięcznikiem.
(Gustaw robi gest wzywający Boga o pomstę w kierunku kobiety,
która uśmiecha się życzliwie: jestem, sądząc z tego
symptomu, pokonanym. Ale nie — muszę zwyciężyć lub zginę
— jak? — nie wiem, ale zginę
na pewno.)
GUSTAW — Pani widzi, przecież to jest maniak.
JA — Gustawie, ulituj się: mówmy jak stworzenia
rozumne. Każdy, który zostanie
poddany psychoanalizie, wykazywać musi opór. Jest to
klasyczny wypadek, opór musi
być — trzeba go przezwyciężyć i wtedy dopiero ukazują się
wspaniałe perspektywy
życia ponad kompleksami dla dusz naprawdę umytych. (Staram się być
pojednawczo
dobrym, opanowawszy pierwszy odruch złości — chcę się
porozumieć, jak to inteligentom przystało. Nic z tego: kompleksy grają
sobie dalej jak katarynki, głusząc głos rozumu.) Wszystko to robisz
podświadomie...
GUSTAW — Otóż to. Wmawianie komuś czort wie czego
pod pozorem uczonej teorii, a gdy to się nie da, mówienie mu
o jego podświadomości. W ten sposób wszystko
zainsynuować można...
JA — O nieszczęsny! Ty nie widzisz, że każdy musi na sam cień
psychoanalizy tak
właśnie reagować. Człowiek chroni swoją podświadomość jak skarb. Poza
tym, że nie
chce wiedzieć już nic o przykrych rzeczach, o których
zapomniał, nie chce, aby mu
odebrano możność odegrywania bez hamulców jego
kompleksów. Czymże by nasycił
swoje poczucie podświadomej niższości!
GUSTAW — Teraz ty jesteś bezczelnie złośliwy. Skąd wiedzieć
możesz, że mam taki
kompleks, o ile w ogóle cały freudyzm nie jest bzdurą.
JA — Po uczynkach ich poznacie je. Twoje drobne świństewka
przemawiają, na tle
twojej pozytywnej wartości płynącej z warstwy świadomej, o tym, że zły
kobold pracuje w podziemiach twojej duszy, każąc ci spełniać bezwolnie
jego zachcianki — to jest
właśnie podświadomość — nie wiesz, co czynisz — nie
można mieć o to do ciebie pretensji, ale trzeba, aby ten drugi,
prawdziwy „ty” dążył naprawdę do samouświadomienia.
Zastanów się tylko, czy żeby tu na moim miejscu —
znienawidzonego prawie przez
wszystkich, a trochę uznanego przez niektórych —
siedziały powagi w rodzaju Boya
czy Irzykowskiego, czy zrobiłbyś takiego witza w stosunku do nich? Nie
— to jest oczywiste.
GUSTAW — Zrobiłbym na pewno. (Mówi to z fałszywą
żarliwością i pewnością siebie.) Ależ oczywiście, że zrobiłbym.
JA — A ja ci mówię, że nie. Mówisz to
zupełnie nieszczerym tonem; wątpię, czy wierzysz w to sam. Nie masz
siły wmówić tego nawet w siebie, a cóż dopiero we
mnie.
GUSTAW — Wiesz, że to zaczyna być nudne — to
babranie się we mnie, w jakichś
szczegółach nic nikogo nie obchodzących. Ty jesteś w
ogóle maniak, nie tylko maniak
prześladowczy: mania grzebania się w sobie i w innych. Są rzeczy
ciekawsze i piękniejsze, i pożyteczniejsze...
JA — Tak, to jest typowe: jest nudną rzeczą uświadamianie
sobie swych drobnych
nieświadomych, niegodnych nas w naszej pełnej świadomości
postępków, które dają
możność bezkarnego odegrywania swego życiowego
„katzendreckera”, swego
„nieudacznictwa”, nieudałości, na niewinnych
ofiarach. A co najgorsze, że uświadomienie
takie, o ile oskarżony zrozumie swoją winę i przyzna się do niej,
raczej jeśli będzie do
tego z absolutną oczywistością zmuszony, zamknie mu raz na zawsze drogę
w stosunku
do tego osobnika, który go uświadomił, a o ile nie jest
bezwstydnym wobec siebie sadystą, to może i wobec innych w sferze tego
rodzaju postępko — występków. Albo też zerwie ze
swym uświadomicielem stosunki — to jest najpospolitsze.
GUSTAW — Żyć by nie można, gdyby człowiek się babrał ciągle w
takich subtelnościach. Tego nie wmówisz w nikogo —
nikt tego nie zniesie. Tylko ludzie będą ciebie
unikać i zostaniesz w końcu sam jak byczy ogon na śmietniku.
JA — Wspaniały dowcip, godny zaiste Słonimskiego. Czyż ty nie
widzisz, ile energii
ludzie marnują na zupełnie nietwórcze przeżeranie się w
witzach, dowcipach i złośliwościach, psując sobie nerwy też, ale
głównie innym, którzy znowu psują nerwy im
nawzajem. Cała ta energia mogłaby być użyta na coś innego.
GUSTAW — To jest gruba przesada. A zresztą dość mam tego:
jeśli ci tak chodzi
o tego geniusza i tak głęboko jesteś tym głupstwem zraniony...
JA — O! to jest też wybieg zlekceważenia przeciwnika i
uniemożliwienie mu napadu przez apelowanie do jego ambicji. Wielu
możesz zatkać w ten sposób gęby, ale nie
mnie...
GUSTAW — Tak, ty masz w gębie siłę trzystu koni, jak pisał
Boy o pewnym poecie
— ty każdego potrafisz na śmierć zagadać.
JA — Ty byś chciał bezkarnie wbijać szpilki innym za
paznokcie i w skrytości cieszyć
się ich bezsilnym cierpieniem...
GUSTAW — Robisz ze mnie wprost potwora. Panno Ludwiko
— prawda?
ONA — Ależ oczywiście, żyć by nie można, gdyby się tak
zwracało uwagę, jak tego
chce pan Witkacy...
GUSTAW — A zresztą przychodzi mi na myśl, że ja przecie wcale
nie powiedziałem tego inkryminowanego zdania od siebie, powiedziałem,
że „napiszą w gazecie”
— dosyć.
JA — Otóż to jest szczyt ohydy, bo teraz chcesz
mnie zgnębić z lekceważając termin
„geniusz”, którego nie tylko użyłeś
podświadomie, aby mnie zranić — i zraniłeś tylko
nie tym, czym chciałeś, tylko tym faktem, że ty możesz być takim w
stosunku do mnie
— ale nawet w cudzysłowie, jakby od gazety, a nie od siebie.
I tuś się, złapał we własne
sidła, bo tym samym przyznajesz się, że użyłeś tego słowa w znaczeniu
jawnie humorystycznym, aby ośmieszyć wobec panny Ludwiki poważnego
zresztą faceta, czyli snardza,
którego naprawdę za geniusza byś mieć nigdy nie
mógł; nawet gdybym nim naprawdę
był, to nie byłbym nim dla ciebie jako dla mego przyjaciela.
GUSTAW — Teraz ja cię, mam. A jednak masz ten problem
naprawdę. Mimo pozorów jesteś megalomanem.
JA — Powiedz jeszcze: blagierem i pozerem, a będzie seria
epitetów, które nadają mi
moi wrogowie spod ciemnej gwiazdy. Ale tego ty nie potrafisz, nawet
ty...
GUSTAW — Co za niesprawiedliwość itd.. itd.
Oto typ tego rodzaju rozmówek, które doprowadzają
do rozpaczy. Ale jeśli się je
z uporem przeprowadzi do końca i odkryje przez to hodowcy jego całą
ohydę, to
o ile jest on uczciwym człowiekiem, musi się wśród
potwornych mąk samobiczowania poprawić. Niestety niewielu bardzo ma na
tego rodzaju procedery czas i ochotę.
Przeważnie ludzie te rzeczy załatwiają tak, że taplają się, w bagnie
najohydniejszych
wzajemnych podświadomych odwartościowań i zadowoleń najniższych
pożądań: wywyższania się, kosztem drugich. Powtarzam, problemy te ważne
są we wszystkich warstwach umysłowych i w każdym ustroju. Rozwiązanie
ich, które jest kwestią dalekiej przyszłości, uwolni
ludzkość od potwornego w swych rozmiarach, a zupełnie nie
uświadomionego procesu samo zatruwania się, który nie tylko
zagwazdruje teraźniejszość, ale wisi jak zmora nad całą przyszłością.
Drobne kątowe różnice szybkości urastają do kolosalnych
rozmiarów przy odpowiednim przedłużeniu promieni. Tak samo
jest z tymi zagadnieniami, jak i np. z problemem radia,
które oprócz swych dodatnich
efektów przyczynia się nie tylko do upadku samej muzyki, ale
też do doszczętnego ogłupienia i zatłamszenia wszelkich wyższych
aspiracji duchowych u większości tzw. niesłusznie inteligencji, tj.
tzw. właściwie „surdutowców”, tzn.
poprzebieranych cudacznie
nieszczęsnych zwierzątek.
Pozycje węzłowiskowiczów —
upośledzeniowców świetnie są bronione. Nie każdy
chce się narazić na klęskę, nie mając odpowiednich środków
walki (ale zaznaczyć trzeba, że pierwszym warunkiem zwycięstwa jest
absolutna szczerość, jakkolwiek bez odpowiedniej znajomości
psychologii, freudyzmu i bez pewnej umiarkowanej dialektyki
nic sama tu nie wskóra) łatwo może usłyszeć, że jest
pesymistą w stosunku do ludzi,
że ludzie wcale nie są tak źli, że chyba musiał doznać wielu krzywd
(zwłaszcza od kobiet) i dlatego jest taki podejrzliwy, że jest
małostkowy (w przeciwieństwie do dużostkowości kompleksowicza!) lub że
jest wręcz obłąkany. To wszystko nie jest do wysłuchania przyjemne i
obrona, jak to widać z naszkicowanej tu mojej rozmowy z Gustawem, nie
jest łatwa. O ile po pewnym okresie oporu nie nastąpi nagle znaczna
poprawa, trzeba przyjść do wniosku, że ma się do czynienia z
„zimnym draniem” i zostawić
gościa na lodzie.
Otoczenie myśli sobie: jeśli taki snardz jest tak jadowity i złośliwy,
to cóż to muszą
być na to za podstawy, a tymczasem często nic tam nie ma
prócz jadowitej pustki i pretensji do „bytu w
ogóle” i do losu... A propos szczerości mała
dygresja: nie zawsze źle
zrozumiana szczerość jest czynnikiem dodatnim (przeważnie zresztą
ludzie naprawdę
szczerzy, np. ja, uważani są długie lata czasem za blagierów
i pozerów — tę prawdę zawdzięczam Tomaszowi
Zanowi, ale długo jej nie rozumiałem istotnie). Weźmy np. krytyki
Słonimskiego, który zionie wprost niewygranym kompleksem
niższości, o czym
raz już publicznie wspomniałem. Kiedyś mówiąc o Słonimskim z
jedną z „dam hufcowych”
„Skamandra” wyraziłem się o nim źle jako o krytyku,
zarzucając mu brak subtelnego wartościowania i pewną stronniczość w
ocenach, np. w stosunku do sztuk:
Andrzeja Rybickiego i mojej (mniejsza z tym — kwestia ta nie
jest ważna jako taka)
— pani owa odpowiedziała usprawiedliwiając go: „On
jest za to zupełnie szczery.” Otóż
szczerość absolutna jest tu nie na miejscu. Nie ma człowieka,
który by na widok czyjegoś względnie morowego wyczynu nie
doznał lekkiego choćby speszenia, objawiającego
się przemknięciem charakterystycznego „cienia
zawiści” po dokładnie choćby zamaskowanej twarzy, mordzie czy
pysku. Nawet ja, którego czynami i sądami nigdy nie kieruje
zawiść, doznaję tego wrażenia. Jeśli nagle jakiś snardz,
który dotąd żył sobie skromnie,powie mi:„Wiesz
— zostałem profesorem konserwatorium w
Valparaiso”,to „mimo
woli” skurczy mi się gdzieś jakiś bebeszek i cień przemknie
mi gdzieś tu między oczami
a czołem, koło brwi i nad powiekami. Mimo to nie zacznę wtedy ganić
jego kompozycji, które mi się przedtem podobały, i nie
zacznę bez powodu opowiadać o nim, że jest
draniem, mimo że dotąd uważałem go za uczciwego snardza. Oto tylko
chodzi: nikt nie
jest wolny od takich odruchów, ale nie mogą one wpływać na
nasze sądy, stosunek do
danych ludzi i czyny. Otóż czasem trzeba nie być szczerym, o
ile właśnie można się obawiać, że czyny dane mogą mieć wymienioną
pobudkę. To nie jest wtedy nieszczerość,
tylko zbadanie dokładne podstaw danego swego sądu. Szczera byłaby np.
taka nie poddana analizie krytyka, gdyby autor oświadczył przed ujęciem
jej w nawias: „Teraz będę
mówił, co mi ślina do gęby przyniesie, nie licząc się z tym,
czy sąd mój dyktowany jest
zawiścią czy też istotnie negatywnymi walorami krytykowanej
rzeczy.” Wtedy można
sobie pozwolić na wszystko, nawet na robienie pipi na głowę —
będziemy wiedzieli, co
to znaczy. Ale nie można rzygać na kogoś z zawiści, podając to za sąd
tzw. „obiektywny” o „artystycznej stronie
rzeczy”. Tyle wiedzą nasi krytycy o owej artystycznej
stronie, ile ja o własnościach rolniczych patagońskiego guana.
Słonimski jest średnio war-
tościowy jako tępiciel tandety, która cokolwiek
inteligentniejszemu snardzowi do oczu
wprost swą tandetnością skacze, ale nie można powiedzieć, żeby miał
„eine Hand flir
die Nuancen.” Jako „niezanalizowany” może
łatwo kiksa zrobić, np. krytykuje ostro bardzo Kiedrzyńskiego, od
którego w swej twórczości scenicznej (nie
poetyckiej, której jestem poniekąd, z pewnymi
ograniczeniami, wielbicielem) mało co się różni, a
jednocześnie rżnie z życiowego punktu widzenia rzeczy, które
wymagałyby bardziej reaktywnie
zniuansowanych aparatów odbiorczych, a nade wszystko
jakiegoś choćby rudymentarnego systemu pojęć oceny. Oczywiście
właściwości czyjeś poznajemy lepiej i dokładniej,
jeśli o naszą skórę chodzi. Ale u mnie czynnik osobisty
przez stałą tresurę od wielu lat
i przez psychoanalizę zrobioną przez dr de Beaurain jest usunięty
niemal całkowicie:
jestem w stanie na równi bronić wroga przed
niesprawiedliwością, jak pożreć się tak
z najlepszym przyjacielem, że tylko kości ogonowe zostaną, jako już
zupełne „inmandżjabilia”. Dlatego posądzenie mnie,
że wskutek ostrej krytyki mogę się czuć dotkniętym i zmieniać sąd, jest
zupełnie niesłusznym, a nawet nieładnym.
Postęp w kierunku, o którym mówię, może się odbyć
wtedy, jeśli np. na tle istotnego zrozumienia tej mojej książki wszyscy
do wszystkich ostro się zabiorą i wzajemnie gruntownie wyczyszczą.
Niedawno widziałem się ze snardzem, który przez dwa lata
po świńsku ze mną postępował, nie chciał tego uznać, kłamał przed sobą,
wymyślał na
Freuda i w ogóle stawiał opór jak
mrówkojad przyparty do muru. Dziś jest wielbicielem
Freuda, któremu (pośrednio też mnie) nowe życie zawdzięcza,
już się nie opiera, już jest na drodze do doskonałości (prawdziwej, a
nie zakłamanej pod maską teozofii czy innej
pseudoreligijnej bzdury); odbył spowiedź generalną, przyznał się do
wszystkich świństewek (przezwyciężania mnie, z powodu braku
odpowiednich narzędzi do walki pojęciowej, środkami nieszlachetnymi
— metoda stosowana zresztą ogólnie) i teraz jest
wzorem prawości w stosunkach z ludźmi w ogóle, a nie tylko
ze mną. Sam człowiek wyczyścić się nie potrafi — ktoś coś
niecoś uświadomiony musi mu w tym pomóc. Książka
niniejsza ma służyć dla zainicjowania takiego
„łańcucha”, bez wątpienia potrzebniejszego i
pożyteczniejszego niż owe łańcuchy skupiające myśli na określone daty
lub prowadzące do innych wypinań się w nicość, pod pozorami bardzo
„wysokich” zamierzeń.
Ale jednym z głównych warunków powodzenia
samoanalizy jest wyzbycie się pychy.
Dlatego to np. teozofowie, jako typy par excellence pyszałkowate,
twierdzące, że oni jedynie posiedli jedyną „wiedzę”
(i to tajemną!), nie nadają się zupełnie do tego rodzaju
udoskonaleń, mimo że o nich dużo i mętnie lubią gadać, zakłamując się
tak, że są, w stanie popełnić ordynarnie nieładne czyny (subtelnie
psychiczne — o włamaniach i rabunkach w ogóle tu
nie mówię) pod maską tajemnych praktyk, mających na celu
złączenie się wiernych w niebycie,bez tracenia mimo to
osobowości.„Malo i pomalu,tako
je i w astralu, pane” — jak mówił pewien
pseudo — Czech.
Poznałem kiedyś dwoje ludzi głęboko religijnych, którzy w
zwykłych swych świadomościach byli pozornie oboje wzorem wszelkich
cnót: łagodni, cierpliwi, sumienni
pracownicy na jakiejś tam niwce, w miarę inteligentni i nawet względnie
wykształceni, na tyle, na ile wiara ich pozwalała im na
rozwój umysłowy (o zupełnym nieskrępowaniu filozoficznym
mowy być nie mogło); zdawali się tworzyć jakąś wzniosłą jedność.Aliści
zacząłem podejrzewać,że na ile ona zdawała się być rzeczywistą
doskonałością, to w nim na pewno siedział chyba jakiś diabeł. Po
dłuższym skrobaniu odnalazłem
i w niej elementy, które nie mogły być jej własnego
pochodzenia: były to osady na niej,
stworzone nieświadomie przez jego podziemnego diabła w celu jej
najgłębszego opanowania. Były chwile, że oczy jego stawały się jakieś
strasznawe, jakby człowieka tego pożerała,utajona w normalnym przebiegu
dnia,ambicja stworzenia tzw.„rzeczy wielkich”.
Szczególniej występowało to w związku z czyimś powodzeniem,
z czyimś dokonaniem
czegoś wartościowego, z jakimś okazanym komuś uznaniem. Po takich
faktach — zaraz
lub w jakiś czas potem — następowała zwykle seria niczym nie
usprawiedliwionych
złośliwości, drobnych chamstewek, uszczypliwości lub ordynarnego wręcz
traktowania
(mnie lub kogoś innego, który był pod ręką względnie nogą, o
ile w robocie było kopanie). Parę razy puściłem rzeczy takie mimo uszu,
ale zaczęły one występować tak obficie, że nareszcie nie wytrzymałem i
po pewnym czasie zapytałem owego doskonałego
chrześcijanina, co on sobie właściwie myśli. Zrobił zdziwioną minę, ale
jakby „pod gala-
retą” — taki rodzaj niewidocznej maski,
którą się robi ściągając skórę na głowie ruchem
tzw.„strzyżenia uszami”.
— Ja? — spytał zdziwionym tonem — ja nic,
chyba ci się zdawało. Ja nawet po prostu nie mogłem tego powiedzieć
— to jest absolutnie nie w moim stylu.
— Ależ Forciu (mój były przyjaciel nazywał się
Teozoforyk i był bardzo nawet często
praktykującym katolikiem), powiedziałeś na pewno to i to (pierwsza
lepsza złośliwość
zlekceważąca istotnie interlokutora czy też okazywanie wyższości swej w
kwestiach odwagi). (Coraz większe zdziwienie:)
FORCIO — Więc jeśli zrobiłem coś takiego, to niechcący; więc
czyż można mieć do
mnie o to pretensję. (Twarz naiwna, uszy po sobie, ale w oczach za to
jakieś dziwne stężenie; „and he — to ja —
saw the dangerous soul of the man”, jak pisał J. London.)
JA — Traktujesz to tak, jak potrącenie przypadkowe na ulicy,
które czasem nie bywa
tak przypadkowe właśnie, jak się wydaje. Ale i w tym wypadku, o ile
ktoś programowo
cię potrącił, aby cię zlekceważyć, i nie przeprosił, nie możesz mu
udowodnić, że faktycznie nieprzypadkowo to zrobił, a zrobiwszy, że
faktycznie nie zauważył „szturku” i nie
przeprosił dlatego właśnie — jakkolwiek jest to bardzo
możliwe. W pewnych wypadkach masz jednak pewność, że tak nie było, a
dowód byłby niemożliwy.
FORCIO (ucieszony, z „oblechczeniem”) —
No właśnie — wo, wo, wo — o to chodzi.
JA — Nie, kotku, nie oto chodzi. Chodzi o to, że gdy się
mówi, to są tam, niestety,
prócz intonacji i barwy głosu jeszcze znaczenia
słów — tych nie można wykręcić jak
kota ogonem w worku — można do pewnego stopnia w pewnych
wypadkach, ale zawsze coś tam zostanie. Otóż tu są
słowa?Cytuję mu jakiego witza na temat moich portretów czy
też głupie aluzje w związku z tzw. „Barenproblem in
Tatra”: problem niedźwiedzi, tak rzadkich już w
górach tatrzańskich).
FORCIO — Może ci się zdawało albo przekręciłeś, bo naprawdę
trudno mi się do
tego przyznać. Albo też jest to bezmyślne głupstwo. (Tu go mam.)
JA — Otóż Freud tłumaczył te bezmyślne głupstwa, a
nawet proste przemówienia się
i omyłki podświadomością...
FORCIO — Otóż to: jeśli podświadomie coś
powiedziałem, to nie mogę za to odpowiadać. Sam się wkopałeś
— sprawa skończona — nie nudź mnie tą psychologią,
bo się
naprawdę pogniewam.
JA — Otóż to. Przede wszystkim bardzo mała cząstka
naszego życia jest świadoma,
refleksyjnie przeżyta lub ujęta w symbole i zafiksowana. Na tle
gąszczów podświadomych impulsów, mimo całego niby
— przepojenia naszej psychiki pojęciowością, czysta
świadomość to drobne iskierki oświetlające powierzchnię dziania się,
która jak skorupa
zamyka tętniący i dudniący podziemny wulkan naszych uczuć i
popędów. Właśnie według Freuda zatłamszone w świadomości
przykre przeżycia przechodzą znowu do podświadomości i stamtąd
promieniują na nowo bez naszej wiedzy, deformując nasze życie
świadome tak, że o tym bez pomocy kogoś drugiego, wtajemniczonego,
niczego się dowiedzieć nie możemy.
FORCIO — I w ten sposób wtajemniczeni zyskują
panowanie nad tymi, których
wtajemniczają. Wolę kapłanów mojej religii niż tych
wysłanników piekła, a w każdym
razie jakiegoś małego piekiełka.
JA — Piekiełko jest w tobie, Forciu, tam gdzie hodujesz twego
potworka, bo na prawdziwe monstrum nie stać cię, jako człowieka w
świadomości twej notorycznie dobrego.
Cała twoja złośliwość to jest — wybacz teraz programową
brutalność dla twego dobra
— twoje do pewnego stopnia nieudane życie, zawiedzione
marzenia, niespełnione wielkie czyny. Musisz się odegrać w stosunku do
tych, którzy jak ja, choćby na marginesie
też nieudanego realnie — realnie powtarzam — życia,
zdołali zrealizować choć jedną
dziesiątą tego, co mieli zamiar — nawet ja ci daję tę
możność, a może nie ja sam nawet
jako taki, tylko właśnie przez to właśnie specjalne moje położenie,
które znasz prawie
dokładnie z rozmowy mojej z Gustawem.
FORCIO — Już puściłeś się i zawsze na dnie wylezie z ciebie,
używając twego ulubionego freudowskiego wyrażenia, kompleks nieuznania
ciebie przez publiczność.
Mógłbyś się już raz z tym pogodzić albo zacząć
„robić pod publikę”...
JA — Poprawiasz jedną złośliwość drugą — to zawsze
tak — znam się na tym.
Dowodzi to, że kompleks został poruszony. Otóż zrozum,
kretynie (mówię już ze złością, bo nic tak nie złości jak
głupota — rzeczywista mniej niż udana — a
złośliwość
z głupotą to już jest „comble” wszystkiego), że
przecie jakkolwiek nie odpowiadamy ściśle za naszą podświadomość, to
jednak jedynym środkiem dla postępu wewnętrznego, czyli, jak ty to
nazywasz, dążenia do doskonałości — o jakże dalekim jesteś od
niej,
mimo że mnie za to, że czasem wypiję piwa czy zażyję kokainy (czego już
teraz nawet
nie robię) uważasz za nieczystego wieprza — a więc jedynym
środkiem jest uświadamianie sobie podświadomego i unikanie tego, co
jest w nim bydlęcego, egoistycznego, złego i plugawego. Jakaż jest inna
droga? Tak było zawsze i tak będzie, póki będzie
trwał psychiczny postęp i w ogóle rozwój
ludzkości. Czymże były i są wszystkie praktyki chrześcijańskie, jak nie
środkiem do tego celu: opanowania podświadomego bydlęcia i stworzenia z
niego świadomego członka „Królestwa
Bożego”. Tylko środki religii są
już wyczerpane — skończyła się jej wychowawcza rola i miejsce
jej zajęło jedyne prawdziwe i groźne bóstwo:
samouświadamiające się społeczeństwo.
FORCIO — Tylko temu daj pokój — wolę już
psychologię, jeśli masz zamiar wkraczać na teren religii i etyki. Tu do
porozumienia nie dojdziemy. Itd., itd.
Po kilku takich „frykcjach”, z łapaniem za słowa na
gorącym uczynku natychmiast,
aby co do samego tekstu nie było już
„nieporozumień”, facet nagle przyznał się, że jest
złośliwy i wkrótce potem, również nagle, po paru
nieudanych próbach dokuczania, złośliwym być przestał.Ale
jako tzw.„czynność zastępczą”zaprowadził takie
metody przezwyciężania mnie przy pomocy „drugich
ludzi”, że stosunki ostatecznie rozchwiały się:
miałem do wyboru albo postępowe poddawanie się i zdawanie się na łaskę
i niełaskę, albo zerwanie, bo porozumienie się — na tle zbyt
wysokiego mniemania jego o sobie
i poczucia nieomylności (nieomyłu) sądów, z programowym
wykluczeniem dyskusji
z jego strony (też rodzaj obwarowania się i pognębienia przeciwnika)
— stało się technicznie wprost niemożliwym. Może to być
wypadek, gdy zaplugawiona i nie oczyszczona, zaprzała w sobie i
sfermentowana podświadomość doprowadza snardza przy sprzyjających
okolicznościach do tego, że z (ND) — (Niemyta Dusza)
przemienia się on powoli na (ZDR) — (Zimny Drań). A na to nie
ma już rady, przynajmniej w moim arsenale środków
psychicznie odwadniających: jest to, jak mówił Nietzsche, po
prostu: „die
Freude zu stinken”.
Może ktoś myśleć, że pisanie o takich rzeczach, kiedy świat się wali,
gdy dzieją się
potworne bezprawia dokonywane nad milionami w imię umarłych lub
konających fikcji przez bandę zdegenerowanych emanacji nowotwora
gnijącego ustroju pseudodemokratycznego, jest wynikiem zupełnego braku
wszelkiego wartościowania. Przysięgam,
że tak nie jest — problemy te są piekielnie ważne, a
nierozwiązanie ich prowadzi do zatrucia w dowolnej strukturze
społecznej znajdujących się wartościowych osobników.
Dowodem tego nasza historia aż do lat ostatnich. Tym kończę ten
prawdziwy „ustęp”
o hodowli przyjemniaczków.
A
Wskutek tego, co nazwałem nadymaniem się i watowaniem, następuje u nas
coraz
większa rozpiętość między frazesem a rzeczywistością. Wiara w magiczną
wartość
słowa pogłębia się: rzeczy powiedziane zdają się już być dokonanymi;
magiczne for-
mułki i zaklęcia zastępują czyny, jak za czasów totemicznych
ludzkości, gdy nie było innych środków do walki z pewnymi
rzeczami prócz magii. Nic do takiej pasji nie może
doprowadzić, jak różne „apele”
mężów stanu do społeczeństwa (przy nich znajduje
się zwykle roześmiana twarz dygnitarza w reprodukcji — dość
tych wyszczerzonych
zębów, tego parszywego „keep smiling”
— wiadomo, do czego doszła Ameryka rechocząc i wierząc w
nieograniczony postęp „prosperity”), przy
jednoczesnym tak złym wychowaniu tegoż społeczeństwa w kierunku
wszelkiej inicjatywy, a natomiast pchaniu
go w serwilizm przez strach i terror. To tak, jakby ktoś chłopczykowi
mówił ciągle: bądź
grzeczny! — a za każdą niestosowność popełnioną dawał mu
cukierek.
B
Jeśli na każdą, najskromniejszą nawet uwagę zwróconą do (ND)
w rodzaju: „pan
jest niedelikatny, pan jest cham, pan jest źle wychowany”
itp., (ND) odpowiadać będzie: „pan jest nadwrażliwy, pan jest
przeczulony, pan jest nudny, pan jest wariat” itp.,
to wtedy nie może być postępu w stosunkach międzyludzkich, będących
przecie podstawą dla wszystkich wielkich przekształceń społecznych.
Robota musi iść jednocześnie
i od społeczeństwa, ucieleśnionego w idealnym państwie, i od
indywiduum. Oczywiście
samo prywatne „bycie dobrym”, jak to myśleli
różni neochrześcijanie, w pewnych dogodnych warunkach
pospolitości życiowej też do niczego nie doprowadzi. Musi się zacząć
wreszcie transformacja od góry, jeśli naprawdę chcemy
przejść na wyższą platformę bytu społecznego, nie tracąc kulturalnej
wysokości. Kto z mężów stanu to kiedy
zrozumie? Byłby to prawdziwy święty naszych czasów, przed
którym chętnie my, ludzie
względnie społecznie dobrzy i w miarę mądrzy, leżelibyśmy godzinami na
brzuchu, oddając mu cześć nieomal boską. Polak zasadniczo trochę nie
szanuje Polaka — jest w tym
zasadniczo nieufność co do tego, ile w danym człowieku jest mięsa, a
ile waty. Ten brak
wzajemnego szacunku i podejrzliwość to jest dziedzictwo całej naszej
historii od bardzo dawnych czasów.
C
Puszenie się z jednej strony wywołuje płaszczenie się z drugiej. Dwie
te właściwości są ze sobą w ścisłym związku funkcjonalnym. Na ile ktoś
się napuszy, na tyle będzie
żądał, aby się przed nim płaszczono, a o ile ma egzekutywę, będzie to
faktycznie przeprowadzał. Serwilizm tak u nas rozwinięty nie jest tylko
wynikiem niewoli, tylko dalszych epok szlacheckiej demokracji (pseudo).
Płaszczący się szerepetkowie (mimo równości szlacheckiej
„na niby” z wojewodą) musieli, się potem odegrywać
i zaprowadzali
jeszcze gorsze puszenie się wobec „niższych” od
siebie. Biedny przedstawiciel ostatniej
warstwy nie miał się przed kim napuszyć „warstwowo”
— mógł to robić tylko prywatnie, w stosunku do
rodziny i zwierząt domowych. Na tym polega też osławiona w historii
Polski (jak nigdzie chyba) tzw.„prywata”.Niemyta
dusza wymyśla często na wszystko
i wszystkich, wszystkich krytykuje — (bezpłodnie) i poniża
— jest to jej jedyny sposób
wyniesienia się nad siebie i innych.
Może kto myśli, że za duży był wstęp, za dużo zgromadzonych było
narzędzi, a za
mało wartościowa rzecz właściwa:„dokonane
dzieło”.Może dla wielu to,co mówię,to są
banały.Wiemy o wielu rzeczach,ale ich nie przeprowadzamy.To jest też
cechą napuszonych, że czyny ich są zawsze poniżej średniego standardu
przedstawicieli normalnych
społeczeństw, nie mogących się poszczycić tak przykrą przeszłością, jak
nasza w ostatnich latach.
D
Jadowity system używany przez tortur — majstrów
wszystkich odcieni jest ten, że
gdy po ich zbyt już wyraźnych witzach czy aluzjach postawi się kwestię
otwarcia i zacznie się ich mechanizm głębiej analizować, robią oni z
siebie ludzi zajętych ważniejszymi sprawami niż jakieś psychologiczne
subtelnostki, w których „babrze” się,
nie
mając nic lepszego do roboty, psychoanalityk. (Oczywiście jeśli do
człowieka absolutnie szczerego i maksymalnie kompleksowo wyczyszczonego
— znać swoje wady, a znać
swoje kompleksy działające podświadomie to dwie zupełnie
różne rzeczy! — zaczniemy
dorabiać jakieś au — dela, to go gruntownie sfałszujemy:
doświadczyłem tego x razy na
sobie, zresztą przeważnie w stosunku od ludzi raczej —
oczywiście! — „minderwertig”.)
Nie trzeba dać się speszyć takim postawieniem kwestii, tylko dojechać
bezwzględnie do
końca (główny argument jest: „To ty, cholero,
przepojone podświadomością świńskie
aluzje i jadowite witze masz czas i ochotę robić i świetnie się po tym
czujesz, a rozmawiać o tym czasu nie masz? To jest dla ciebie głupstwo?
A czuć się świetnie po takim
zlekceważeniu kogoś drugiego możesz, ścierwo doświadczalne, ale jak ci
się chce tę zabawkę nieładną (be) zabrać, to zaczynasz wierzgać i
beczeć — ah non! — wyjaśnić ci
siebie samego do końca muszę!”) i nie zwracać uwagi na to, że
analizowany obiekt czuje
się podczas tej pracy jak glista zalewana czy nakrapiana witriolejem.
Nic mu to nie zaszkodzi, a w przyszłości na pewno na tym dobrze wyjdzie
i on, i jego otoczenie, a może
dodatkowo i jakaś dziedzinka, na którą zwróci
swoją uwolnioną od jadowitych zabaw
energię. Bo nie dość, że taka broniąca się (ND) obezwładni swego
atakanta w razie załamania się ataku: ona otwiera w ten
sposób przed sobą niezmierny horyzont nowych
znęcań się i niezdrowych rozkoszy. Tak to napuszają się ludzie z
latami, że potem poznać ich nie można: zapłynięci są cali w balony
nadęte i wywatowani przestrzennie tak,
że do mięsa się już nigdy nie dobierzesz, nie domacasz się jąder
prawdziwych ani ty,
kotku, ani oni sami siebie. Jeżeli zaś takiemu snardzowi analiza się
nie podoba, zerwie
z tobą pod lada pretekstem lub jeszcze lepiej: sprowokuje do zerwania,
sam niby czystym pozostając. Ale wtedy mamy już do czynienia ze stadium
przejściowym od (ND)
do świadomej swej świńskości świni czy do świni klasowo uświadomionej.
Tu kończą
się moje zakusy: tu otwiera się droga, na końcu której
majaczy dom poprawy, więzienie
lub szafot. Ja mówię tylko o podświadomości ludzi względnie
uczciwych.
E. DZIEŁA NAPUSZONYCH
Robi na mnie wrażenie, że Cała Polska odrodzona jest zbyt napuswna, a
zbyt mało
realna. Dążenie do wielkości i niby wielka polityka na mały dystans,
zamiast ekspiacji za
winy, przez propagandę światową wielkich idei ogólnoludzkich
na jak największą skalę,
jakby to wypadało choćby z krótkiego okresu
mesjanistycznego, z dobrze zrozumianej
jego ideologii. A wewnątrz wszystko niedociągnięte do tego
zewnętrznego, watowanego, cylindrowo — langustowo —
train — de — luxe’owego ideału. Zaznaczam
to tylko
nawiasowo, nie chcąc wdawać się w rzeczy, w których poza
ogólnikowymi sądami nie
mogę poszczycić się głębszą kompetencją. Ale tak mi się wydaje.
O ile człowiek realny, dążący do faktycznego odegrania swego kompleksu
niższości,
stara się uczciwie stworzyć rzeczy solidne i wartościowe i w ten
sposób nabrać wartości dla siebie i drugich, pozbywając się
gniotącego go poczucia własnego gówniarstwa,
o tyle normalny gówniarz, wywatowany i wybalonowany, aby
stać się główniarzem (ł,
Ładoga, łój), będzie dokonywał czynów pozornych,
w których będzie się napuszał przed
sobą i innymi, zostawiając za sobą twory niedoskonałe, zrobione byle
jak, na olaboga,
a nawet na jeszcze gorsze terminy.Wspomniany wyżej termin zmarłego
pejzażysty Jana
Stanisławskiego, który obok moich terminów:
gnypalstwa i fazdrygulstwa, powinien być używany często, aby
napiętnować fatalne dla naszego rozwoju „dzieła”
napuszonych. Sumowanie się drobnych takich
„zadzierżek” daje w rezultacie ogólne
zahamowanie działalności codziennego dnia, zmniejsza jego tempo w
nieistotny, nic nikomu nie
dający sposób i wywołuje kurczenie się życia. Zmniejszenie
tempa świadome, pozytiwne, przy jednoczesnej ogólnej
regulacji gospodarczej świata całego dla wzmożenia
równomiernego rozłożenia dóbr doczesnych byłoby
pożądanym, ale jest niezmiernie mało
prawdopodobnym, aby ludzkość w formie transformacji od góry
na coś podobnego się
zdobyła: trzeba by zmienić mózgi władców
koncentrujących siłę, a to jest mało prawdopodobne. Na te
„drobnostki” (nie mówię już o rzeczach
„wielkich”) nie zwraca się u nas
zupełnie uwagi. Pedanteria zwrócona jest też w kierunku
hamowania, a nie ułatwiania,
a drobne niedokładności, drobne świństewka, niedopatrzenia, ustępstwa
na rzecz lenistwa sumują się i sumują, i ostatecznie, kiedy przyjdzie
wielka chwila próby, następuje
scałkowanie generalne wszystkich gnypalnych i fazdrygulnych
„różniczek ducha ciężkości” i rozpoczyna
się generalna plajta.
Dam dwa przykłady bardzo zresztą nieistotne, ale ilustrujące rzecz
dobitnie, mimo że
niedopatrzenia w mających być wymienionymi sferach bezpośrednio mogą
nie przynieść jakiejś poważnej klęski. Ale właśnie ponieważ już w
takich rzeczach objawiają się
działania gnypalstwa, można z tego wnioskować, jakie wynikają szkody,
gdy się dzieje
to samo w odpowiedniej skali w sferach stokroć ważniejszych i mających
bezpośrednie znaczenie dla prężności całego społeczeństwa i
poszczególnych jego elementów (instytucji i
indywiduów). A że się tak dzieje, to jest według mnie, jak
to mówią, „więcej
niż pewne”. Dość poczytać gazety. Podnosząca się z każdą
chwilą fala świństw, nadużyć
i kradzieży w różnych branżach, i to w wyższych ich
regionach, jest symptomem tego,
jak wielkie „niedopatrzenia” muszą leżeć u jej
źródeł. Za granicą uderza jedna rzecz:
precyzyjne wykonanie według najkorzystniejszego planu. U nas często w
różnych dziedzinach ma się wrażenie, że plan robił nieuk, a
wykonywał niedołęga. Wchodzimy
do wychodka „pierwszorzędnego” hotelu w
miejscowości kuracyjnej. Mała, zupełnie
ciemna sionka, której jedynym oświetleniem jest okno samego
klozetu (drzwi dalsze są
bez szkła). W ciasnej sionce tej mieści się umywalka bez mydła i
ręcznika. Na cóż więc
woda, kiedy umyć się ani wytrzeć nie można. Drzwi otwierają się ku
wchodzącemu,
mimo że miejsca jest mało. Dalej ogromna przestrzeń pusta i jasna, w
której mieści się
tylko kaloryfer, sam zaś istotny dla tej instytucji apartament jest tak
mały, że siedzący
człowiek uderza głową o drzwi, a z tyłu wieje mu prosto w grzbiet okno
umieszczone
tuż nad siedzeniem. Wolę deskę z dziurą w góralskiej chacie
niż taką ohydę; przynajmniej wiem, z czym mam do czynienia. Tu zaś
czuję się nabranym w obrzydliwy sposób
przez spółkę „sprytną” (!?) durnia z
niedołęgą i muszę być wściekły. Przykład drugi:
przez lata całe nie było dobrej ścieżki na odcinku końcowym podnożowym
[sic!?] danej
drogi. Turysta idący już względnie wygodną drogą na samym końcu (często
o zmroku) dostaje się w labirynt fatalnych wybojów, korzeni
i głazów. Nareszcie ścieżkę zrobiono. Są niby wygodne
zakosy, stopnie, ławeczki, niby wszystko zrobiono według planu.
Nieprawda — proszę spróbować. W górę
jako tako, ale w dół od razu daje się uczuć
niesamowita stromość drogi: nie można po niej szybko biec, jak po
wspaniałych końcowych chodnikach po stronie czeskiej, nie ma mowy, aby
iść nią szybko o zmroku.
A znowu nie jest taka płaska, żeby niebiegnięcie, zwykły
chód nie był męczący. Do tego
zakręty są bardzo ostre i stromsze jeszcze od ogólnego
poziomu. Na zakrętach czasem
są schodki, które hamują jednostajne tempo schodzenia, tak
ważne dla zmęczonych nóg
dalekobieżnego turysty. Skała jest śliska, wapienna. Ani ścieżka ta nie
jest dla zupełnych
niedołęgów, którym powinna służyć, ani nie służy
dla ułatwienia drogi ludziom silnym,
prędko chodzącym. Brzegi (i to jest skandal najgorszy!) otoczone są
drutem kolczastym
(ochrona lasu), na który łatwo nadziać się poślizgnąwszy się
w ciemności, wybić sobie
oczy lub w najlepszym razie poharatać mordę w sposób
straszny. Kwestia darmowego
prysznicu na Hali Gąsienicowej należy do tych samych śmierdzących
bolączek czy bo-
lących śmierdziączek. (To jest na szczęście obecnie załatwione, ale
trwało dobrych kilkanaście lat.)
Czy nie może porwać wściekłość, gdy człowiek się spotyka z takimi
objawami, a słyszy i czyta ciągle o tysiąc razy gorszych. Dochodzi do
przekonania, że tak u nas jest
wszędzie, i włosy mu stają na głowie na myśl, ile energii traci całe
społeczeństwo na ciągłe przezwyciężanie takich historii od
najmniejszych do największych. A na dnie każdej takiej afery siedzi
wywatowany, nadęty snardz, z fałszywie skierowanym kompleksem
niższości. I gdyby był w porę uświadomiony, mógłby zamiast
być zawadą i twórcą
hamulców stać się zupełnie porządnym i pożytecznym członkiem
społeczeństwa. Są to
rzeczy szalenie proste, nawet banalne — po prostu wstyd o
nich pisać, a jednak mam
wrażenie, że są stale u nas pomijane i zamazywane. Tak samo jak gorszą
formą alkoholizmu jest stałe popijanie małych ilości, w przeciwieństwie
do intensywnego popoju od
czasu do czasu (to ostatnie praktykowałem właśnie — obecnie
coraz rzadziej), tak samo
wielkie świńskie afery nie są tak społecznie szkodliwe, jak małe,
codzienne, chroniczne
świństewka nieznaczne — to wytwarza ogólny
parszywy stan społeczeństwa, przestaje
ono być „w formie”, staje się gnuśne, ospałe i
obojętne: „wsio rawno, nie pospiejesz”
(wszystko jedno, nie zdążysz), jak mówili przed wojną sankt
— petersburszczanie.
F
Ten, który twierdzi, że to wszystko, co tu propaguję, jest
niepotrzebnym babraniem się w „nieczystościach” (ta
potwornie głupia interpretacja Freuda, która utarła się
w pewnych sferach półinteligentów),jest podobny
temu,który mówi:„Nie umyję zadka
po defekacji (wspaniałe słowo!), bo po co mam się dotykać —
ręką!! — do tego świństwa; co się wysuszy, to się wykruszy,
jak mówi staropolskie przysłowie.” Znana zasada:
„nie ruszać, żeby nie śmierdziało”, jest u nas
stosowana zbyt nagminnie. Nie rozbabrywać, ale rozdrapywać trzeba
wszystko, o ile nie chcemy w szybkim tempie stać się społeczeństwem
nieudałków psychicznych, umysłowych i społecznych (właśnie)
zagwazdrańców.
G
Jednym ze środków przyciągania ofiar dla tortur są komple
(właściwie „pli”)
— menty. Umiejętność rozdzielania ich w przerwach od mąk jest
sztuką „hodowców”.
Umiejętnie fałszywie, naśmieszliwie rozkomplimentowana ofiara staje się
bezbronną:
nie wystawia straży, nie fortyfikuje się, zasypia z nieopancerzonym
brzuchem, obżarta
tanim frazesem. Nie wie, że kat świadomie ją rozgwajdla i rozkierdasza
nieodpowiedzialnymi frazesami niby — dodatnimi,
które go nic nie kosztują, a kiedy widzi ofiarę
rozmemłaną, rozmazaną i rozrozkoszowaną na skutek objedzenia się
pseudopochlebstwami, wbija jej nagle, co chce, po samą rękojeść, jak
chce, tam gdzie chce i ile razy
chce — przeważnie „w to, co
najważniejsze”. I ofiara, upojona poprzednimi frazesami,
łyka (z bólem jednak) truciznę, której działania
frazesy te nie sypiają; dwa procesy te
biegną obok siebie równolegle — ofiara cierpi, ale
jest sparaliżowna, jak liszka ukłuta
przez gąsienicznika. A kat wpija się w nią wzrokiem i jakimiś ohydnymi
„aktami intencjonalnymi” i ssie jej mękę jak
nektar, spuszczając się nieomal w niektórych wypadkach
dosłownie) z sadystycznej frajdy.„Ochy,ochy —
ochyda”— jak pisał niezapomniany L.
Grocholski (wyższy stopień ohydy jest przez ch — to jest
mój pomysł).
H
Ponieważ nikt w pierwszej chwili analizy choćby nie widzi swojej
podświadomości, więc zawsze jest najmniejszym zarzutem pokrzywdzony
— robi z siebie ofiarę jakiejś machinacji czy podejrzeń,
będąc np. wyrafinowanym rodzajem kata w powyższym znaczeniu. I on tak
faktycznie czuje, w tym nie ma blagi. Trucizna sika zeń boczną
rurką, która nie przechodzi przez kontrolę
ośrodków ekstrapiramidalnych — sika
gdzieś z boku przez jakąś fistułę „(chwistułę? —
co? — dobre — co?) czy rupturę albo
zgoła kilak soczysty lub nowotwór, który jest
rodzajem „nowego otworu”, jak to z samej
nazwy wynika.„Głupi witz lepszy niż nic”—
według zasady dowcipnisiów ze szkoły Fra
Antonia da Slonimo i Widmona Brudnawera (Brudona Widmawera). O
— sam siknąłem świństewko, sprowokowany tą analizą. Ale teraz
uświadomiłem to sobie dokładnie
i więcej już takiego świństewka nie zrobię.
Przeważnie Polak jest w pewnym sensie nieudany —
mógłby być czymś całkiem
innym. (To bądź, cholero!!) Człowiek analizowany na tle pozornie
niesprawiedliwego
sądu wydanego na siebie traci zaufanie do analizującego nie tylko w
stosunku do siebie, ale w ogóle zaczyna go uważać za kogoś
pozbawionego poczucia sprawiedliwości
i słuszności: pojawia się brak zaufania i opór,
który czasem może uniemożliwić psychoanalizę zupełnie.
Genialność w znawstwie ludzi polega na tym, że właśnie geniusze tacy
umieją odgadywać podświadomość tych, o których opanowanie im
chodzi. Potem grają na niej
jak na flecie, a tamci biedacy, nic o tym nie wiedząc, reagują
automatycznie tak, jak tego
chce zręczny pogromca. Samoanalizowanie daje niebywały wgląd w te
rzeczy i uwielokrotnia cudownie nasze siły w walce z ludzkim
niebezpieczeństwem. Kobiety operują
tą metodą intuicyjnie daleko bardziej niż mężczyźni. Ale to u nich
dotyczy tylko chwilowego przekroju, a nie syntezy danej osobowości.
Podobną wiedzę mają kelnerzy, portierzy i w ogóle ci,
którzy w dochodach swych zależni są od nastrojów
napiwkowych.
Najgorsze jest to łykanie krzywd przez ofiary z powodu braku
środków obrony i fałszywej, a natomiast zbyt rozwiniętej
ambicji. Szczerość i odwaga mogą wszystkie te
przeszkody złamać. Przecież są ludzie, którzy udają
głupszych, niż są, nie tylko aby mieć
racje wobec tłumów, jeszcze głupszych świadków
walki z kimś mędrszym, tylko żeby
nie poddać się niszczącej kompleksowe prerogatywy analizie.
Nie wyjaśniona aluzja daje wyższość, podobnie jak obrażenie kogoś bez
reakcji
z jego strony. Upajają takie rzeczy podświadomie węzłowiaków
— upośledzeniowców,
ale jest to upojenie niższego stopnia w porównaniu z tym,
które daje np. studiowanie filozofii lub choćby nawet od
biedy czytanie jakichś „vies romancees” czy nawet
dobrej (o
jakże to rzadka teraz rzecz, szczególniej u nas!) powieści.
U nas nawet udani ludzie, którzy mogliby obejść się bez
napuszenia — i ci zahodowują ośmieszające ich często
„kołpaki napuszenia”, rzeczywista wielkość w
zwykłej marynarce im nie wystarcza, muszą
się ubrać — mówić to w przenośni (uwaga dla
kretynów) — jak kacyk murzyński na
koronację w stary mundur angielskiego porucznika, wtedy dopiero jest
taki snardzek
kompletnie „dobrowolnyj soboj i mirom”. Właściwie
jeśli się weźmie pod uwagę, jakie
ma dane, w jak idiotycznej atmosferze wychowuje się nasza arystokracja,
to trzeba się
dziwić, że członkowie jej są tak mało jeszcze napuszeni, że są tacy,
jacy są, a nie w dosłownym znaczeniu kretynami. Podobnie jak trzeba
podziwiać kobiety, że przy tej psychofizycznej strukturze jeszcze są
takie, tzn. nie są skończonymi, okrutnymi, jamochłonnymi potworami.
Są złośliwości typu francuskiego, tzw. przeze mnie pachnące, na
które można odpowiadać „fechtunkowo”, z
zachowaniem honoru, do pewnego stopnia przynajmniej.
Tych mało się używa w Polsce. U nas są w użyciu złośliwości śmierdzące,
w odpowiedzi na które trzeba ponuro milczeć, bo każda
odpowiedź, z wyjątkiem dokładnej, druzgocącej zupełnie psychoanalizy
złośliwca i zaliczeniem go do (NDN) lub do
(ZDRN) (zimnych drani), zagwazdruje tylko coraz gorzej ofiarę,
nawalając na nią rykoszetem pokłady płynnych
ekskrementaliów. Żyjemy w stanie masowego i indywidualnego
zakłamania. Żeby nagle, znienacka odkłamać całą Polskę, społeczeństwo
by
tego nie wytrzymało — wstrząs ten mógłby zabić je,
zjonizować, rozłożyć na elementy.
Trzeba z tym postępować powoli i systematycznie jak z odzwyczajaniem
się od narkotyków. Sfajtane (t, tajfun, taniec) klapsdrygle
— oto nasza główna narodowa wada.
U nas przeważnie ludzie nie formują siebie jako jakichś
ktosiów pierwotnych, tylko
dociągają się często do niezbyt określonych wzorów. Fryderyk
Wielki był sobą, dlatego
był wielki (prócz dla innych jeszcze oczywiście danych jego
duszy): miał zadania, które
go charakteryzowały,nie tylko rozwiązania.Wilhelm II chciał być
Fryderykiem i dlatego
stał się błaznem, który nie wytrzymał ciężaru maski,
którą dla siebie wytworzył (mianowicie uciekł z
okopów do Holandii). Z wyjątkiem Piłsudskiego,
który nie miał w sobie
waty nawet za grosz, i jeszcze paru ludzi — większa część
naszych wybitnych osobistości odgrywa różnych
„ktosiów”: dziś Robespierre’a,
jutro Neya, pojutrze Cezara, a popojutrze jakiegoś Dziemborowskiego czy
innego snardza — byle tylko nie siebie. Masa odwagi
wojskowej, a duży strach przed odpowiedzialnością wobec społeczeństwa,
narodu, historii i... Europy — to jest najzgubniejsze. Zawsze
niszczyła nas Europa i ubawiam
się, że i tym razem Polska minie się ze swym przeznaczeniem. Nasza
polityka zagraniczna powinna być funkcją zdecydowanej w kierunku
maksymalnie społecznym polityki wewnętrznej. Inaczej przyszła ludzkość
przeklnie nas jako tych, którzy nie spełnili
swego przeznaczenia na tej gałce, nie zapłacili podatku od swego prawa
bytu, który nieopatrznie dało im przeznaczenie, raczej zły
instynkt rasy ludzkiej. Bez znajomości naszych podświadomych zapadni,
wilczych dołów, kamufletów i pułapek nasza
świadoma
praca nad samymi sobą czy nad jakimś celem poza nami może się nam w
wielu wypadkach nie udać, nawet bez możności zrozumienia przyczyn tego
nieudania się i odparowania ich na przyszłość. Będziemy nagle zapadać
bezwładnie na dno po całej serii świadomych wysiłków, co
może spotęgować zniechęcenie i poczucie beznadziejności walki.
Bo o co się oprzeć? O irracjonalny wysiłek woli? — kiedy sens
jego przez podświadomą
machinację został bez możności szukania ratunku w warstwach świadomych
podkopany. Ale znowu trzeba się strzec robienia z podświadomości i
stanu podświadomego jakichś hipostaz: specjalnej „władzy
ducha”, drugiej naszej osobowości, oddzielnej od tej
świadomej. Trzeba traktować terminy te jak psychologiczne
skróty — nic więcej.
Wiele pań dobrze by zrobiło — żeby zamiast choćby latania do
wróżek (nie mówiąc o innych
„zajęciach” tzw. „pani”
— brrr!) postudiowało Kretschmera i Freuda.
Jakże odciążyłoby się życie rodzinne od potwornych złogów
nieporozumień zastygłych w krwawe szablony, trafarety, według
których zadręczają się prawie mechanicznie już
różne „kuple” (couple) czy stadła (sadło
i stado). Podstawą twórczości społecznej jest społeczeństwo
nienapuszone — dziura to dziura, ale niech nikt nie zapycha
jej
pakułami; niech syn czy wnuk zdobędzie się na mięso, jeśli nie ojciec
czy dziadek. Praca
na daleki dystans — tego nam brak przede wszystkim. Ale na to
musi być plan. A do
planu potrzeba łba — na to nic nikt nie poradzi. Wszędzie,
gdy człowiekowi zabraknie
natchnienia (tego jądrowego wprost, po prostu, jak to mówią,
jaj), to nadrobi to głową
— zawsze jednak wybitni mężowie mają jakieś intelektualne
rezerwy, mają maszynki mózgowe, które do każdej
transmisji przyprząc się dają. U nas panuje prawie że od
góry do dołu, w literaturze i krytyce, w życiu i sztuce
pogarda intelektu. To jest straszne. Mędrsi udają głupich (puszenie się
perwersyjne na wywrót), aby móc żyć, nie wybijać
się z otoczenia, które zionie umysłową pustką i brakiem
wszelkiego światopoglądu:
ludzie piszący zatłamszają w sobie światopoglądy, dlatego że to nie
popłaca, i ze strachu
kłamią, kłamią, kłamią jak jeden mąż. Śliskie są ścieżki literackie w
Polsce, śliskie i niebezpieczne — hochst gefahrlich:
wewnętrznie, a z drugiej strony zewnętrznie. Jak słusznie zauważył
Wasowski: wielka niezależna publicystyka (tak dobra instytucja jak sąd)
zginęła, a metody, które się dziś stosuje,
powrócić jej społeczeństwu (a jest to dar
„nieba”
wprost bezcenny) nie potrafią: zatłamszą ją zupełnie.
J
Specjalnym gatunkiem niemytych dusz (NDN) są (NDN) dobre —
(NDDN), dobre
pozornie. Dobroć, taka rozlizująca, rozgładzająca na plaster,
rozmemływująca i osłabiająca dobroć jest także czasem środkiem
panowania i niszczenia. Poświęcając się dla
kogoś można go samym faktem poświęcenia z kopytami i ogonem pożreć;
dobroczyńcy
władają czasem silniej niż gwałciciele. Niestety prawda ta nie da się
przenieść na tereny
społeczne: tam panuje aż do skutku (tj. do rewolucji) zasada
stołypinowska: „s naczała
usmirienie, a potom rieformy”. Przeciw niszczącej dobroci
trudniej się bronić niż przeciw złu — a czasem trzeba, bo
inaczej nieznacznie człowiek może się zamienić w mglistą marmeladę, sam
nic o tym do ostatniej prawie chwili nie wiedząc. Dobroć i poświęcenie
tego typu, o jakim tu mówię, są też produktem źle
skierowanego kompleksu niższości. Podobnie jak ci, którzy
stwarzają sobie otoczenie ze zlekceważamych osobników
dla nasycenia podłej żądzy względnego wynoszenia się ponad siebie, tak
samo dobroczyńcy stwarzają sobie środowisko mediów dla swych
„dających” praktyk, aby stale odczuwać swoją nad
nimi wyższość. Oczywiście nie każda dobroć jest tego typu. Ale są
demony puste jak beczka Danaid, napuszone ukradzionymi frazesami i
dobre pozornie jak anioły, które są wprost katami swych
najbliższych i łamią wokół siebie życia jak
słomki. A złapać takie ścierwo na gorącym uczynku jest czasem
niezmiernie trudno.
K. DIE S. G. ALLGEMEINE GRATULATIONSTHEORIE
Nie ma człowieka (jak to już, zdaje się, stwierdziłem uprzednio),
który by nawet
w wypadku szczerej radości z czyjegoś powodzenia nie doznał choćby
nikłej komponenty podrzędnej w postaci słabiutkiego choćby, niemiłego
piknięcia w swoje dobre
skądinąd, współczujące i „szczodre”
serduszko. Nie ma człowieka, który by zdołał opanować
chwilowy rozkład twarzy na elementy proste w chwili takiej (chwilami,
zdaje się,
świadek widzi po prostu tłuszcze i węglowodany osobno albo nawet
zjonizowane prądem stłumionej zawiści atomy węgla, tlenu i wodoru), nie
ma takiego, który by zdołał
wstrzymać nadciągający na nią z głębi tzw.
„arcyludzkich” (raczej właśnie bydlęcych?)
bebechów bury cień zawiści. To trzeba być świętym, żeby tego
nie mieć. Widziałem cień taki np. na twarzy religijnego Forcia,
posądzającego mnie nie o zawrót głowy, tylko
zwykły strach w górach, gdy mu powiedziałem, że wyjechałem
kolejką na Kasprowy
i nie miałem zawrotu z powodu braku pierwszego planu: zrobił się wprost
ziemisty,
a opanowana zwykle twarz była bezradną kupą zdezorganizowanych
komórek. „Tak
to bywa, tak to bywa”, jak pisał Ludgard Grocholski. Takie
głupstwo czasem wystarcza.
Oczywiście Forcio zaprzeczyłby stanowczo i posądziłby mnie o
halucynacje. Niestety,
jestem psychologicznym portrecistą i dobrych kilka tysięcy twarzy w
życiu detalicznie, moja paniusiu, przestudiowałem. Otóż
gratulacje pozwalające na wyraźne skrzywienie twarzy w sztucznym
uśmiechu, dające prawo oficjalnego udawania, zgrywania się na zimno z
przyzwoleniem widzów, gratulacje pozwalające używać form
stałych
jednoznacznego, ucieszonego wyrazu (kiedy np. ktoś chce zakwiczeć z
zawiści lub genitalia rozluźniają się mu i pęcznieją z zazdrości i
złości) są wielkim dobrodziejstwem
dla większości „nie całkiem porosłych używaczy znaczących
znaków”. Zamaskowanie
wyrazu istotnych, przeważnie ujemnych, uczuć przez
skonwencjonalizowanie — co za
cuda, co za cuda! Jest to operacyjne usunięcie wrzodu zamiast powolnego
rozpędzania go maściami. Zauważyć należy, że gratulujący przez sam fakt
gratulacji wznosi się
ponad gratulanta, mimo chwilowych przewag życiowych tzw.
„tego ostatniego” (uważam, że to dobre jest
wyrażeńko) — jest w tym pewne zlekceważenie tych przewag jak
w „potlatschu”: „Patrz, ja jestem tak
wielki pan, że mogę sobie pozwolić na to, aby twój
order, podwyższenie na posadzie czy wygraną na loterii
zlekceważyć.” Ateiści mogliby
z przyjemnością żartobliwie Bogu gratulować stworzenia świata
— chociaż Leibniz
mógł to zrobić nawet wierząc (ale czy naprawdę wierzył
— zawsze mam co do tego
wątpliwości) — bo „ponoć” wierzył, że ten
świat jest najlepszy ze wszystkich możliwych.
Najlepszy to może nie, ale skoro już raz jest, to musiał być takim,
jakim jest (szczególniej gdy zapada w przeszłość), i to nie
w znaczeniu fizykalnej przyczynowości: musiał
być takim (jako odłożony w trwaniu swym byłym) nawet w dowolności swych
elementów — monad, w ich wolnych czynach.
Mimo całego ludu cywilizacji, na którą my patrzymy mimo woli
jako na świadomą
twórczość, a która była przecie początkowo
wytworem instynktowym — tu jest tajemnica biologiczna
niedoceniona: czynności bezrozumnych bydląt; nie trzeba robić żadnych
hipostaz (w rodzaju Klagesa: dusza i duch), aby ją naukowo opisać.
Przerost pallium u małpoludów niczym znowu nie jest bardziej
tajemniczy z pewnego punktu widzenia od niepomiernego rozrostu
triasowych gadów, które przez wzrost ten potem
(gdy żarcia zabrakło) zginęły. I my też może zginiemy przez naszą korę
mózgową: stworzyliśmy bowiem cywilizację, której
opanować nie potrafimy i która nas zeżre na żywo,
jeśli się w porę nie opamiętamy i nie wyrzeczemy się wszelkich
autarkii, ale przeciwnie:
nie stworzymy ogólnej gospodarczej organizacji całego globu
z racjonalną wytwórczością wszelkich dóbr.
L. UŚMIECH KRETYNA
Mogę powiedzieć, a nawet rzec śmiało, że większa część mego życia
upłynęła w „cieniu uśmiechu kretyna”. Zaraz
wyjaśnię ten niezbyt skomplikowany termin — nawet
człowiek niewykształcony filozoficznie zrozumie go po prostu
„w mig”. Jest to również
jeden z refleksów utajonego i źle odegranego węzłowiska
upośledzeń. Kretyn musi też
żyć, tzn. uznawać samego siebie, i aby zlekceważyć wszystko, co może go
zaniepokoić,
i to zlekceważyć w imię tradycji, sensu, zdrowego rozsądku,
normalności, przeciętności
itp., wynalazł cudowny środek, właśnie ów „uśmiech
kretyna”, który jest jednym z elementów
najbardziej zatruwających u nas wszelką twórczość i
powstawanie wszelkich,
choćby najmniej rzucających się nowością w oczy, rzeczy nowych. Bo
twórczość to nowość — co nie dowodzi, że każda
snobistyczna nowalijka jest wysokiej marki twórczością.W
tzw.„nowej sztuce”obok rzeczy genialnych
(Cezanne,niektórzy kubiści:Picasso,
Braque, Matisse i może kilku innych) była cała masa snobistycznej
produkcji puszczonej tylko dla wyzyskania koniunktury. I to w oczach
kretynów zdyskredytowało całą
nową sztukę. Bo kretyn nie ma zmysłu dla odróżnienia rzeczy
wartościowych od tandety: on tępi każdą nowość puszczając na nią
swój zabójczy uśmiech, a w razie jej istotnej
wartości i uznania dla niej po pewnym czasie robi woltę i staje się
znawcą, wolny już
uśmiech swój kierując na nowe zarówno nowalie,
jak i istotne nowości. Kretyn nigdy
nie uśmiechnie się swym specyficznym uśmiechem do czy nad rzeczą przez
szersze
kręgi uznaną: on ją będzie nieśmiało podziwiać twierdząc, że zawsze
miał dla niej uznanie, gdy wszyscy na nią jeszcze plwali i rzygali.
Ja, wskutek moich właściwości, które wyliczyłem wyżej a
propos rozmowy mojej
z Gustawem L. (pewna nowość produkcji, początkowa niezrozumiałość,
możliwość
łatwej interpretacji ujemnej — jako blagi i nabierania itp.,
itp. i pewne jednak uznanie niektórych), nadawałem się
specjalnie jako obiekt dla kretyna w celu zużytkowania
przez niego zdolności uśmiechowych. Czyż jest większa dla kretyna
rozkosz, jak móc się
z politowaniem Uśmiechnąć (a w Uśmiechu tym musi być zawarte to:
„ja się nabrać nie
dam” — to jest integralną jego częścią) nad czymś
dzikim i niezrozumiałym, a jednak
nie będącym już wyraźną croute’ą, camelote’ą czy
pacotille’ą (czyli po prostu tandetą).
Jest to ten sam problem, co tzw. słynny Gustaw — problem:
lekceważenie już zbyt wyraźnie nieciekawych rzeczy i ludzi nie daje
zadowolenia i poczucia wyższości, coś tam
do zlekceważenia być musi — nie zadowolnią nas np. koty lub
karaluchy, w lekceważeniu których nie napotykamy żadnych
większych przeszkód. Dopiero jeśli kretyn natrafi
na odpowiedni obiekt, wtedy rozwija natychmiast niezrównany
czar swego uśmiechu,
który doprowadza (w jego mniemaniu) do szału bezsilnej
złości nieszczęsnych samców
znajdujących się w jego kręgu i do obłędu drażni płciowo samice,
szukające bardziej
skomplikowanych przeżyć erognoseologicznych.
Najpierw przedmiotem uśmiechu kretyna w stugębnym zaiste wydaniu były
moje
kompozycje tzw. demoniczne (po wojnie chciano je masowo kupować, ale
nowe modele tego typu nie zostały jakoś wypuszczone), potem teoria
Czystej Formy (dopóki
prof.Władysław Tatarkiewicz nie wyciągnął jej z mroku na swoich
seminariach),potem
dramaty — te utknęły i zanikły zupełnie, potem filozofia,
dopóki ostatecznie nie wydała
mojej pracy Kasa Mianowski ego i nie odniosło się do niej poważnie,
mimo krytycznych sprzeciwów (to zawsze każdemu wolno i tak
być nawet musi), paru poważnych,
uznanych myślicieli. Zawsze jakaś sfera mojej działalności była w danej
epoce mojego
życia w cieniu uśmiechu kretyna i jego „perfidnych
rzeczników”,(tak musiałem napisać
i koniec, i niech mi Chwistek ciężkim już za życia nie będzie)
— i dlatego tak bardzo
rozumiem doniosłość tego zjawiska, które rozszerzone do tych
rozmiarów co u nas nabiera cech grozy społecznej: prowadzi
do bezpłodnej malkontencji, zlekceważenia każdych oryginalnych poczynań
(na tle tego, że każdy Polak au fond drugim Polakiem troszeczku
pogardzowuje), do uznania tylko tego, co przyjdzie już z zagraniczną
marką
(na tym też polega prócz antyintelektualizmu, czyli
mówiąc po prostu dureństwa, upadek teatru, poezji,
malarstwa, literatury i krytyki u nas), do wyśmiewania się z
bezinteresownej walki o idee, do zakatrupienia w zarodku każdej
samodzielnej myśli, do ogólnego spsienia i
zgównienia wszystkiego; kretyn pokryje swym uśmiechem
wszystko;
uśmiech ten zaraźliwszy jest od dżumy, od niego nabierają idiotycznego
refleksu całe
ulice, całe lokale publiczne, całe miasta, kraj, Jest to jedna z tych
plag, których grozy nie
widzi się u początku jej pojawienia się (podobnie jest z radiem,
które grozi zupełnym
antyintelektualizmem, uniemożliwieniem pracy nielicznym
intelektualistom przez bezustanne rzępolenie w dzień i w nocy i
upadkiem muzyki), a gdy rozplenią się tak, że
wyplenienie ich jest niemożliwe, wtedy dopiero robi się gwałt i lament,
a wtedy jest już
za późno.
Czyż z całą naszą kulturą nie jest tak samo? Mój głos jest
nikły jak brzęk komara
wobec megafonów spłyciarzy (ł, łój, Ładoga), ale
faktem jest, że przed różnymi rzeczami: nadmiernym
przyspieszaniem życia, upadkiem teatru i literatury (wskutek
podlizywania się durniejącej z dnia na dzień publice,
antyintelektualizmem, grożącym zupełnym zguanieniem
mózgów — ostrzegałem wiele razy. Nikt
nawet dyskusji na ten temat
ze mną nie podjął. Gdy idee, do których ja doszedłem sam,
zaczęły się przeciskać do nas
w formie spengleryzmu i karykatur literackich Huxleya, nawet sfery,
które mnie zlekceważały z moimi przestrogami, stały sit: też
trochtę „bedenklich” na te tematy. Tak jest
ze wszystkim: zgnębić krajową oryginalność, ale przyjąć to samo z
zagranicy w parę lat
później. Już Słowacki o tym pisał, a jest z tym coraz
gorzej. Oczywiście uśmiech kretyna
jest takim samym refleksem węzłowiska niższości jak każde napuszanie
się. Zwracam
nań tylko specjalną uwagę jako na wybitnie jadowitą, a pozornie, w
małych dawkach,
nieszkodliwą niby formę tego procederu, w którym tak
celujemy, nous autres Polonais.
Wiem z góry,jaka będzie reakcja uśmiechających się
kretynów na to,co tu piszę:„,P.W.,
słusznie nie uznany z powodu małej wartości jego wytworów i
napełniony przez to goryczą, z powodu braku pewnych wygód
życiowych, które daje bogactwo, wylewa w ten
sposób swoją żółć, mszcząc się na tych,
których nie udało mu się nabrać.” Tak, tak, kotki
— nie jest u nas dobrze i jeśli szybko nie zaczniemy
odklajstrowywać wszystkich zaklajstrowanych naszych słabizn i zgnilizn,
grozi nam kompletne spsienie. Ja jak zobaczę ten
uśmieszek cudny, to mimo że osobiście dawno już (od lat mniej więcej
trzydziestu czterech) przestałem nań reagować, zawsze mam ochotę dać w
mordę. Ale często jest ten
sposób reakcji na wszystko (tj. uśmiech kretyna) nie
programowym draństwem, tylko
po prostu nieuświadomionym kompleksem niższości i wszystkie symptomy po
rozwiązaniu go (uświadomieniu — do czego może też pomoże
niniejsza książeczka) minąć
mogą jak ręką odjął.
Więc tylko trochę mniej oporu,
słuchajcie, ach, o kotki me.
Lepiej niech wszystko będzie według wzoru,
niż żeby miało być tak bardzo „fe”
(a wszystko będzie jeszcze dobrze). I nie podejrzewajcie mnie o jakąś
nieczystą machinację, bo nie jestem zimnym draniem (ani ciepłym też) na
pewno, a zanalizowany
jestem naprawdę bardzo gruntownie.
ZAKOŃCZENIE RZECZY WŁAŚCIWEJ
Możliwe, że „wysoka szlachta, świetny korpus oficerski i P.T.
publiczność” (jak pisano
przed wojną na afiszach cyrkowych w Austrii) będzie niezadowolona z
ostatecznych
wyników tego, o jakże mimo wszystko pożytecznego
„dziełka”. Nie miałem zamiaru
pisać kompletnego traktatu o wadach współczesnego człowieka,
a Polaka w szczególności; chodziło mi tylko o lekkie
pobudzenie uśpionego chętniaka do samodzielnych
badań we wskazanych przeze mnie kierunkach. Możliwe że wstęp
teoretyczny zapowiadał więcej, niż się dalej dokonało, ale właśnie, on
jest główną częścią dziełka, a cała wyłożona tu
„mądrość życiowa” ma tylko ilustrować przykładowe
jego tezy, nie mając pretensji do całkowitego ujęcia wszystkich
transformacji węzłowisk upośledzenia, którego
form jest prawie tyle, ile żyje ludzi na tej nieszczęsnej, a tak
pięknej gałeczce naszej kochanej.
Operuję szczupłym zakresem własnych przeżyć i nie mam bynajmniej
pretensji do
objęcia całokształtu poruszonych tu kwestii. Zasadniczą rzeczą, jak
słusznie twierdzi
Joachim Metallman, jest to, aby dany autor nas do samodzielnych myśli
pobudzał, prócz
oczywiście wartości jego własnych idei. O ile to zadanie biedna ta
wprost książczyna
wypełni, będę już bardzo zadowolony. U nas ludzie lubią
„zasypiać” na niewygodne tematy i skutki tego mogą
być straszne: „reformy” mogą przyjść za
późno we wszystkich
możliwych dziedzinach — od teatru aż do ustroju państwa.
Najszerzej pojęta rewolucja
od góry na lewo na wszystkich frontach musi być
przeprowadzona, zanim nastąpi ona
od dołu pod względem społecznym wśród morderczych walk i
utraty kulturalnej wysokości: trzeba nauczyć się wyciągać wnioski z
historii. Ale jednocześnie trzeba obowiązkowo czyścić się od środka
indywidualnie. Dopiero wypadkowa tych dwóch dążeń mogłaby
dać wspaniałe rezultaty.
(Dalej nastąpi Appendix do książki o narkotykach, co będzie rzeczą
wysoce niewłaściwą: ale gdzie go wydrukować, jak nie tu?)
APPENDIX
I. PROBLEM NP
Najważniejsza rzecz kwestia niepalenia.
Po wydaniu książki mojej o narkotykach nie paliłem osiem miesięcy,
potem paliłem
miesiąc, potem nie paliłem pół roku i paliłem dwa tygodnie.
Od tego czasu (październik 1932 r.) nie palę już przeszło trzy i
pół roku (obecnie piąty rok) i jestem z tego niezmiernie
wprost zadowolony. Nawroty do palenia połączone były zawsze z
ogólnym
upadkiem energii i wytwórczości, nie mówiąc o
ohydnej psychicznej, a nawet fizycznej
depresji, która to pierwsza nie opuszczała mnie czasem aż do
jakiejś piątej lub szóstej
wieczór, podczas gdy teraz zredukowana jest, (całkiem pozbyć
się jej normalny schizoid nie może) do dziesięciu minut gimnastyki
Mullera, po czym ginie przeważnie, bez
śladu, tym bardziej o ile pójdę wcześnie spać. Chodzenie
bowiem późno spać, bez użycia żadnych narkotyków,
nawet tak łagodnych jak herbata lub piwo, wywołuje coś w rodzaju glątwy
(czemu nie przyjęło się to piękne słowo, moje
„ukochane” wprost, zamiast
wstrętnego katzenjammeru, nie wiem) popojkowej w miniaturze —
dowodzi to, jak jest
szkodliwe. Dość sobie przypomnieć Henri de Crosant z Climats Maurois,
który o dziesiątej wyrzucał ze swego łóżka
najpiękniejszą kobietę i szedł po prostu spać; dlatego
prowadził życie, które nazywał
„intensywnym” (vie intense), zdaje się słusznie.
Jakieś nieodpowiedzialne kanalie rozpuściły oczywiście plotkę (ciekawy
jestem, czy
po mojej śmierci nie ustaną te potwornostki wymyślane na mój
temat?). że ja udaję
tylko. że bez przerwy pięć lat nie paliłem, i że potajemnie lub w
czasie (nielicznych
zresztą) popojek zaciągam się tą smrodliwą ohydą. Otóż jest
to kłamstwo tzw. „wierutne”. Pięć lat bez jednego
miesiąca nie miałem w ustach tego świństwa. A raz gdy byłem
zakokainowany i pijany do nieprzytomności (niestety zdarzały się
jeszcze takie rzadkie ekscesy; zresztą jestem tylko przeciw nałogom
— prawdziwy tytan pracy może sobie czasem na szpryngle
pozwolić, ale trzeba być tytanem naprawdę), wsadzono mi
w gębę zapaloną „kumetę”, ale nie mogli ci
„przyjaciele” (?) zmusić mnie do pociągnięcia dymu.
Po przerwaniu palenia trzeba się liczyć z trzema do czterech miesiącami
zmniejszonej wytwórczości i
„twórczości”, po roku już nie ma z tego
śladu: intelekt pracuje daleko
lepiej niż w czasie palenia, następuje tylko zmiana czasu: odpada praca
nocna: snardz
idzie wcześnie spać, a za to wspaniałe godziny ranne (w lecie od piątej
już) stoją mu do
dyspozycji dla wykonania rzeczy najtrudniejszych. Senność i wzmożony
apetyt, i połączone z tym tycie, którym lubią tłumaczyć
niemożność NP różni ludzie, a szczególniej
tłustawe damulki mija po pół roku zupełnie. Oczywiście. że
jeśli przyjdzie wojna
czy my jakiś kataklizm dziejowy, możliwe że zacznę palić papierosy z
zaciąganiem się,
ale kto mnie w normalnych warunkach z kumetą w pysku zobaczy, będzie
mógł powiedzieć, że czasowo lub w zupełności zrezygnowałem z
wyższych aspiracji intelektualnych i w ogóle duchowych.
Podczas pierwszego roku czasem jeszcze miałem ochotę na
„papierosika” na wycieczkach górskich.
Od początku roku drugiego z politowaniem i zgrozą patrzyłem na tych,
którzy mieli odwagę wchłaniać do płuc cuchnący
przetwór niedostatecznego spalania
tego wstrętnego zielska. Wskutek wspomnianych przerw w NP są ludzie,
którzy przestawszy palić pod wpływem mojej książki, mają
dłuższe okresy NP ode mnie; szczerze
im tego zazdroszczę i czuję się bardzo upokorzony wspomnianymi
nawrotami — wolałbym, aby ich nie było. Wzywam tu po raz
ostatni już chyba wszystkich palaczy, aby
masowo zorganizowali się w kluby NP — istów w celu
zwalczania ohydnego, nic nie dającego nałogu.Inaczej by wyglądały losy
nasze,gdyby pewni ludzie nie palili..Wierzę,że
gdyby kierownicy wszechświatowej polityki nie palili, cały świat miałby
dziś zupełnie
inną niż obecnie strukturę, a Polska stałaby może na czele postępu
ludzkości.
II. PROBLEM NII (Pi)
Nigdy nie byłem nałogowym pijakiem. Pozwalałem sobie w okresach
intensywnej
pracy (już w czasie NP) na krótkie (kilkutygodniowe) okresy
nałogowego picia piwa.
Nic nie ma rozkoszniejszego jak „kurze
Gewohnheiten” (Nietzsche). Ale biada temu,
co z „kurze” wejdzie na
„lange”; na to też tylko prawdziwy
„tajten” może sobie pozwolić. Piwo tylko pite
nałogowo (po kilka bomb do kilkunastu nawet dziennie} daje niebanalne
wyniki: ożywienie i wzmożenie wytwórczości (w
przeciwieństwie do senności,
którą wywołują małe dawki u początku
„piwoszy”).Sądzę,że głównym działaniem
piwa, prócz minimalnego działania alkoholu, są: witaminy
słodu i nie znane bliżej (prócz jednej zdaje się lupuliny)
alkaloidy chmielu. Warto by zrobić jakieś „stężone
piwo” nie
w sensie alkoholowym, tylko w sensie tych właśnie
składników. Piętnastoprocentowe
piwo tzw.„świętojańskie” jest tegoż piwa samej idei
profanacją.
Wóda jest świństwo i należy ją pić tylko w razie silnego
grypowatego przeziębienia,
i to wyłącznie pierwszego dnia: pół litra do obiadu i
pół litra do kolacji najwyżej. Poza
tym może być dozwolona tylko na wielkich uroczystościach.
Wóda za kartkami — jedyne wyjście —
inaczej Polska zginie od niej, a głównie od tabaku.
Kokaina — ohydne świństwo. Coraz rzadziej ją zażywałem i
glątwa była coraz potworniejsza, przy osłabieniu wybitnym produkcji
rysunkowych specjalnych, które dawniej rzeczywiście były
wyjątkowe. Trudno! Przypuszczam, że nawet nie będę więcej
robił eksperymentów z tym paskudztwem, jakkolwiek absolutnie
zarzec się nie mogę.
To nie był żaden nałóg: jedynym nałogiem były papierosy,
piwo zaś i herbata, których
wspaniałe działanie na, krótkich okresach zaprzeczyć się nie
da, są w zupełności opanowane. Po okresie ostrej piwozy np. tydzień po
osiem bomb dziennie) okres braku piwa
trwa jedno przedpołudnie „(bo najlepsza jest bomba lub dwie
na czczo, przed obiadem,
jako,aperitif) — to samo jest przy równie ostrej
herbatozie,Pewni ludzie powinni tylko
uważać, aby nie wystąpiła wątroboza — wtedy jest już źle. Ja
mówię zresztą tylko o stronie psychicznej problemu
— żadnymi zmianami organicznymi nie mam prawa ani
ochoty się zajmować. Znane są w szerokich kołach przeróżnych
facetów moje słynne
doświadczenia nad stosunkiem kawy do herbaty, które
przeprowadziłem w Nowym
Sączu u doktorstwa Maciaków, wyjechawszy tam umyślnie w tym
celu w r.1933. Kawa
daje tylko podniecenie nieokreślone, powodując przyśpieszenie bicia
serca i rozszerzenie naczyń, którymi mózg odżywia
się bezpośrednio z otaczającej go cieczy. Herbata
(podobno teraz znowu teina jest uważana za coś różnego od
kofeiny!) ma jeszcze prócz
tej (ewentualnej z kawą różnicy olejki lotne,
które działają specyficznie: daje ona więcej
„natchmienia” i w pracy umysłowej, i w rysunku,
gdzie powoduje też większą koordynację oka z ręką. To samo daje piwo
przy lekko nałogowym jego traktowaniu. Ciekawe
jest w związku z tym, że piwo podobnie jak herbata działa rozszerzająco
na źrenice, podobnie jak kokaina.)
III. NOWALIE HEMOROIDALNE
Wyjechawszy specjalnie nad morze w celu zbadania działania alghorinu na
hemoroidy w r. 1935 „dostojny gość” (tak nazywam
siebie, gdy jestem gdzieś zaproszony i tym odegrywam sobie kompleks
upośledzenia) zaopatrzył się w typy wypadków wyjątkowo
fatalnych. Alghorin okazał się nie do... (tzn. nie tak dobry, jak
przypuścić by było można), całkiem zaś do... okazała się lanolina. W
uzupełnieniu słynnej teorii hr. Xawerego (patrz, chałuju ohydny, głupi
nierobasie przeklęty, artykuł o hemoroidach w Narkotykach) trzeba
nadmienić, że badania na wypadkach pp. Dziambowicza,
Wygórowskiego, i Pęchali, specjalnie ciężkich, dały wyniki
następujące:
1. Lanolina głęboko przed i po.
2 Zapychanie dobre, ale trzeba poznać dokładnie topografię odbytnicy i
wiedzieć,
którą „śliweczkę” zapchać najpierw, a
którą potem. Inaczej mogą być różne przykrości.
3. Specjalnie (tak twierdzi głównie Józek Pęchala
i Staś Dziambowicz) świetne rezultaty dają produkty firmy
„Gąsecki” (czopki i maść wynalazku Popowskiego.
Stosować
tylko na noc)...
4. Zimna woda en quantite, skierowana umyślnie w najczulsze miejsce.
5. Przysiadanie i odsiadanie podczas zapychania.
6. Niejadanie mięsa na noc, tłuszczów i rzeczy ostrych w
ogóle. Niepicie i niepalenie.
7. W razie nieposiadania odpowiednich środków dobra jest też
maść na katar z efetoniną i mentholem dr Totwena z Zakopanego i od
biedy alghorin, a także maść na
oczy, stosowana obecnie przeważnie na pryszcze i wyrzuty, o składzie
następującym:
Maść na oczy:
.igenoli 0,6
Xeroformi 0,5
Hydr. pr. f1av. 0,15
Lanol.
Vasel aa 10,0
Maść Totwena na katar:
Ephetonini 0,3
Mentholi 0,2
Acid. borici 0,15
Eucalyptoli gtt II
Lanol.
Vasel. aa 10,0 8.
8. Najlepiej nie mieć wcale hemoroidów..
Jeśli nudno,wąchać karbolineum rozlane na małej tekturce.Poza tym nic.A
właściwie
masa jeszcze innych rzeczy, ale to już jest tajemnicą, którą
pewno zabiorę ze sobą do
grobu, nad którym już po trosze stoję. Żegnam was, jak
Kiepura: „Do widzenia, kotki”
— tylko nie z dachu auta, a ze skromnego pokoiku na Brackiej
23 m. 42, adres zakopiański: Zakopane 3. Antałówka.
Uważam firmę „Gąsecki” za wprost nadzwyczajną.
Nigdy mnie głowa nie bolała
nawet po najgorszych nadużyciach narkotycznych, ale w każdym razie na
glątwy działa
kogutek wspaniale. Dobry jest też hunbagol na bóle
artretyczne.
POSTSCRIPTUM
(DO „NIEMYTYCH DUSZ”)
A MOJA TEORYJKA NA TEMAT SNU
Wiadomo, że sen obiektywnie, w porównaniu do trwań
procesów świadomych na
jawie, trwa bardzo krótko, wprost niesamowicie w stosunku do
treści, kiedy go się zaś
przypomina, zdaje się zawierać otchłanie czasu w stosunku do bogactwa i
konieczności
zajmowania dużych wycinków czasowych przeżyć w nim
zachodzących.
Zdarzyło mi się niedawno zrobić obserwację nad czymś w rodzaju
półsnu, a raczej
dosłownie „snu na jawie”, która zdaje
się potwierdzać moją dawną, sprzed dwudziestu
lat, podaną tu teorię: przez jakąś część sekundy przelatywał cały
„gomon” zdarzeń dziejących się jakby w jakimś
izolowanym od rzeczywistości (która ani na chwilę trwać nie
przestawała) światku, o niesłychanie szybkich i na jawie niemożliwych
do utrwalenia
przebiegach zdarzeń (zarówno z powodu szybkości, jak i
nikłości tego zjawiska w stosunku do niej); w czasie snu nic nie
przeszkadza utrwaleniu się w pamięci przesuwającego się ciągu zdarzeń
— nie jest on zabity z punktu przez nałażącą nań
rzeczywistość.
Otóż moja teza jest, że nie istnieje bezpośrednie, aktualne
przeżywanie snu jako
takie, poza końcowymi może jego momentami, kiedy już w czasie powolnego
budzenia
się (np. na skutek gwałtowniejszego, wywołanego zbyt intensywną wizją,
ruchu ciała)
rzeczywistość włącza się do przebiegu samego marzenia sennego i
ostatecznie wytłamsza je całkowicie.Nawet jeśli we śnie
mówimy sobie:„O teraz śnię.Mogę sobie pozwolić
na wszystko, bo to tylko sen”, nawet wtedy —
powtarzam — nie przerywamy tego w samej chwili dziania się,
tylko rozwijamy cały przebieg później, jakby z rolki czy na
kształt
wachlarza, w postaci wspomnienia od stanu ostatniego w tył aż do
niewyraźnego początku. Właśnie to jest charakterystyczne: to odwijanie
snu w tył, tylko zaraz po obudzeniu się skuteczne. Jeśli otworzymy oczy
lub najmniejsze wrażenie dojdzie nas z zewnątrz — sen, tak
silny i żywy jeszcze w końcowym momencie, i w nieodwiniętych,
zaznaczonych tylko w zabarwieniu teraźniejszości gąszczach
potencjalnych, rozwiewa się
jak mgiełka uderzona twardą ogromną masą. Sen istnieje tylko jako
wspomnienie, czyste wspomnienienie byłej rzeczywistości — nie
mamy poczucia, że wspominamy coś
byłego — mamy tylko i jedynie samo wspomnienie jako takie.
Dlatego to fakty rzeczywiste przypominane bez wyraźnej lokalizacji w
przebiegu zdarzeń, wspomnienia bez
pamięci realnego odpowiednika w jakimś punkcie życia mają wybitnie ten
sam charakter specyficznej dziwności, co marzenia senne; zdarzało mi
się często w przypadkach takich zastanawiać się nad tym, czy daną rzecz
śniłem, czy też to było kiedyś naprawdę. I z chwilą przypomnienia sobie
rzeczywistego odpowiednika, w momencie
włączenia danego wypadku w realną ciągłość przeszłości, charakter
dziwności sennej
znikał momentalnie. Drugą dziwnością snu, która była dla
mnie dawniej niesłusznie
sprowadzalna do wymienionej, jest ta, której sens istotny
ukazał mi dopiero Freud poprzez dra de Beaurain; polega ona na tym, że
sen symbolizuje (i to czasami w sposób
powszechny dla wszystkich, tzn., że w tych samych symbolach występują
te same treści u różnych osobników) podświadome,
utajone treści psychiczne, dotyczące ważnych
wypadków z przeszłości, zapomnianych jako takich
urazów głębokich, przeważnie bolesnych i ponurych przeżyć.
Dlatego to np. we śnie spadnięcie szklanki ze stołu wskutek
nieumyślnego potrącenia jest niesprawdzalnie dziwne i tajemnicze, bo
symbolizuje
treść, która w widomym „kształcie” (w
najogólniejszym znaczeniu) zdarzenia się nie zawiera: dajmy
na to (jak to mówią) wyraża to życzenie, aby śniący
przypadkiem, niby
to bez winy, zamordował kogoś, na którego śmierci mu zależy
(a i tak jest kruchy jak
szkło, np. stary lub chory). Do życzenia takiego nikt by się w
normalnej świadomości
nie przyznał, ale z chwilą kiedy w skojarzeniach ono wystąpi, to
znaczy, że tak jest bezwzględnie. Kryterium prawdy jest tylko w
swobodnym, niezasugerowanym skojarzeniu wyobrażeń.
B „WHO IS WHO?”
To nie jest nic tak bardzo znów tajemniczego ani
nieprzyzwoitego: jest to wszechświatowa księga adresowa wszystkich,
żyjących oczywiście (bo co nam po adresie
zmarłego?), mężów stanu, finansistów,
bankierów, przemysłowców, uczonych,
literatów, malarzy, muzyków itp. — w
ogóle wszystkich wybitniejszych snardzów w danym
kraju, zawierająca krótkie ich charakterystyki, wydawana
przez jakąś tam instytucję wydawniczą w Szwajcarii. Jest podobno taki
Who is who, naprawdę wszechświatowy,
który jest ekstraktem takich gorszych wydawanych specjalnie
dla różnych krajów. Ja
znam (i jestem w nim także — no tak, czego się śmiejesz,
idioto?) tylko jeden z takich
gorszych, w którym jest obok Polski, Austria, Grecja,
Albania, Lichtenstein, Finlandia
itp. Dostałem raz blankiet do wypełnienia — widocznie
redakcja kieruje się encyklopediami danego kraju —
zlekceważyłem to — dostałem drugi raz — wypełniłem.
Co
mi tam ostatecznie — korona (ślachcicka, psia ją mać
zatracona) z głowy mi od tego
nie spadnie, i ujrzałem swój skromny życiorys w ładnej
książeczce; może nawet przez
chwilę zrobiło mi się przyjemnie — czort wie —
człowiek ma słabostki — chodzi o to,
aby je znać, widzieć jak na dłoni i nie ukrywać ich przed sobą, jak to
przez dziką pychę
czynią zwykle teozofowie. Ostatecznie jechano na mnie jak na burej suce
całe życie,
ledwo żyję finansowo pod koniec życia, „może mi ta i beło,
wicie, przijemno” — czort
wie. Ale prócz siebie zobaczyłem tam dużo rzeczy ciekawych.
Książka ta jest, że tak powiem, „wolnym”
przyczynkiem do mojej teorii puszenia się: watowania się i kołpaczenia
Polaków — po prostu wstyd. Więc ja podałem, że
jestem „Philosopher”, bo nim jestem, cóż
ja winien jestem, że rodzina mojej żony jest aż w Almanachu gotajskim
(tzw.
niemieckie Uradel), co w wymiarach snobistycznych jak dla takiego
trochę tylko po
kądzieli skoligaconego szerepetki jak ja jest już zaszczytem nie lada
(tu cały mój bardzo powierzchowny snobizm wyłazi i od razu
się kończy — nie ma go więcej) — przecie ożeniłem
się z nią nie dlatego właśnie (a może, może — o, do cholery!
— e — chyba
nie) Cóż zrobię dalej na to, że aby przed wysyłką na front
być w Pitrze, gdzie miałem
krewnych, wstąpiłem do gwardii — ale „za
to” pułk mój, Leib — Gwardii Pawłowskij
Połk zaczął pierwszy Wielką Rewolucję Rosyjską. Cóż zrobić,
że dostałem za bitwę pod
Witonieżem (jedna z najkrwawszych na tym froncie) Annę 4 klasy,
która wtedy poszła
dużo w górę w cenie w stosunku do początku wojny. To są
fakty — przy czym wypełniłem odpowiednie rubryki
kwestionariusza — mam wrażenie, że nic mi zarzucić nie
można. Ale inni — pożal się Boże — po prostu
skandal.
A więc:
1. Znany poeta pochodzenia semickiego (i z tego zwykle dumny) pisze, że
pochodzi po prostu „z bardzo starej rodziny” i że
jest członkiem klubu tenisowego. Każdy pomyśli, że to jakiś wprost
hrabia nie używający tytułu (był taki jeden u nas: Mychajło
Tyszkiewicz, a obecnie jest taki jeden Potocki).
2. Drugi znany poeta, tegoż pochodzenia (przeciw któremu to
pochodzeniu ja osobiście nic nie mam, uważając antysemityzm za coś
nieludzkiego, a jako taktykę za krótkodystansowe głupstwo
mogące mieć fatalne następstwo dla kultury polskiej), pisze, że
jest autorem sztuk, mimo że pisał tylko dla zarobku skecze do
kabaretów.
3. Wielki uczony podaje, że żona jego jest córką baroneta
angielskiego, ale nie podaje, że baronet ów jest profesorem
w koloniach, skąd pochodzi, i że tytuł „Sira”
zdobył za
naukę, co byłoby prawdziwie zaszczytnym. Sam o sobie pisze, że jest z
„gentry” i dodaje
„autochtoński” wyraz:
„szlachta” — po co to? Czy to naprawdę
taka cenna spuścizna?
4. Wielki pisarz i wielki działacz socjalistyczny i niepodległościowy
wali po prostu,
że jest synem „land — lorda” —
tzn. grubszego posiadacza ziemskiego (w Anglii jest
farmer, land — lord, i lord — magnat). Ale na
Polskę brzmi to imponująco. Ja rozumiem: on chce dać do zrozumienia, że
będąc synem owego land — lorda poświęcił się
dla sprawy, a nie rekrutował się ze sfer robotniczych. Owszem
— ale właściwie po co to
w krótkiej charakterystyce?
5. Moja kuzynka, osoba zresztą dość nawet inteligentna,
która napisała parę artykułów i jedną broszurkę,
nie przedstawiającą nic oryginalnego, wali (w ogóle po co
ona
jest w tym Huisu,nie wiadomo):„autor ofbooks and
articles”,a potem chwali się (przed
kim?), że jest krewną znanego aktora w Londynie, że dziadek jej, Jan
Witkiewicz (i to
nieprawda, bo brat dziadka) był wielkim (to prawda) awanturnikiem w
Afganistanie
(faktycznie dziwna to postać, jedyne wcielenie Wallenroda — z
zesłańca, cudem przez
Humboldta wyratowanego z karnych batalionów, zostaje
adiutantem hr. Perowskiego,
gubernatora Turkiestanu, wywołuje bunt Afgańczyków w
Khaboulu, rzeź czterech tysięcy sipajów angielskich; o mało
nie wybucha wojna angielsko — rosyjska. Wezwany
do Petersburga zostaje tam z rozkazu kanclerza Nesselrodego zamordowany
— dla
Polaków ciekawa historyjka i dlatego ją tu opowiedziałem,
ale w międzynarodowym
almanachu co kogo — jeśli w ogóle —
obchodzi, że pani ta jest wnuczką takiego człowieka, co jest w dodatku
blagą).
6. Pewien profesor politechniki wali sobie „de”
przed nazwiskiem, kiedy w ogóle nie
wiadomo, czy kiedy smród ślachcicki naprawdę wąchał.
Co ruszyć jakiego Polaka, to wyłażą takie historie o pochodzeniu, że
zdaje się,
iż wszyscy to jakieś lordy co najmniej, a puszą się i w innych sferach
„co — nie
— miara”. A poczytać o jakim Albańczyku czy
Finlandzie albo zgoła o Austriaku czy
Lichtensteiniarzu — wszystko przyzwoite snardze —
nikt się nie puszy, tym jest, czym
go siła niewiadoma i on sam stworzyli, czy Stahremberg, czy Carnap, czy
baron Fey, czy
Schlick. (Po śmierci dopiero biednego Schlicka dowiedział się świat, że
był on hrabią
niemieckim, a że Neurath jest baronem, też z tej książeczki się nikt
nie dowie.) A u nas
— co by to krzyku było, żeby np. Słonimski był hrabią, a
Tuwim księciem krwi. A do
tego jakieś dziwne postacie, które już zupełnie do Huishuju
nie pasują: prócz wymienionej uroczej kuzyneczki mojej
(stosunki zerwane oczywiście) jakiś dyrektor poczty
z Krakowa, aptekarz ze Lwowa itp. Nic nie mam przeciw nim, ale po co?
Rozumiem,
że jest (obok mnie np.) Roman Jaworski, ale co robi poczta krakowska
albo właściciel apteki we Lwowie, przy całym szacunku dla tych
instytucji jako takich, nie rozumiem. Chyba to „government
party” obok nazwiska usprawiedliwia wszystko. Mała
rzecz, a wstyd. Publiczną analizę mojego snobizmu (dekoracyjnego,
farsowego) zostawię w moich pamiętnikach pośmiertnych. Dość o tym, ale
„Beitrag” jest świetny.
C PROBLEM ŁAŹNI PAROWEJ
Stała rozmowa, która mnie do wściekłości doprowadza. Ja:
„Chodzi pan do łaźni?”;
On (Ona): „Nie, ale kąpię się”,
niektórzy dodają: „co dzień”, inni raz
na tydzień, na dwa,
na miesiąc, raz na rok koło Zielonych Swiątek. Co dzień brać gorącą
wannę to jest przesada i to jest nawet niezdrowe. Wyszorować się co
dzień można pod prysznicem w łazience, w tubie, w blaszanej dużej
miednicy, w balii, ale siedzieć po pół godziny w gorącej
wodzie — to jest ryzykowne. Mógł sobie na trzy
wanny dziennie pozwolić Napoleon
z jego „Uberschuss an Energie”, ale normalny Polak
nie. Jestem za wanną co tydzień,
a za myciem się „na cało” mydłem i ewentualnie
szczotką Sennebaldta z Białej co dzień.
Ale jak ktoś mi powie, że nie był nigdy w łaźni, a jest w dodatku już
po czterdziestce, to
naprawdę w mordę bym prał niechluja dla jego dobra do krwi —
dodaję: niechluja raczej we — niż zewnętrznego. Bo łaźnia to
jest tak jak mycie się szczotką od wewnątrz,
szorowanie organów wewnętrznych, ścięgien,
stawów, mięśni, nerwów, po prostu samych
komórek. A cóż dopiero, jeśli jest to połączone z
masażem takim, jaki robi genialny wprost w swoim fachu Jan Wawrytko w
łaźni miejskiej w Zakopanem. Człowiek
wyje, każdy mięsień, każde ścięgno zdaje się wydobyte i obszczypane.
Ale za to potem
ofiara Wawrytki czuje się tak, jak łożysko kulkowe świeżo wymyte na.ą i
naoliwione.
Wszystkie świństwa wychodzą z człowieka razem z potem —
wszystkie organy zaczynają żyć na nowo, przemiana materii staje się
prawidłowa, usuwają się wszystkie złogi
kwasów i spowodowane przez nie artretyczne zgrubienia
członków. Kto po czterdziestce nie zacznie chodzić co
najmniej raz na miesiąc do łaźni parowej, jest kretynem
(chyba że wada serca czy choroba płucna mu na to nie pozwala, to trudno
— na to nie
ma rady). Powiedzenia takie: „Ja nie mam czasu, ja się
brzydzę widokiem innych ciał”
itp. powinny być wyeliminowane. Nikt nie może przewidzieć, jak
przedziwne skutki
może mieć dla niego znienawidzona z początku, a potem tak
„kochana” łaźnia. Ale najgorsze jest to
powiedzenie: „przecież ja się myję” — to
wściec się można od takiego niezrozumienia jednego z najwspanialszych,
przez naturę nam w postaci naturalnych go-
rących źródeł poddanego wynalazku. Twierdzę, że mała ilość
artretyków i wariatów
w Rosji, w przeciwieństwie do pierwszego w Anglii i drugiego w krajach
północnych,
polega na tym, że Rosjanie zawsze pijali prócz kolosalnych
dawek wódki (zdrowsza niż
wino) również kolosalne ilości lekkiej bardzo herbaty, a
przy tym co tydzień chodzili
do łaźni — to jest najważniejsze. W ten sposób
wypacali (i pewno wypacają i teraz)
wszystkie świństwa, które wódka w ich organizmach
wytwarzała. W ogóle działanie
środków moczopędnych (kofeina mimo wytwarzania ciał
purynowych, szkodliwych na
artretyzm, kompensuje to właśnie tą swoją właściwością) zostało teraz
jakby więcej ocenione. Z powodu własności moczopędnych kofeiny herbata
uznana została za używkę
jeśli nie korzystną, to w każdym razie nie tak szkodliwą, za jaką ją
miano dawniej z powodu przetwarzania się kofeiny w materie wywołujące
artretyzm przez wytwarzanie
nierozpuszczalnych moczanów będących przyczyną
złogów w stawach i mięśniach.
Mam wrażenie, że krótkie i rzadkie (do dwóch
tygodni najwyżej, raz na pół roku) nałogowe picie piwa w
dużych ilościach (do dziesięciu bomb dziennie), które ja
uprawiam,
też doskonale działa na artretyzm, ale jest to tylko hipoteza,
którą należałoby sprawdzić,
jak również poznać dokładnie działanie nie znanych
alkaloidów chmielu (lupuliny i innych). Nie polecam nikomu
tego procederu, wyjątkowo tylko prawdziwym tytanom
antynałogowości w okresach wielkich radości lub wielkich
smutków; możliwe, że brak
artretyzmu w „piwnych” częściach Niemiec, a
rozpowszechnienie go w „winnych” i we
Francji (patrz cała „Biblioteka Boya”) polega też
na tym. Są to rzeczy do zbadania, i to
nie przez laików mojego pokroju.
Jeszcze inny rodzaj śmiesznych
„ludzieniaszków” mówi:
„Ja nie mogę — nie znoszę gorąca”. A
któż je znosi w tym stopniu od początku?
Trzeba się powoli przyzwyczaić i co do siły pary, i czasu, a wtedy
pokocha się łaźnię i tęsknić się do niej będzie, jak do żarcia, picia i
tym podobnych rzeczy.
D. WADY
Jeszcze raz chcę zwrócić tu uwagę, że co innego jest
człowiek z wadami wrodzonymi, a co innego jest typowa niemyta dusza,
reagująca swymi kompleksami poza kontrolą intelektu i zwyczajnego
rozumu, tzw. „chłopskiego”. Otóż może
być osobnik ma-
jący wady, które on właśnie za swoje zalety uważa. Ale są to
rzeczy głęboko mu organicznie wrodzone, stanowiące integralną część
jego istoty; on jest zrośnięty z nimi jakby
w jedną bryłkę i nie ma nawet żadnych środków dla spojrzenia
na siebie z boku i zobaczenia tych właściwości swych jako wad właśnie,
Takie typy zdarzają się raczej wśród
pykników, chociaż i pewne typy schizoidów mogą tu
też być zaliczone; do wad pierwszego rodzaju będą np. należeć:
rozrzutność, lekkomyślność, samochwalstwo, brutal-
ność; do drugiego: despotyzm, fanatyzm, doktrynerstwo, skąpstwo,
skrytość, zamknięcie się w sobie., okrucieństwo itp. Są to albo
właściwości „pierwsze”, albo też dodatkowo
towarzyszące innym, bardziej pozytywnym. W każdym razie typy takie do
pewnego stopnia nie odpowiadają za wszystkie ujemne skutki,
których charaktery ich dostarczają otoczeniu — są
takimi, bo być nimi muszą. Wielka siła danych pierwotnych,
przy małej zdolności do analizy, widzenia swych wad, nawet przy dość
wybitnej silnej woli, nie pozwala im poprawić się z błędów
— nie dostrzegają ich i koniec. Często uważają się takie typy
za doskonałości w swoim rodzaju, będąc właściwie plagami dla swego
najbliższego otoczenia. Inny typ stanowią ludzie o charakterach
ujemnych, którzy nie
mając żadnych etycznych zastawek, prócz tych
najogólniejszych, które chronią od zbyt
już jawnie kryminalnych postępków, a przy tym posiadając
dokładną znajomość wad
swych jako takich, obliczając na zimno korzyści systematyzują wady te w
pewien zespół, dający im przewagę w kwestiach życiowych w
ten czy inny sposób, w każdym
razie ujemny, jeśli chodzi o drugich. Znałem wielu takich
osobników, którzy pozornie
robią wrażenie — o ile się po latach ich ogląda —
zatrzymanych jakby w wewnętrznym
rozwoju (często pojawia się zjawisko to u Polaków żyjących
za granicą, wybitnie u polskich nałogowych paryżan), a
których wady — zamiast ulec uświadomieniu i
częściowemu choćby zniszczeniu przez pracę nad sobą —
kulminują w rozwoju swym w postaci całego systemu, stanowiącego już
jeśli nie najgorszego gatunku maszynę zdobywczą, to w każdym razie
tandetny wał ochronny lub zbroję, która może nawet mieć
czasem tradycyjny rycerski wygląd, będąc w gruncie rzeczy zbiorem
starych rondli, miednic czy urynałów, kawałów
jakichś oberwanych dachów czy płyt od wypalonych dawno
rusztów. Trzeba odróżnić oba tamte typy od
człowieka, który przy pełnej znajomości
wad swych pewnych z nich np. nie jest w stanie się pozbyć mimo nawet
usilnej pracy
nad sobą: podnosi się i zapada znów i życie jego wskutek
tego staje się pasmem ciągłych
wzlotów i upadków, które powodują, że
linia wypadków zewnętrznych przybiera fantastyczną
zygzakowatą lub pogmatwaną formę, będąc funkcją —
niedostrzegalną często dla drugich — wewnętrznej
szarpaniny.Ale nade wszystko trzy wymienione rodzaje
należy odróżnić od typu będącego tematem głównym
tej pracy: typu węzłowiskowego,
który ma wady chwilowe zależne od danego okresu życia lub
ograniczone do pewnych
reakcji (np. jest brutalny i niedelikatny —
odróżnić te dwie rzeczy od siebie, gdy chodzi
o malarstwo, kwestie erotyczne lub matematykę). Zaraz to wytłumaczę:
np. dany snardz
jest złośliwy tylko w chwilach niepowodzenia, bo wtedy działa
specjalnie silnie jego węzłowisko upośledzeń: jest np. brutalny
(otwarte chamstwo) lub niedelikatny (zamaskowane, udające co innego
— czasem np. dyskrecję właśnie — włażenie komuś w
majtki,
mówienie rzeczy przykrych pod pozorem obiektywizmu lub
weredyctwa), gdy chodzi:
1. o malarstwo, bo miał być malarzem w młodości i chciał być sławnym, i
to mu się nie
udało; 2. o erotykę, bo ma krótkie pałąkowate nogi lub jedną
nogę uschniętą i 3. o matematykę, bo jest ona dla niego jedynym
sposobem okazania swej wyższości nad innymi.
Ale ten typ nie wie przeważnie nic o tym, co popełnia. Uświadomiony
powinien przestać — jeśli nie, to znaczy, że jest drań. A z
draniami nie należy zadawać się, choćby byli
nie wiem jak przepełnieni tajemniczym urokiem życia — tę radę
daję wam znad grobu
ostatnim wysiłkiem stygnących ust. Do widzenia.
E. HARMONIJNY ROZWÓJ OSOBOWOŚCI
Wymieniona w tym tytuliku istność była podobno ideałem
Hellenów,o których wiem
zbyt mało (poza filozofią ichnią), aby się nad nimi rozwodzić. Sądzę
jednak, że ideał ten,
szczególniej w dzisiejszych czasach, godnym jest pewnego
zastanowienia. Oczywiście
dla kilkuset ludzi, którzy resztę swych ziomków
planetarnych uważali za robocze bydło
lub nawet za nawóz dla siebie (i dziś są tacy, niestety),
ideał ten mógł być łatwym do
spełnienia przy pewnym egotyzmie i specjalnej, związanej z nim tablicy
wartościowania i przy ówczesnym o owej harmonii
pojęciu.Wiele zmieniło się od owych czasów,ale
mimo wszystko nie warto nawet w najokropniejszych warunkach (łatwo
mówić, więc
co: obóz koncentracyjny, zapluskwione glinianki,
głód, mróz, wszy — może nawet i tak
— zależy od siły woli) tracić go z oczu, bo przy pewnej
transformacji wartości greckich
co innego nam pozostaje prócz zarabiania na chleb, dbania o
naszych bliskich, starania
się o możliwie pełne i skuteczne uczestnictwo w życiu społecznym, jak
nie ten właśnie
harmonijny rozwój naszych osobowości, który
ostatecznie jest celem wszystkich transformacji społecznych: chodzi o
szczęście osobiste wszystkich indywiduów, a nie szczęście
jakiegoś bez indywidualnego mrowia, które nazywamy w
skrócie społeczeństwem
czy ludzkością. To są banały, ale jakże często o nich zapominamy.
Polska jest organizmem nie rozwiniętym równomiernie.
Oczywiście, wobec fizycznego charłactwa, dobrze jest propagować sport,
ale nie należy nim zagłupiać młodzieży na glanc, rozdymając go do
granicy najwyższej skali wartości i robić z niego najwyższego celu
życia, i doprowadzać do zupełnego upadku intelektu, co przy naszej
strukturze społecznej mści
się w sposób fantastyczny na dalekich dystansach. Skutki
ogólnego antyintelektualizmu
możemy obserwować już na przestrzeni lat osiemnastu. Jeśli komu nie
wystarcza ta degręgolada (albo degryngolada — albo
fonetycznie lub pisowniano), to jest zaiste wymagający, prawdziwie
morowy chłop.
F. PUDER I SZMINKA
Polecam paniom (a nawet mężczyznom po goleniu), aby nie używały
pudrów kupnych, nie nawalały na twarze ohydnych masek, bo
sobie popsują przedwcześnie podmaszcza i wyć będą potem po (samotnych)
nocach, jak stare wyliniałe i parszywe suki.
Twarz nie powinna być, pokryta pudrem, tylko napudrowana tyle, żeby nie
świeciła się
jak samowar, po czym puder powinien być starty. Wystarcza zwykła mączka
ryżowa
i puszek (a nie te ohydne, brudne, zaklejone kokocim sadłem poduszki
jakieś, którymi
się wciera w tę nieszczęsną mordo — skórę
wszystkie możliwe świństwa). Sam używam
tego od czterdziestu lat i kilku i cerę mam, mimo pewnego wieku,
mówiąc z lekką przesadą, jak piętnastoletnia dziewczyna. A
robienie sztucznych usteczek w kształcie serca,
i to jeszcze karminem, a nie koralem jest ohydą ponad wszelką miarę
paskudną. Nie
widać ust, tylko jakieś wstrętne malatury, spomiędzy których
łypnie czasem zdechło
— fioletowy, przez kontrast, język czy dziąsła. Fu!
G. SWETRY I OKULARY
Ludzie są jednak kretyny. Można widzieć snardzów, i to
starszych, którzy całe życie
w futrach w mróz chodzili, gdy w Zakopanem (ale już w
Kocmyrzowie nie) w dwadzieścia stopni mrozu, w pochmurny, wietrzny
dzień, zmarznięci na kość chodzą w marynareczkach i w szalikach na
szyjach. Po co to i co komu z tego przyjdzie? Podobnie
np., tylko na odwrót: snardz młody i nawet (wyjątkowo)
inteligentny w potworny upał,
kiedy człowiek chętnie nago by chodził, idzie w koszuli zapiętej z
krawatem, a na to nasadzoną ma kamizelkę włóczkową dlatego,
że się nazywa ona swetrem. Co innego np.
po wieczornym tenisie, ale nie w południe przy trzydziestu pięciu
stopniach w cieniu.
Kołem łamać tego, co te modki powprowadzał. Z balkonu mego często
obserwuję rzecz
potworną (zresztą widzę to i na wycieczkach, ale tu chodzi o
źródło) — ludzi nie chcących używać
żółtych okularów na śniegu.A nikt ich nie nauczy
tego,że to jest potworne
marnotrawienie wzroku. Odnośny kretyn (lub kretynka) mówi na
uwagi co do tego
z uśmiechem wyższości, typowym uśmiechem kretynki: „Mnie się
oczy nie męczą — ja
nie potrzebuję.” Otóż zrozum, szanowna idiotko, że
oko powoli się przystosowuje i subiektywnie często np. cały dzień
zmęczenia nie czuje, a wieczorem występuje lżejsze lub
cięższe zapalenie spojówki. Ale nie dość na tym: oko się nie
zmęczy przez jedną zimę,
dwie, trzy, ale na czwartą zacznie oko kretyna chorować, a w całości
przyśpieszy to kretynowi oślepnięcie starcze o jakie lat piętnaście.
Nawet na trotuarach miejskich odbite słońce razi, a cóż
dopiero na śniegu. Tu nie chodzi o samo słońce — na lodowcach
alpejskich ślepną ludzie w mgłę; tu chodzi o spolaryzowane przez
odbicie od śniegu
światło, posiadające wściekłą siłę chemicznego działania. W przeszłym
roku oślepł
jakiś snardz na Kondratowej Hali i zaczął widzieć tylko czerwono
— białą mgłę. Było
to chwilowe porażenie siatkówki, ale może być i trwałe. Wył,
ryczał, modlił się i płakał, i zaklinał się, że nigdy już, no i
przejrzał — ale równie dobrze mógł
skończyć ze wzrokiem na zawsze. Ale kto ma uczyć? Otóż widzę
często szkółki narciarskie po trzydzieści
do czterdziestu osób, z których jedna, może dwie
czasem osoby mają ochronione oczy.
Wyrypiarz — trener, kretyn, oczywiście sam bez
okularów też, bo co mu tam: on i tak
jest w trzydziestym roku skończony facet, o sfajtanych (t, tajfun,
taniec) klapzdryglach
i przechwistanych sztok — bumpslach i oczy mu są
niepotrzebne. Więc kto ma uczyć
tych nieszczęśników, którzy „dla
głupich desek” oczy chcą przemarnować, jeśli nie ich
instruktor? Domagam się specjalnych kursów higieny dla
instruktorów.
Przypomina mi się słynna pieśń „poety” o Motyce
(Zdzisiu):
Motyka, motyka (w) nikogo nie (w) tyka,
Nie pije, nie pali, na nartach pomyka.
Motyka, Motyka bees kie banował,
Coś 10 głupik desek młodość przemarnował.
H. OSTATNIE RADY DLA SAMO GOLĄCYCH SIĘ
1. Mydlić twarz, aż póki ręka nie opadnie ze zmęczenia.
Świetne jest nasze mydło
„Angola”, tylko można by zrobić inne papierki
obwijające, wzorując się na mydle
Colgate np. Najlepsza gruba cynfolia i koniec. Po co ten papierek
cienki, który przylepia się do mydła i który
trzeba potem odrywać. A propos, dobry materiał idzie czasami
w parze z fatalną „oprawą”, exemplum: wspomniane
mydło, butelki rozlewające naokoło atrament (wspaniały!)
„Iskry” Karmańskiego — jakieś nie
domykające się klapki,
nie dopasowane i przedwcześnie zagwanderowane brandszlajchy, gnypalstwo
i fazdrygulstwo itp., itp. wszędzie. Są wprawdzie pastele (nareszcie) i
ołówki Majewskiego, czekolada Wedla, lokomotywy
Cegielskiego, moje psychologiczne portrety.. (ach, pardon!
— Selbstlob stinkt), ale to wszystko mało, mało, mało! Gdybym
mógł o tym krzyczeć,
jak Kiepura ze szczytu auta, to byłoby wspaniałe — niestety
nic z tego: ma vie est completement
„inquiepourrissable” et
„incourrierecable”.
2. Na moje pytanie, czy używa języka przy goleniu, pewien dyrektor
browaru odrzekł
dumnie: „Mam go na inne cele.” Nie wiem, co myślał,
w każdym razie kilka obecnych
pań zarumieniło się. Ot, jak zwykłe płoche kobietki, panie tego (inne
znaczenie miałoby
to zdanie in einer total Kobittenlosen Gesellscha.). Otóż
ten prymitywizm golenniczy
u wybitnego „skądinąd” przemysłowca jest czymś
naprawdę oburzającym. Baczność! Słuchać! Golić się trzeba pod włos od
razu, zbadawszy przedtem dokładnie topografię
twarzy (jak mój przyjaciel Marcoussis badał topografię
obrazu), tzn. wiedzieć, w którą
stronę włos rośnie. Niech zamilkną szczekacze twierdzący, że raz trzeba
się golić za włosem, a drugi raz pod włos — jest to tylko
niepotrzebne rozdrażnianie skóry i nerwów:
przy dobrym namydleniu się (do omdlenia ręki) problem ten nie istnieje.
Następnie koniecznie przy goleniu w ten sposób
wąsów trzeba wydymać podwąsowe tereny (lepiej
nie całe policzki, tylko przy pewnym zwężeniu narządów
pyszczkowych samo podwąsie) powietrzem ścieśnionym w jamie ustnej
(która często przypomina jamę kloaczną:
zęby lub żołądek — uwaga!), zaś tereny podbródkowe
wypuczać przy pomocy podkładania pod nie z całej siły owego języka.
Przy czym ostrze ma mieć kąt 45° do kierunku
ruchu żyletki. Skończyłem i żeby mi już więcej nie było takich
objawów, bo wpadnę we
wściekłość i będzie źle — bardzo proszę!
I. JESZCZE JEDNA Z RZECZY WAŻNYCH W KAŻDYM USTROJU
SPOŁECZNYM: „KLAN WYJĄCEGO PSA” TRYUMFUJE NAD TZW.
„INTELEKTUALISTAMI”, KTÓRZY SĄ POTRZEBNI
WSZĘDZIE;
PROBLEM RADIA
Kiedy mi pierwszy raz o radiu opowiadał pewien snardz (znakomity
zresztą rzeźbiarz), od razu pomyślałem sobie, że coś jest niedobrze.
Jako człowiek pracujący głową
nie znoszę zbytecznych zorganizowanych hałasów,
które tak znakomicie umajają życie
przeciętnie bezmyślnemu stadu. Dla muzyki jako dla Czystej —
nie bebechowo pojmowanej — Sztuki mam najgłębszy szacunek,
jak dla każdej ze sztuk w ogóle, mimo że
ich sam prawie obecnie nie potrzebuję, ale jak to wspomniałem wyżej: l.
w ogóle zobojętniałem dla sztuki, widząc, że naprawdę się
kończy, a 2. z muzyką jestem w złych stosunkach osobistych: przestałem
ją muzycznie pojmować i albo mnie nudzi jako nie
artykułowany chaos, albo nieprzyjemnie bebechowatym swym elementem
denerwuje. Ale to, co się dzieje z radiem, jest szkodliwe dla muzyki
jako dla sztuki i szkodliwe
dla całej ludzkości — jako za głupienie denerwującym lub
usypiającym wszelką czujność wewnętrzną co do oceniania wartości
hałasem. Sam czułem, że dla muzyki to
nie jest dobry wynalazek: może ją popularyzować, ale musi obniżyć jej
ogólny poziom
— trudno — jest to zdaje się nie — do
— uniknięcia i mimo że muzycy, którzy w tej
kwestii głos zabierali, zostaną przez „klan wyjącego
psa” (tzw. Ka — Wu — Pe) zakrzyczani, oni
to istotnie rację w tej kwestii mają. Wszyscy siedzą w biurach od rana
— mało kto pracuje w domu, tzw. „państwo”
wychodzą i tzw. „służba” puszcza sobie głośniki i
gramofony od samego rana. Nawet w zimie, przy szczelnie pozamykanych
oknach, wciska się wszędzie zmięszany, rozedrgany, bebechowy, zmysłowy
rozgwar muzyczny, uniemożliwiający prawdziwe umysłowe
skupienie. Wszystko jest przesycone drgającymi na wierzchu krwawymi
bebechami,
które krzyczą, wyją, jęczą, zawodzą i ryczą. „Ta
pani jest, słowo daję, cudna... ta chwila
nigdy nie wróci... ten urok zabija niesamowitą rozkoszą...
ta chodźmy tańczyć urocze tango unoszące w niepowrotny żal minionych
chwil... ta jak się pani ślicznie śmieje” itp., itp. Oto
słowna treść tej atmosfery, w której dziś musi pracować tzw.
„intelektualista”. Oczywiście tamtych jest
większość, ale ci znów są rzadcy i bez nich byłoby całkiem
parszywie.„Sekcja (czego?) ochrony intelektu przed wyjącym
psem”powinna być
ugruntowaną, bo inaczej wszystko zejdzie na jeszcze gorsze psy (na
parszywe kundle)
niż dotychczas. Intelektualista musi wybierać: albo a) siedzieć w lecie
przy zamkniętych oknach (prawo powietrza w mieście — rzecz
pierwszorzędnej wagi), a i tak głośniki wciskają się przez wszystkie
szparki i otworki i „fond” namiętnej (przeważnie
wyjący pies nie lubi Bacha, Beethovena i Szymanowskiego) bebechowej
muzyki przeważa
jako nastawienie do pracy nad tzw.„dobrem
ludzkości”lub „zagadką bytu”,albo b)
poddać się przy pracy swej gustowi służącej swego przypadkowego
„wizawi” i słuchać, jak
jakiś ohydny, bebechowy au plus haut degre tenorek III klasy wyje:
Ty moja, ach — ach, przeciem ja utracił ciebie,
Ach, w tej miłości, ach, ja byłem, ach, jak w niebie,
Rozstanie to zabija me uczucia tak,
Ze jestem teraz taki zwykły, smutny sobie flak itd.
Gdyby to jeszcze taka pieśń, ale są stokroć i tysiąckroć gorsze. Po
prostu ohydny,
śmierdzący bebech ludzki — łzawi, krwawi, prątkuje,
spermkuje, mra i głobi na tysiące
sposobów po wszystkich płytach i nie — płytach
(tzn. oryginalnych występkach) świata. Dobrze — są kretyny,
które tym tylko żyją, ale czemu do życia tym świństwem mam
być zmuszony ja — dlatego że chcę w mieście łyknąć trochę
względnie (o, jakże względnie!) świeżego powietrza. Więc albo
zamknijcie okna i ściszcie (to nade wszystko) głośniki, słuchajcie na
słuchawkach, albo nie grajcie wcale. Ale ja mam wrażenie, że
prócz
zwykłych idiotów istnieją świadomi dobroczyńcy ludzkości:
mają dobre głośniki i chcą
się ich działaniem ze wszystkimi podzielić; ci są zdaje się najgorsi.
Poza tym, że narzucają swój program: ja chcę (dajmy na to
— ja w ogóle nic nie chcę — ja chcę
spokoju)
mszy żałobnej w Barcelonie, a on mi puszcza śpiewy przy
zbiórce kukurydzy w Argentynie; ja chcę w ogóle
mszy świętej, a on mli tango z Savoyu lub na odwrót, a przy
tym
głos to narkotyk, prawdziwy narkotyk — im dalej, tym
głośniej, wymaga on coraz większych dawek jak morfina lub opium, i to
jest najgorsze: ludzie głuchną powoli sami nic
o tym nie wiedząc i to, co dla jednych jest już potwornym rykiem, dla
nich jest łagodnym nuceniem z surdinką. Są ludzie (o ile ludźmi ich
nazwać można), którzy walą cały program od
siódmej do drugiej w nocy. Mam wrażenie, że kierują się oni
niejasnym poczuciem, że coś się marnuje, kiedy ich radio nie gra. Płacą
za to podatek, mają to potencjalnie — jakże tu nie grać. I
grają se, wicie, grają. Pomijając to, że maniak radiowy nie ma na nic
czasu — jak nie gra, to coś mu się marnuje — co za
ogłupienie z tego nachodzi na niego i całe otoczenie i
sąsiadów, którym pracę jakąś uczciwą umysłową on
wprost uniemożliwia. Mam wrażenie, że ludzkość na razie nie zdaje sobie
sprawy z tego, jakiego potwora dodatkowego, przy niezmiernie cennym
wynalazku, spuściła z uwięzi. Kto wie, czy postępujące ogłupienie
publiki ostatnich lat nie zawdzięcza porządnej ilości
procentów radioamatorstwu. Resztę dorzyna rozrastająca się
gazeta, dancing, sport, alkohol i nikotyna. Ale pomijając już kwestię
ciszy zupełnej, nawet ten, co lubi muzykę przez radio, chciałby słuchać
tego, na co ma ochotę — i tego nie może; ma chęć na kwartet
Beethovena, a musi słuchać tanga, chce tanga, a tu mu gwałtem wpakowują
mszę, i to tak głośno, jak tylko można, ile tylko głośnik wytrzyma. Z
hałasem jest jak z każdym nałogiem — wymaga on coraz
większego dozowania, aby spełnić swoją rolę ogłupiania. A w dodatku
okna poroztwierane na oścież! Więc albo wyrzeknijcie się sami świeżego
powietrza, albo nie puszczajcie głośników, bo jedno i drugie
jest wprost niemożliwe. Ale najgorsze to są te typy, które
mając dobry głośnik, chcą się z innymi jego zaletami podzielić
— rozwalają ci „dobroczyńcy” okna i
puszczają na ostatni numer siły swój aparat, po prostu z
dobroci serca. Niech im woskowina w ich nie mytych uszach nigdy się nie
zaśmierdzi! Kiedy powstanie jakaś ustawa przeciwradiowa czy coś
podobnego?!...
J. PSY ŁAŃCUCHOWE
Widok psa na łańcuchu jest w stanie popsuć mi humor na danym spacerze
na dwie godziny, jeśli nie więcej. Zwierzę stworzone i wychowane na
przyjaciela człowieka jest bez winy skazywane przez kanalie bez serca
na bezterminowe więzienie, tym bardziej że w więzieniu tym nie jest on
jak normalny więzień izolowany od świata i jego pokus, tylko przez
wzrok i węch, tak silny u psa, wystawiony na ich najsilniejsze
działania. Tak jakby człowieka trzymać całe życie w klatce w sali
pierwszorzędnego dancingu z dziwkami I klasy bez możności wzięcia
udziału w żarciu, piciu, rozmowach, zabawie itp. lub nawet raczej nie
zupełnie podobnych rzeczach. Ja wiem, że konsekwentnie trzeba by nie
jeść mięsa (ale wtedy trzeba by nie nosić skórzanych
butów, bo to jest gruba niekonsekwencja, na którą
tylko notoryczni teozofowie pozwolić sobie mogą), nie zabijać pluskiew
i wszy, o ile się wyjątkowo posiada takowe w łóżku lub na
sobie, a potem idzie kolej na zwierzęce mikroby, a potem
komórki roślinne — jednym słowem, trzeba by się
położyć pod płotem i zdechnąć — oto jedyne wyjście. Drugie
— to robić tylko to, co jest konieczne: chociażby nie męczyć
bez potrzeby nieszkodliwych dla nas stworzeń; tego tylko na razie
wymagam i tego nie mogę się doczekać nawet od lepszych znajomych.
A jest tak, jak jest, bo świat jest walką (IPN) (Potworów) i
statystyka działań sprawia tylko względne porządeczki, np. jak egipskie
czy średniowieczne państwo albo dzisiejszy faszyzm [...] czy też
stosunki w dżungli i w szklance błotnistej wody. Poza tym nadmienię, że
tak pozornie nie mające nic wspólnego ze sobą zjawiska, jak
mesjanizm naszych tzw. wieszczów i poufalenie się
dopuszczanych zbyt blisko przyjaciół, teoria
„Narodu Wybranego” u Żydów i złośliwości
starych panien, i pewne zasady chrześcijańskie, mają u podstawy swej
tenże sam w istocie źle odegrany kompleks niższości, a to wszystko
razem jest wynikiem jedynie nie zderzenia się martwych kulek, tylko
walki (IPN) o byt — appetition de la monade: najpierwsze
prawo bytu, sformułowane pierwszy zdaje się raz w tej formie przez
Leibniza.
K. ŚLINA
Przekonałem się kiedyś, nie mając jodyny i nie mogąc posmarować nią
bąbla powstałego od ukąszenia przez bąka ślepaka, że ślina (przecie
każde bydlę się nią leczy) zastępuje doskonale takie środki
dezynfekcyjne i uśmierzające. Po kilkakrotnym napluciu na rękę i
rozsmarowaniu „bąbelas” ów zniknął bez
śladu. Na różne swędzenia i wysypki dobra jest też gliceryna
z jodyną, normalnie używana do pędzlowania gardła.
Jeśli cię nic nie swędzi
I nie zanadto boli,
Nie mniej pretensji żadnej
Do najsroższej doli
— jak pisał kiedyś poeta.
L. ŁUPIEŻ I ŁOJOTOK
Podaję tu recepturę śp. prof. Krzyształowicza, który mię
uratował kiedyś w młodości od łysiny:
Maść (wcierać w skórę głowy na noc)
Acid. salicyl. — 1,0
Sulf. praecip. — 0,5
Ol. Amygd. — 20,0
Bt. Cacao — 10,0
Rano wymyć przy pomocy Spir. Saponatus Kallini, a po wyschnięciu głowy
natrzeć
płynem następującym:
Płyn:
Acid. Salicyl. — 2,0
Formalini — 1,0
Trae. Chinae — 15,0
Spir. vini 70% — 150,0